... zanim stąd odejdę,
proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię „Polska”, raz
jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością ... abyście nie podcinali sami tych
korzeni, z których wyrastamy.
Jan Paweł II
JAGIELLONOWIE. Unia z Litwą (1386-1572)
Litwini poczytywali sobie za powód do dumy to, że byli ostatnim pogańskim ludem w Europie. W wiekach XIII i XIV, kiedy wszyscy ich nadbałtyccy sąsiedzi – Prusowie i Jaćwingowie (Sudowianie) na południu oraz Łotysze, Finowie i Estończycy na północy – zostali już nawróceni na chrześcijaństwo, oni wciąż jeszcze się opierali. Co więcej, za panowania wielkiego księcia Giedymina (ok. 1275-1341), kosztem swych chrześcijańskich sąsiadów zbudowali potężne państwo ogromnych rozmiarów. Ponieważ Zakon Krzyżacki bronił im dostępu do Morza Bałtyckiego, ich energia zwróciła się od etnicznych obszarów położonych między Niemnem i Dźwiną w kierunku na południe i wschód. Tu nie spotkali się ze zbyt silnym oporem. Księstwa ruskie położone na drodze ich ekspansji były zdemoralizowane przez tatarskie jarzmo, samo zaś imperium mongolskie stale się kurczyło. Stuletni okres najazdów, wznoszenia zamków obronnych i zbierania trybutów przyniósł zdumiewające rezultaty. Rusią Czerwoną podzielono się z Polską w 1349 r. W 1362 r., w wyniku bitwy nad Sinymi Wodami w zakolu Dniepru, syn Giedymina Olgierd ostatecznie rozbił tatarską potęgę. Kijów został zdobyty w r. 1363, Połock w r. 1375, Smoleńsk w r. 1403. W latach siedemdziesiątych XIV w., kiedy Ludwik Węgierski rządził w Polsce i na Węgrzech, Litwa mogła już rywalizować z imperium andegaweńskim. Ośrodkiem władzy centralnej była starodawna stolica Vilnius, a w państwie dominowała elita pogańskich wojowników, którzy swoje życie i majątki uważali za absolutne patrymonium księcia. Kraj zamieszkiwali głównie Słowianie Wschodni, wyznający prawosławie. Językiem oficjalnym był język ruski – odmiana zwana dziś białoruskim. Tak wielkie sukcesy miały jednak oczywiste strony ujemne. Jak w przypadku wszystkich pierwotnych państw zjednoczonych w drodze podbojów – imperiów Kanuta Wielkiego, Ruryka czy Dżyngis-chana, czy choćby Bolesława Chrobrego – istniało bardzo realne niebezpieczeństwo, że Litwa rozpadnie się równie szybko, jak powstała. Była jak kopiec z kamieni rzuconych na niegościnną równinę i nie połączonych ze sobą żadną zaprawą. Aby go zburzyć, wystarczyło buntu poddanych, waśni wodzów czy najazdu sąsiadów. Litwa, dumna i ufna w opiekę boga piorunów Perkuna, była w gruncie rzeczy samotna i wystawiona na niebezpieczeństwo.
Jogaila, czyli
po polsku Jagiełło, a po łacinie Iagiellonus (ok. 1351-1434), wstąpił na tron
litewski w kwiecie wieku, jako dwudziestosześcioletni mężczyzna; dożył lat 83. Polaków
nie wyróżniał spośród swych sąsiadów; nie darzył ich szczególną miłością i w
swym pogańskim umyśle uważał za sługi „niemieckiego Boga”. Zanim wstąpił na
tron polski, zastępy jego najeźdźców i awanturników regularnie przekraczały
granicę, uprowadzając jeńców i unosząc łupy. Na zachodnim horyzoncie zbierały
się jednak nieuchronnie katolickie chmury. Konsolidacja Polski pod rządami
Kazimierza Wielkiego zbiegała się z nieustępliwym naporem państwa krzyżackiego,
którego wielki mistrz, Winrich von Kniprode (1352-1382), z najwyższą
gorliwością wypełniał swe zadania. Pobiwszy Litwinów w 1370 r. w bitwie pod
Rudawą, rozpoczął kolonizację na odludziach Żmudzi. W 1339 r. papież dał mu
pełną swobodę w nawracaniu Litwinów i wielki mistrz nie ukrywał bynajmniej swych
zamiarów potraktowania ich w taki sam sposób, w jaki potraktowano Prusów.
Jogaila nie był w stanie powstrzymywać naporu dwóch katolickich potęg na raz.
Zdawał sobie sprawę, że na dłuższą metę pozostanie mu jedynie wybór sposobu
nawrócenia – a sposobem najmniej przyjemnym byłoby nawracać się pod groźbą
krzyżackiego miecza. Chrześcijaństwo nadchodziło – jeśli nie w ten sposób, to w
inny. Ku przyjaźni z Polską skłaniało go zatem chłodne wyrachowanie w kwestii
racji stanu. Wiedział niewątpliwie o przymierzu, które jego dziad zawarł z
Łokietkiem i które przyniosło kilkudziesięcioletnie odroczenie wyroku na
północy. Wiedział o małżeństwie swojej ciotki, Aldony, które za cenę 26 tysięcy
polskich brańców zostało zaaranżowane w tym samym celu. Wiedział, co jest jego
obowiązkiem; perspektywa poślubienia węgierskiej księżniczki na wydaniu
stanowiła dodatkową premię. Litewscy swaci podjęli pierwsze kroki w 1385 r.,
zaraz po przyjeździe Jadwigi do Krakowa. Zaproponowano unię małżeńską i
polityczną. Był to moment decydujący w życiu obu narodów. Przez cztery długie
pokolenia, na przestrzeni 186 lat, Jogaila i jego następcy kierowali Królestwem
Polskim i Wielkim Księstwem jak parą koni w jednym zaprzęgu. Patronowali epoce,
w której elita litewska uległa polonizacji, Polacy natomiast włączyli się
czynnie w życie swoich wschodnich sąsiadów.
(...)
Jedynym naprawdę uciążliwym i przewlekłym problemem był Zakon
Krzyżacki. Spory trwały bez końca – o prawo składu miast leżących nad Wisłą, o
warunki prawne osadnictwa, o kolonistów niemieckich na ziemiach litewskich. W
1398 r. wielki mistrz odebrał Gotlandię jej pirackim władcom, w 1402 r. zajął
brandenburską Nową Marchię, w r. 1404 zaś – Żmudź. Nadszedł czas porachunków.
Po r. 1386 przyjęcie przez Litwę chrześcijaństwa pozbawiło Zakon Krzyżacki jego
podstawowej raison d'être. Nie miał on jednak najmniejszego zamiaru
zwijać interesu. Mimo, że Krzyżacy zostali pozbawieni dopływu sił z nowo
powstałego połączonego państwa Polski i Litwy, dysponowali oni wielkimi
rezerwami wojskowymi, umiejętnościami technicznymi oraz poparciem
dyplomatycznym z zewnątrz. Bronili swych zdobyczy z zajadłą determinacją. Dwie
poważniejsze wojny – wielka wojna w latach 1409-1422 oraz wojna trzynastoletnia
w latach 1454-66 – nieco tylko poskromiły pychę Zakonu i ograniczyły zajmowane
przez niego terytoria. W latach trzydziestych XV w. w ramach koalicji polskich
możnowładców z czeskimi taborytami zorganizowano szereg wypraw, które dotarły
do wybrzeży Morza Bałtyckiego. Wreszcie w latach 1519-21 sprawy przybrały taki
obrót, że wydawało się, iż kolejna poważniejsza wojna doprowadzi do
ostatecznego starcia na śmierć i życie; wtedy, w r. 1525, Zakon został nagle
zsekularyzowany i rozwiązany. Jednym jedynym posunięciem reformacja osiągnęła
to, czego Polska i Litwa nie zdołały osiągnąć przez ponad półtora wieku.
(...)
Stosunki Jagiellonów z Kościołem zakłócały nieustanne spory ze stolicą
papieską. Były one skutkiem walk z Zakonem Krzyżackim, po którego stronie
opowiadał się papież; dodatkowym powodem była rosnąca siła i pewność siebie
monarchii. Pierwszy pełniejszy wykład sprawy polskiej pojawił się w dziele
Pawła Włodkowica. Ale najwyraźniejsze sformułowanie konsekwentnego programu
politycznego znalazło się w Monumentum pro Reipublicae ordinatione congestum
(ok. 1475) Jana Ostroroga (1436-1501), nieustraszonego wojewody poznańskiego.
Przez całe życie prowadził on kampanię przeciwko władzy papieskiej, domagając
się zniesienia annatów i apelacji do sądu w Rzymie oraz nałożenia na kler
podatków królewskich. Tak przedstawiało się tło, na którym rozgrywały się
wszystkie główne wydarzenia religijne. W 1417 r. arcybiskup Trąba uzyskał tytuł
prymasa Polski wraz ze związanymi z nim obowiązkami legata papieskiego i
przewodniczącego synodu. W 1463 r., po długich sporach, przyjęto praktykę
mianowania opatów i biskupów (których było obecnie dziewiętnastu) bez
odwoływania się do kurii rzymskiej. Prawo króla do mianowania opatów i biskupów
zostało w 1513 r. oficjalnie potwierdzone przez papieża Leona X. W 1515 r.
arcybiskup Łaski wyłudził dla siebie i swoich następców tytuł Legatus natus,
legata z urodzenia, z którego natychmiast zrobił użytek, odrzucając
prohabsburskie plany Watykanu w sprawie wojny z Turcją. W 1530 r. starzejący
się prymas otrzymał papieskie monitorium, czyli ostrzeżenie, które
nakazywało mu, aby stawił się przed sądem w Rzymie jako „zdrajca” i sojusznik
niewiernych, i w którym papież groził mu ekskomuniką, konfiskatą mienia i
finansową ruiną przez nałożenie grzywny w wysokości 25 tysięcy dukatów. Prymas
nie zareagował na monitorium i wkrótce potem umarł. Tacy właśnie jak on
uparci biskupi byli zarazem rzecznikami nowego humanizmu i przyczyną wzrostu
uczuć antyklerykalnych. Aktywny ruch husycki został zdławiony, ale głosy
żądające „zerwania z Rzymem” oraz roztoczenia kontroli nad bogactwem i potęgą
Kościoła podnosiły się z coraz większą natarczywością. Grunt dla mającej
nadejść w latach dwudziestych XVI w. reformacji był już dobrze przygotowany.
(...)
Władysław Jagiełło panował przez 48 lat, licząc od dnia jego ślubu z
Jadwigą. Za życia królowej bardzo zabiegał o zachowanie unii, umacniając swą
pozycję na obszarach kresowych, takich jak Ruś Czerwona, oraz łamiąc opór tych,
którzy byli niezadowoleni – czy to z rządów jego kuzyna Witolda na Litwie, bądź
też byłego regenta, Władysława Opolczyka, w Polsce. Przez następne
dziesięciolecia zajmował się Zakonem Krzyżackim oraz związanymi z jego polityką
kwestiami dyplomatycznymi w Europie Środkowej i w radach kościelnych. Przyjęte
w tych sprawach stanowisko przyniosło mu niezadowolenie cesarza, Luksemburgów i
Rzymu oraz szacunek husytów, którzy kilkakrotnie namawiali go do przyjęcia
tronu czeskiego. Pod koniec życia król zajęty był wyłącznie kwestią sukcesji.
(...)
Władysław III Warneńczyk (1424-44) pozostał w pamięci potomnych niemal
wyłącznie ze względu na swą śmierć. (...) Kardynał Oleśnicki wpisał swego
młodego pana na listę dyplomatyczną w związku z mającą nastąpić elekcją nowego
króla Węgier i w 1440 r. przeforsował jego kandydaturę. Z punktu widzenia
kardynała było to rozwiązanie idealne. Władysław wyjechał na Węgry. Kardynał
został w kraju jako jedyny jego władca. Reszta jest dobrze znana. Z powodów
związanych głównie z interesami Węgier oraz polityką Watykanu, Władysława
namówiono, aby stanął na czele krucjaty przeciwko Turkom w rejonie Bałkanów. W
1444 r. na wybrzeżu Morza Czarnego w pobliżu Warny zarówno król, jak i legat
papieski polegli z rąk żołnierzy sułtana. Konstantynopola nie uratowano.
Dla Kazimierza Jagiellończyka (1427-92) los brata stał się
wystarczającym ostrzeżeniem, zadowalały go więc rządy we własnym domu.
Wstąpiwszy w 1440 r. na tron Litwy, dysponował własnymi zasobami, których mógł
używać dla osłabienia pozycji przebiegłego biskupa krakowskiego i polskich
panów. Licznych zwolenników znalazł wśród drobnej szlachty i w szeregach
młodych przedstawicieli niższego duchowieństwa. Jak wielu współczesnych mu
władców w innych krajach Europy – Ludwik XI we Francji, Henryk VII w Anglii czy
Ferdynand i Izabela w Hiszpanii – zabiegał o zbudowanie na swym dworze narodowego
stronnictwa, które mogłoby się przeciwstawić nienaruszalnym prawom Kościoła
oraz notorycznemu nieposłuszeństwu możnowładców. Jego wysiłkom bardzo sprzyjała
wojna z Zakonem Krzyżackim prowadzona w latach 1454-66; nagrodą za nie było
zdobycie Prus Królewskich, ziemi oświęcimskiej (1454), rawskiej, gostyńskiej i
bełzkiej (1462) oraz sochaczewskiej (1476).
(...)
Zygmunt I Stary (1467-1548) otrzymał swój przydomek dopiero pod koniec życia.
W chwili wstąpienia na tron nie miał jeszcze czterdziestu lat i odmienił
niefortunny kierunek rządów swego brata, wnosząc w nie nowy styl i energię.
(...)
Właśnie konflikt z Moskwą leżał u podstaw ostatniej wojny krzyżackiej.
Car przekonał Albrechta von Hohenzollerna, aby zażądał zmian w ustaleniach
pokoju toruńskiego z 1466 r., i w r. 1519 nadgraniczne potyczki nagle
przekształciły się w wojnę. Zaatakowano Królewiec i wielki mistrz uniknął
haniebnej kapitulacji jedynie dzięki temu, że na czas przyszli mu w sukurs
duńscy i niemieccy najemnicy. Jednakże podpisany w 1521 r. rozejm zbiegł się z
nadejściem reformacji. Na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy oddziały
katolickiego Zakonu Krzyżackiego zostały zdziesiątkowane wskutek masowego
przechodzenia rycerstwa na luteranizm. Armia wielkiego mistrza stopniała. Aby
zachować środki egzystencji, ubłagał on w 1525 r. Zygmunta, by obrócił Prusy w
zeświecczone ziemie lenne Królestwa Polskiego i przyjął jego kandydaturę jako
ich dziedzicznego księcia. Pierwszy akt hołdu pruskiego odbył się 10 kwietnia
1525 r. na rynku krakowskim. Odtąd Albrecht von Hohenzollern miał pozostać
lojalnym poddanym Polski oraz aktywnym uczestnikiem życia politycznego w kraju.
(...)
Zygmunta II Augusta (1520-72) od pozłacanej kołyski przygotowywano do
roli króla. W 1529 r. został zgodnie z wolą swego ojca formalnie wybrany na
tron polski i pod nadzorem starego króla rozpoczął rządy jako wielki książę na
Litwie. Tak więc przez blisko 20 lat było dwóch Zygmuntów: „Stary” w Krakowie i
„młody August” w Wilnie. Kontrast był uderzający. Mimo królewskich manier i
kosmopolitycznego wykształcenia, Zygmuntowi II brakowało zupełnie
apodyktyczności typowego księcia epoki renesansu. Miał łagodne usposobienie, a
w wieku późniejszym odznaczał się wyraźnymi skłonnościami do melancholii. Nie
był bynajmniej „mędrkiem”, ale rządził swym królestwem z wdziękiem i swobodą,
które graniczyły z nonszalancją. Interesowały go wszystkie postępowe ruchy jego
czasów – od teologii protestanckiej po politykę „ruchu egzekucyjnego”, i z
reguły brał stronę drobniejszych płotek, walczących przeciwko przywilejom
biskupów i magnatów. Nie tolerował jednak przemocy i stronniczości i
kategorycznie sprzeciwiał się wszelkim próbom wciągania go w religijne spory
epoki. Jego słynne oświadczenie, że jest królem narodu, a nie ludzkich sumień,
było uzupełnieniem słów, jakie jego ojciec wypowiedział kiedyś pod adresem
uczonego doktora Ecka: „Proszę pozwolić mi, panie, być królem zarówno owiec,
jak i kozłów”.
(...)
W uszach każdego, kto nie zna tego tematu, zwrot „polskie odrodzenie
brzmi niemal jak oksymoron. Może się to istotnie wydawać rzeczą wysoce
nieprawdopodobną, że północny kraj słowiański, bardzo odległy od wpływów
zarówno świata antycznego, jak i Włoch epoki renesansu, mógł kiedykolwiek
przeżyć „odrodzenie” inaczej niż tylko w sposób nader powierzchowny.
I rzeczywiście – w dziedzinie sztuki Polska pod wieloma względami wciąż
jeszcze leżała na peryferiach Europy. Zachowane pomniki architektury dają
świadectwo dziełu talentów pochodzących przede wszystkim z importu. Pałace w
Baranowie i Krasiczynie czy też zdobione spichrze Kazimierza Dolnego z
pewnością są swego rodzaju klejnocikami – nie są jednak w stanie zadziwić
kogoś, kto oglądał Florencję i Wenecję lub zamki nad Loarą. Także w dziedzinie
malarstwa osiągnięcia Polski były raczej skromne.
Jednakże w mniej namacalnym świecie idei, w dziedzinie nauki,
literatury i wiedzy, talent Polaków okazał się zadziwiająco bogaty i głęboki.
Bez cienia hiperboli można tu okres panowania dwóch ostatnich Jagiellonów
nazwać Złotym Wiekiem Polski.
Rozkwit odrodzenia w w. XVI poprzedzony był w w. XV okresem kiełkowania
i wzrostu silnej tradycji humanistycznej. W salach wykładowych Uniwersytetu
Jagiellońskiego, pod przywództwem wybitnych rektorów – od Pawła Włodkowica po
biskupa Tomickiego, w bliskich kręgach tworzących się wokół książąt Kościoła –
od kardynała Oleśnickiego po arcybiskupa Łaskiego – od dawna już atakowano z
pozycji szerokich horyzontów myśli filozoficznej i naukowej teokratyczne wartości
średniowiecza.
(...)
Na początku XVI w. Polska była już dobrze przygotowana na nadejście
epoki odrodzenia i przez kilka pokoleń pławiła się w jego blasku.
Same nazwiska mówią niewiele, ale ci, którzy przyczyniali się do
rozkwitu artystycznego i umysłowego życia epoki byli ludźmi naprawdę wybitnymi,
zwłaszcza, że ich działalność dotyczyła dziedziny, w której w okresach
późniejszych postacie tej miary trafiały się rzadko. Spośród cudzoziemców
wypada wymienić Buonaccorsiego (Kallimacha), Padovana, Berrecciego, Retyka,
Santagucciego; wśród Polaków zaś – Janickiego, Modrzewskiego, Iłowskiego,
Goślickiego, Reja, Orzechowskiego, Zaborowskiego, Wapowskiego, Górnickiego,
Kopernika, Kochanowskiego, Zamoyskiego.
Wśród nich postacią największej miary był niewątpliwie Mikołaj Kopernik
(Nicolaus Copernicus, 1473-1543). Urodził się w Toruniu, w Prusach Królewskich
i większą część życia przeżył jako kanonik kapituły warmińskiej we Fromborku.
Miał umysł uniwersalny w pełnym i dosłownym znaczeniu tego wyrazu. Jego odkrycie,
że Ziemia obraca się wokół Słońca, spowodowało w panującym wcześniej systemie
podstawowych pojęć i kategorii filozoficznych najbardziej radykalny przewrót,
jaki można sobie wyobrazić.
Pierwsze miejsce po Koperniku zajmuje Jan Kochanowski (1530-84). Jako
ojciec poezji pisanej w języku polskim ukazał Polakom piękno ich języka. Aż do
czasu, gdy u schyłku życia dotknęła go osobista tragedia, z jego poezji
promieniowała ta sama radość życia i świeżość, jaka charakteryzowała twórczość
innych dorównujących mu rangą poetów – Ronsarda i du Bellaya we Francji,
Petrarki we Włoszech, Spensera w Anglii – oraz dziecięca zdolność dostrzegania
urody przyrody i człowieka, jakiej nie miał nikt przed nim. (...)
Ostatnim spośród wielkich epoki renesansu był Jan Zamoyski (1542-1605).
Mimo swej pozycji czołowego polityka epoki, znalazł czas na przebudowę
rodzinnego Zamościa i przekształcenie go we wzorowe miasto swych czasów. Plan
miasta oparty był na zasadach harmonii Cycerona – ze świetnie się nawzajem
uzupełniającymi – pałacem ratuszem i kolegiatą. Życie umysłowe skupiło się
wokół słynnej Akademii: Hippeum, która przez krótki czas była jednym z
czołowych ośrodków naukowych wschodniej Europy. W tym prywatnym mikrokosmosie
Zamoyski z powodzeniem wprowadzał renesansowy styl życia, rozwijając te
wartości, które na szerszą skalę musiały pozostawać poza jego zasięgiem.
Mimo odmiennych dróg życiowych, Kopernika, Kochanowskiego i Zamoyskiego
łączyło wiele wspólnych cech. Po pierwsze, wszyscy trzej otrzymali wspaniałe
wykształcenie. Wszyscy ukończyli uniwersytety w Krakowie i Padwie; Padwa była
przodującą uczelnią europejską, a w r. 1563 Zamoyski sprawował tam godność
rektora. Po drugie, wszyscy dogłębnie interesowali się starożytnością i
świetnie znali twórczość klasyków. Kopernik przetłumaczył dla własnej
przyjemności listy Teofilakta Symokatty (1509). Kochanowski, uczeń hellenisty
Robortella, specjalizował się w twórczości Cycerona i przez pierwsze
trzydzieści lat życia sam pisał poezje w języku łacińskim. Zamoyski wygłaszał
do sejmu i senatu mowy na temat historii Republiki Rzymskiej. Po trzecie,
wszyscy świadomie doskonalili w sobie wszystkie te umiejętności, które wynikały
z ich indywidualnych uzdolnień. Kopernik – astronom – był także kwalifikowanym
doktorem medycyny i prawa kanonicznego; Kochanowski – poeta – studiował
politykę; Zamoyski – polityk – studiował poezję. Po czwarte, wszyscy trzej byli
postaciami publicznymi o bardzo silnym poczuciu swych obywatelskich obowiązków.
(...) Wszyscy walczyli o świadome ideały piękna i harmonii. Kopernika
najbardziej interesował teoretyczny ład wszechświata, Kochanowskiego –
praktyczny ład ludzkich uczuć i przekonań, Zamoyskiego wreszcie – ład
polityczny.
Humanistyczne wykształcenie, głęboki szacunek dla świata antycznego,
indywidualizm i dążenie do pełnej wiedzy, troska o sprawy publiczne i pełen
harmonii cel ludzkiego życia – oto cechy, które były w pełni ich wspólnym
udziałem. A te właśnie cechy tworzyły w powszechnym przekonaniu „człowieka
renesansu” – l'uomo universale.
(...)
Dla każdego okresu na przestrzeni dziejów od r. 1000 do 1939 można
przytoczyć wypowiedzi będące dowodem przeświadczenia, że Polska była, jest i
zawsze pozostanie najdalej wysuniętą placówką zachodniej cywilizacji. W wiekach
najwcześniejszych widziano w niej obrońcę okopów oddzielających od pruskich i
litewskich pogan, w okresie nowożytnym – zaporę broniącą dostępu islamowi i
moskiewskim schizmatykom, w w. XX – straż szańców wzniesionych na linii frontu
walczącego komunizmu. We wszystkich okresach dziejów przeznaczone Polsce
„miejsce w Europie” – podobnie jak miejsce sąsiednich Węgier – było zupełnie
jasno określane: antemurale, przedmurze.
Terminologia oczywiście zmieniła się. Termin antemurale
christianitatis przyjęto powszechnie po upadku Konstantynopola – za
pochodzącym z 1467 r. memoriałem skierowanym do papieża Pawła II. W innych
źródłach znajdujemy terminy murus (mur), scutum (tarcza), clipeus
(pawęż), praevalidum (twierdza), propugnaculum (fortyfikacja);
w języku polskim zaś: „przedmurze”, „forpoczta” czy nawet „płot” i „straż”. W
1573 r., gdy dla upamiętnienia elekcji Henryka Walezego na tron polski
wzniesiono w Paryżu łuk triumfalny, napis głosił: PęłęóOLONIAE
TOTIUS EUROPAE ADVERSUS BARBARORUM
NATIONUM FIRMISSIMO PROPUGNACULO (Polsce, najsilniejszej fortecy
całej Europy przeciwko ludom barbarzyńskim). W trzydzieści lat później,
przygotowując swój wielki plan odrodzenia jedności europejskiej, Maximilien de
Sully opisywał Polskę jako boulevard et rempart. W 1623 r. Wojciech
Dembołecki pisał pięknie, że Bóg Koroną Polską jak „płotem chrześcijaństwo od
pogan zagrodził”. Królowie polscy nieodmiennie przypominali swym zagranicznym
partnerom o tradycyjnym roszczeniu Rzeczypospolitej do takiej właśnie roli. 28
marca 1621 r. w Whitehall kanclerz polski Jerzy Ossoliński rozpoczął swą
przemowę do króla Jakuba I od słów: „Tandem erupit Ottomanorum iam diu
celatum pectore virus (...) et publico barbarorum furore, validissimum
christiani orbis antemurale, petitur, Polonia”. Pod koniec stulecia, 25
lipca 1676 r., Jan III Sobieski zwracał się do Karola II niemal dokładnie tymi
samymi słowami, donosząc mu, że wielkie rzesze Turków i Tatarów zwaliły się na
„to przedmurze chrześcijaństwa”, aby je zburzyć.
Pojęcie antemurale zawsze cieszyło się szczególnym upodobaniem
ze strony pisarzy katolickich, a ostatnio przyjął je także watykański Instytut
Historii Polski, używając jako tytułu swego znakomitego czasopisma. Łączy się
je często z dwoma innymi sloganami – Polonia semper fidelis (Polska
zawsze wierna) oraz Polska „przystanią tolerancji”. W ten sposób rzymscy
apologeci stwarzali wrażenie, że Polska była w stanie powstrzymać napór
pogaństwa, po pierwsze dlatego, że była krajem jednolicie katolickim, po drugie
zaś – ponieważ jej cudowna tolerancja nie stwarzała powodów do prowadzenia walk
religijnych wewnątrz kraju, ani do ingerencji z zewnątrz. Zarówno forma, jak i
treść uchwały konfederacji warszawskiej z 28 stycznia 1573 r. były istotnie
czymś wyjątkowym jak na warunki panujące w tym czasie w innych częściach
Europy; miały one decydować o zasadach życia religijnego w Rzeczypospolitej
przez następne dwieście lat:
A iż w Rzeczypospolitej naszej jest dissidium niemałe in causa
religionis christianae [różność niemała z strony wiary krześcijańskiej],
zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi sedycyja [rozruchy] jaka
szkodliwa nie wszczęła, którą po inszych królestwach jaśnie widziemy,
obiecujemy to sobie spólnie, pro nobis et successoribus nostris in
perpetuum, sub vinculo iuramenti, fide, honore et constientiis nostris [za
nas i za potomki nasze na wieczne czasy pod obowiązkiem przysięgi, pod wiarą,
czcią i sumieniem naszym], iż którzy jestechmy dessidentes de religione
[różni w wierze], pokój między sobą zachować, a dla różnej wiary i odmiany w
Kościelech krwie nie przelewać, ani się penować confiscatione bonorum,
poczciwością, carceribus et exilio [karać odsądzeniem majętności, na
honorze, więzieniem i wygnaniem].
Uchwała ta zawierała jednak w sobie dowód pewnej subtelnej
sprzeczności. Jeśli katolicka Rzeczpospolita istotnie była „przystanią
tolerancji”, to mogło się tak stać jedynie dzięki obecności w niej licznych dessidentes;
jeśli jednak społeczność innowierców była tak duża, że aż trzeba ją było
tolerować, to Rzeczpospolita nie mogła być jednolicie katolicka. Niełatwo podać
dokładną miarę katolicyzmu Polski oraz jej tolerancji.
Krótka rozprawa poznawcza w przeszłość religijną Polski jest zatem
wycieczką pełną niespodzianek. Z jednej strony obserwuje się bowiem
nieprzerwaną obecność Kościoła rzymskokatolickiego, którego początki sięgają
najdalszych początków pisanych dziejów i którego supremacji zagrażały jedynie
przemijające niebezpieczeństwa; z drugiej strony zaś – bezustanne dowody
istnienia licznych odmian religijnego nonkonformizmu, sekciarstwa, schizmy i
herezji.
(...)
Żadnemu z zakonów krzyżowych nie udało się odnieść w Polsce większych sukcesów.
Rycerze maltańscy dość wcześnie założyli kilka komandorii – w 1150 r. w
Strzegomiu na Śląsku, w 1153 r. w Zagościu w Małopolsce i w 1191 r. w Poznaniu.
Żadna z nich jednak nigdy naprawdę się nie rozwinęła. Po odłączeniu się Śląska
komandorie tej prowincji przeszły pod kontrolę Czechów, te zaś, które pozostały
na terytorium Polski, zaczęły się chylić ku upadkowi po najazdach tatarskich w
latach 1241-42. W w. XV rycerze maltańscy byli sprzymierzeńcami Zakonu
Krzyżackiego i w tym samym stopniu co Krzyżaków dotknęła ich kara z rąk
polskich władców. Do w. XVII na terenie Polski zostało już tylko bardzo
niewielu rycerzy maltańskich.
(...)
W gruncie rzeczy wojny krzyżowe nigdy nie mogłyby cieszyć się w Polsce
szczególną popularnością. Niewierni byli zbyt blisko i zbyt dobrze ich znano,
aby świętą wojnę mogła otaczać atmosfera blasku i świetności; wojen zresztą i
bez tego było pod dostatkiem. Co ważniejsze, na przestrzeni całego
średniowiecza samo Królestwo Polskie padało ofiarą ataków ze strony zachodnich
krzyżowców, którzy, pozostając na żołdzie Zakonu Krzyżackiego, o wiele więcej
czasu spędzali na walkach ze swoimi katolickimi gospodarzami niż na nawracaniu
pogan. Przez trzysta lat – od r. 1226 do 1525 – walka przeciwko „Rycerzom
Krzyża” była jednym z czynników decydujących o rozwoju polskiego katolicyzmu.
Na soborze w Konstancji w latach 1414-18 najważniejszy delegat Polski, Paweł
Włodkowic, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, absolutnie potępił wyprawy
krzyżowe jako sprzeczne z wolą Boga. Szczegółowe oskarżenie dotyczące ekscesów
Zakonu Krzyżackiego poparł argumentami z dziedziny teologii i filozofii, dając
jeden z najwcześniejszych wykładów właściwej Polsce koncepcji prawa
międzynarodowego.
Ponadto potrzeba pojednania – w odróżnieniu od bezustannych wojen
religijnych – łatwo spotykała się ze zrozumieniem w społeczeństwie, w którym
Kościół katolicki nigdy nie istniał na prawach monopolu. W przeciwieństwie do
krajów Europy Zachodniej, gdzie autorytet kościelny Rzymu nie podlegał kwestii
aż do końca epoki średniowiecza, Kościół w Polsce był bezustannie atakowany
przez pogan, innowierców i schizmatyków. Pogaństwo kwitło jeszcze długo po
nawróceniu Polski na wiarę chrześcijańską w 996 r., na Litwie zaś do r. 1386
pozostawało oficjalną religią. Jeszcze w XIX w. w odległych zakątkach kraju
można było odnaleźć ślady dawnego kultu, a niewinne pogańskie zwyczaje – jak na
przykład dożynki – przetrwały na wsi do dziś. Judaizm, wprowadzony w IX w.
przez Chazarów, miał w Polsce historię dłuższą niż chrześcijaństwo. Wschodnie
ziemie Królestwa zamieszkiwała głównie ludność prawosławna, a w okresie
reformacji luteranie, kalwini i inne sekty protestanckie tworzyły liczne
kongregacje. We Lwowie i w Wilnie mniejszości ormiańska i tatarska założyły
własne kościoły i meczety. W zjednoczonej Rzeczypospolitej w okresie od r. 1569
do pierwszego rozbioru w r. 1772 religia rzymskokatolicka była reprezentowana
najliczniej, obejmowała jednak zaledwie połowę ludności.
Reformacja katolicka musiała brać pod uwagę wszystkie wymienione okoliczności.
Mimo, że Rzym wiązał wielkie nadzieje z wykorzystaniem Rzeczypospolitej jako
bazy strategicznej dla kontrofensywy skierowanej zarówno przeciwko
protestantyzmowi, jak i religii prawosławnej, hierarchia kościelna w Polsce
musiała działać z wielką ostrożnością. W okresie krytycznym – w latach
pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XVI w. – wojujący biskupi
nie mieli poparcia ani ze strony króla, ani ze strony sejmu i nie mogli używać
instytucji państwowych do realizacji swych zamierzeń. (...) Od r. 1573, czyli
od zawiązania konfederacji warszawskiej, zasada tolerancji stała się zasadą
żelazną i nawet w epoce panowania Wazów, kiedy zarówno dwór królewski, jak i
sejm były instytucjami aktywnie katolickimi, można ją było odrzucić jedynie w
wyjątkowych wypadkach. Po r. 1603 systematycznie omijano indeks kościelny, a
postępowaniu przeciwko tym spośród szlachty, którzy ochraniali heretyków
skazanych wyrokami sądów, skutecznie przeciwdziałał panujący etos szlacheckiej
demokracji.
(...)
Polski katolicyzm odznaczał się nie tyle powierzchowną wojowniczością,
co ogromną wewnętrzną pobożnością. Kościół, który tradycyjnie stronił od
nawracania przemocą i który nie znajdował poparcia u władz cywilnych, nie mógł
stosować takich samych okrutnych metod, jak używał w Hiszpanii, Włoszech czy
sąsiednich Czechach. Swoją pozycję musiał umacniać raczej przez kultywowanie
wszelkich form praktyk mistycznych, ascetycznych i dewocyjnych. W XVII w.
powróciła fala zainteresowania relikwiami. Znów weszły w modę pielgrzymki.
Pobożni panowie fundowali wspaniałe kalwarie ze stacjami Męki Pańskiej, złożone
z kaplic, do których prowadziły piękne aleje i wspaniałe schody. Wymyślne
barokowe sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej u stóp karpackich wzgórz
zachodniej Małopolski, którego budowę rozpoczął w 1613 r. Mikołaj Zebrzydowski,
było zaledwie jednym z wielu; stało się ono miejscem kultu, który przetrwał po
dziś dzień. Nowo powstające zakony ascetyczne, takie jak zakony kamedułów z ich
otoczonymi murem pustelniami na Bielanach w pobliżu Krakowa czy w okolicach
Warszawy, wnosiły w życie religijne nową nutę medytacji i oderwanie się od
świata. Zakładano świeckie bractwa religijne, które były znane z uprawianego
przez siebie kultu różańca, z długich spotkań poświęconych modlitwie i pobożnym
procesjom, a także z publicznych demonstracji pokuty lub nawet zbiorowych
biczowań. Usilnie propagowano znajomość żywotów świętych, zwłaszcza świętych
polskich, a także zabiegano o ich kanonizację.
(...)
Najwięcej problemów stwarzała sytuacja społeczności prawosławnej. Na
terenie Polski ludność prawosławna zamieszkiwała obszary położone na północnych
obrzeżach Karpat, sięgające na zachodzie po Sanok i Krosno. Na Rusi Czerwonej,
przyłączonej do Polski w 1340 r., oraz w Wielkim Księstwie Litewskim stanowiła
ona element dominujący. W zjednoczonej Rzeczypospolitej prawosławni stanowili
około 40% ogólnej liczby mieszkańców. Należeli do prastarych prawosławnych
diecezji kijowskiej i nowogrodzkiej. Nie było im jednak dane żyć w spokoju, a
największe niepokoje były skutkiem tarć wewnętrznych.
(...)
Społeczność protestancka także walczyła na kilku frontach. Luteranizm
ograniczał się w zasadzie do miast, gdzie znaczny procent ludności był
pochodzenia niemieckiego, podczas gdy kalwinizm okazał się religią atrakcyjną
dla szlachty. Ale i kalwini byli podzieleni między sobą. W 1562 r. długotrwały
spór między skrzydłem konserwatywnym i radykalnym doprowadził ostatecznie do
schizmy. Radykałowie odłączyli się i jako „arianie” podjęli jeden z
najwcześniejszych i najbardziej gruntownych eksperymentów w Europie, polegający
na próbie powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa.
Po stłumieniu przez Zygmunta I powstania w Gdańsku w r. 1526, a
następnie po niepowodzeniu Batorego w wojnie z tym miastem w r. 1577, luteranie
na ponad sto lat otrzymali skuteczną ochronę przed interwencjami z zewnątrz.
Uzyskawszy gwarancje bezpieczeństwa w postaci kart praw i przywilejów miejskich
oraz obietnic tolerancji ze strony króla, udzielonych im przez Zygmunta
Augusta, a następnie potwierdzonych przez Stefana Batorego, luterańscy
mieszczanie cieszyli się swobodą w dziedzinie uprawiania praktyk religijnych.
Ich działalność intelektualna w naturalny sposób skupiała się wokół
uniwersytetu w Królewcu, założonego w 1544 r. przez Abrahama Kulwiecia
(Culvensisa, 1510-45), litewskiego uchodźcy z Wilna, oraz wokół słynnego
gimnazjum w Gdańsku. Patronowały im najpierw Bona Sforza, a później Anna Waza,
protestantka, siostra Zygmunta III. Jeśli już powstawały jakieś sprzeciwy, to
kierowały się one przeciwko kalwinom w tej samej mierze, co przeciwko
katolikom. Wbrew wrażeniu stworzonemu w czasach późniejszych, rozkwitał jednak
duch ekumenizmu. W tym kontekście dzieje Torunia mogą posłużyć za
pierwszorzędny przykład ukazujący, jak łatwo odchodzi w zapomnienie długotrwały
okres zgody, podczas gdy jakiś jeden sensacyjny moment klęski jest przez długie
stulecia pieczołowicie przechowywany w pamięci. W r. 1595 to w przeważającej
mierze niemieckie miasto gościło uczestników synodu protestanckiego, zwołanego dla
wyrażenia poparcia dla konfederacji warszawskiej. W 1645 odbyło się tu
międzywyznaniowe colloquium charitativum, którego inicjatorem był król
Władysław IV. Przez szereg miesięcy duchowni protestanccy i katoliccy w
atmosferze powściągliwości i wzajemnego szacunku omawiali istniejące między
nimi różnice teologiczne i praktyczne. Chociaż nie osiągnięto żadnych
ostatecznych wniosków, to jednak dowiedziono, że chrześcijańska miłość
bliźniego wciąż jeszcze potrafi triumfować nad sekciarską bigoterią.
(...)
Rozłamy w obozie kalwinów istniały od samego początku, pogłębiało je
zaś bardzo zróżnicowane pochodzenie jego członków. Kolejne próby obmyślenia
takiej formy religii, która odpowiadałaby wszystkim, kończyły się kolejnymi
porażkami. Ogłoszona w 1555 r. deklaracja o wspólnocie z braćmi czeskimi
znalazła tyluż zwolenników, co przeciwników. W następnym roku, w Pińczowie,
zastępczy wniosek Łaskiego, aby wprowadzić odmianę „wyznania augsburskiego”
Melanchtona miał wyraźnie na celu próbę pogodzenia ze sobą rzeczy nie do
pogodzenia. W 1562 r., podczas drugiego połączonego synodu w Pińczowie,
propozycje radykałów okazały się niemożliwe do przyjęcia dla większości
zgromadzonych. Wówczas mniejszość wycofała się, aby utworzyć własne odrębne
sekty. Zostali oficjalnie potępieni przez Genewę i nigdy już nie powrócili do
owczarni. Solidarność wśród polskich kalwinów została zniszczona na zawsze.
W dziedzinie kultury kalwini mogli się poszczycić godnymi uwagi
osiągnięciami. Mimo że Nowy Testament został już wcześniej przetłumaczony w
Królewcu zarówno na język polski, jak i na litewski, wydana w 1563 r. nakładem
Mikołaja Radziwiłła Biblia brzeska była ważnym kamieniem milowym na drodze do
rozwoju rodzimego języka. Dzieła Mikołaja Reja (1505-69) i Cypriana Bazylika
(1535-92), tłumacza oraz kompozytora pieśni, stanowiły istotny wkład kalwinów w
literaturę Złotego Wieku. Ich oficyny drukarskie i szkoły nie ograniczały się
bynajmniej do działalności ściśle religijnej. Pierwsza akademia kalwińska w
Rakowie, znana pod nazwą Aten Polskich, była pionierskim ośrodkiem nauczania
przedmiotów świeckich – takich jak matematyka, nauki przyrodnicze, historia,
etyka czy języki nowożytne – z których słynne były wszystkie szkoły
protestanckie. Publicyści kalwińscy, wśród których należy wymienić profesora
języka hebrajskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim Francesco Stankara (1501-74)
oraz sekretarza Mikołaja Radziwiłła Andrzeja Wolana (zm. 1610), przyczyniali
się do utrzymania wysokiego poziomu naukowego publicznych dysput swej epoki.
Kalwińscy mecenasi – pośród których Leszczyński w Polsce, Chodkiewicz, Sapieha,
Dorohostajski, Zenowicz i Sokoliński na Litwie współzawodniczyli z Radziwiłłami
– dostarczali istotnych bodźców do rozwoju nauki i wszystkich dziedzin sztuki.
W odróżnieniu od kalwinów, członkowie sekt polskich wywarli jedyny w
swoim rodzaju wpływ na życie religijne nie dzięki swej liczebności, ale dzięki
oryginalności podejmowanych eksperymentów społecznych i głoszonych doktryn
teologicznych. Znani jako arianie, antytrynitarze, unitarianie, bracia polscy,
rakowianie, pinczowianie, socynianie, farnowianie, sabelianie, budnianie,
teiści, dyteiści, tryteiści, reprezentowali wielką różnorodność w dziedzinie
religijnych dogmatów i powiązań, co wyjaśnia kłopotliwą różnorodność nadawanych
im nazw. Łączyło ich jedynie odrzucanie dogmatu o Trójcy Świętej oraz żądanie
bezwzględnego prawa wolności poglądów. Pewna liczba antytrynitarzy zebrała się
w Krakowie około r. 1550 w ramach protestanckich grup dyskusyjnych,
zorganizowanych przez korsykańskiego spowiednika królowej Bony, Francesca
Lismanino. W ich skład wchodzili: Holender Adam Pastor, pochodzący z Piemontu
lekarz królowej Jerzy Blandrata oraz Lelio Sozzini, uchodźca z Wenecji i
Zurychu. Utrzymywali oni kontakt z grupą anabaptystów morawskich, którzy
osiedlili się w rejonie Karpat, oraz z analogicznymi kongregacjami na terenie
Siedmiogrodu. W latach pięćdziesiątych XVI w. głoszone przez nich idee
rozwijali w swych dziełach: Piotr z Goniądza (Gonesius, 1530-72) z Podlasia,
którego „dyteizm” wyrażony w De Filio Dei (1556) odrzucał istnienie
Ducha Świętego, Grzegorz Paweł z Brzezin (1525-91), którego traktat O
prawdziwej śmierci... (1564) podawał w wątpliwość istnienie życia po
śmierci, Szymon Budny (1530-93), którego „non-adorantyzm” zawarty w dziele O
przedniejszych chrystiańskiej wiary artykułach (1576) opisywano jako
najbardziej radykalną tezę stulecia, Marcin Czechowicz (1532-1613) z Lublina,
którego Rozmowy chrystiańskie (1573) głosiły zasadę równości społecznej
i zła, jakie niesie ze sobą własność prywatna, przede wszystkim zaś Faust
Sozzini (Socyn, 1539-1604), bratanek Lelia, którego traktat De Jesu Christo
Servatore (1598) przyspieszył jego wygnanie z Krakowa. Okres decydujący
nastąpił w latach 1569-70, kiedy to – oderwawszy się od głównego prądu kalwinizmu
– członkowie sekt odmówili udziału w „zgodzie sandomierskiej” oraz włączenia
się we wspólny front protestancki do obrony przed kontrreformacją. Później
część z nich nadal szła własnymi samotnymi ścieżkami, wielu jednak zebrało się
w Rakowie w Małopolsce, gdzie – pod opieką Mikołaja Sienickiego (1521-82),
bracia polscy zawiązali swą słynną wspólnotę. Znosząc różnice między warstwami
i stanami społecznymi, całkowicie wycofali się ze społeczeństwa, odmawiając
wszelkiego posłuszeństwa wobec państwa i przestrzegając zasad fizycznej pracy,
wspólnej własności, bezwzględnej równości i pacyfizmu. Rozgłos przyniosła im
ich Akademia, która na początku XVII w. mogła się poszczycić liczbą ponad
tysiąca uczniów z kraju i z zagranicy, niezmordowane w swej działalności
oficyny drukarskie, głównie zaś ich słynny katechizm, który osiągnął dziesiątki
wydań i który został przełożony na niemal wszystkie języki europejskie.
Współcześni historycy zwracają uwagę na braci polskich w kontekście swoich
zainteresowań prehistorią komunizmu, ale zainteresowanie współczesnych budziły
przede wszystkim aspekty teologiczne. W oczach chrześcijańskiej Europy –
katolickiej, prawosławnej czy też protestanckiej – katechizm rakowski miał
wyraźny posmak bluźnierstwa. Należy go uważać za tekst o ogromnym znaczeniu nie
tylko dla unitarianizmu, ale dla rozwoju myśli radykalnej w ogóle. W Anglii na
przykład wczesne wydania łacińskie w tajemnicy krążyły wśród teologów (wydanie
Moscoroviusa w r. 1609 zadedykowane było królowi Jakubowi I). Jednakże
popularne wydanie angielskie z r. 1652, opublikowane w Amsterdamie, wzbudziło
gniew nawet Parlamentu Kadłubowego Cromwella, który nakazał szeryfom Londynu i
hrabstwa Middlesex przechwycić i spalić wszystkie egzemplarze. (...)
W Polsce i na Litwie działalność braci polskich (arian) okazała się
ciężką próbą dla Rzeczypospolitej, która chlubiła się swoją rolą „przystani
tolerancji” w Europie. Było rzeczą naturalną, że jako jedyna sekta wyłączona ze
„zgody sandomierskiej” arianie staną się bojownikami o wolność religijną. Nie
było też sprawą przypadku, że najżarliwsza obrona zasady tolerancji – Vindiciae
pro religionis libertate (1637) wyszła spod pióra Jana Crella (1590-1633),
rektora Akademii Rakowskiej. Mimo to prześladowania arian miały charakter bardzo
sporadyczny. Akcje podejmowane przeciwko nim przez władze kościelne prowadziły
jedynie do tego, iż przenosili się do majątków tego czy innego sympatyzującego
z ich ruchem magnata. W 1582 r. Budny został uroczyście wyklęty przez
kalwińskiego naczelnika Małopolski i natychmiast potem schronił się u Jana
Kiszki w Łucku. W 1618 r., gdy na mocy królewskiego dekretu zamknięto w
Nowogródku najważniejszy ośrodek arian na Litwie, jego członków przyjął u
siebie Rafael Kos (1590-1633); nawet w r. 1638, gdy z rozkazu sejmu zamknięto
Akademię Rakowską po tym, jak kilku jej studentów nierozważnie zniszczyło
okoliczny przydrożny krzyż, bracia polscy nadal pełnili swą misję w innych
częściach Rzeczypospolitej.
(...)
Do końca XVIII w. sytuacja religijna w Polsce i na Litwie uległa
znacznej zmianie. W r. 1569, po unii lubelskiej, instytucji Kościoła
katolickiego podlegała zdecydowana mniejszość społeczeństwa, w której skład
wchodziły rozliczne grupy wyznaniowe. Natomiast w r. 1791, w przeddzień
ostatecznych rozbiorów, Kościół katolicki sprawował zwierzchnictwo nad
oczywistą większością ludności. Luteranów, arian i wyznawców religii
prawosławnej praktycznie wyeliminowano, liczba unitów została zmniejszona,
szeregi kalwinów – zdziesiątkowane. Jedynie Żydzi dorównywali katolikom pod
względem zarówno bezwzględnego, jak i względnego wzrostu ludności.
Ten „triumf kontrreformacji” w Polsce przytacza się czasem jako jedyny
przykład kraju, w którym Kościół rzymskokatolicki skutecznie zaatakował i
usunął zdobycze reformacji. Jednakże triumf ten jest zjawiskiem złudnym, żeby
nie powiedzieć iluzorycznym; da się go w znacznym stopniu przypisać czynnikom
przypadkowym lub zewnętrznym. Na przykład w prowincjach północnych luteranie
nigdy nie powrócili na łono Kościoła rzymskokatolickiego. Przestali się liczyć
wskutek zmiany granic, jaka nastąpiła w wyniku rozbiorów: znaleźli się na
terenie zwiększającego swoje terytorium Królestwa Prus. Na wschodzie natomiast
liczba prawosławnych rosła kosztem unitów; zniknęli tylko z polskiego widnokręgu
z chwilą, gdy zostali wcieleni do Rosji. W obu tych miejscach liczba wiernych
Kościoła rzymskokatolickiego w gruncie rzeczy się zmniejszyła. Wzrosła naprawdę
tylko w stosunku do liczby kalwinów i arian. Jednakże pod tym względem
zewnętrzni wrogowie Rzeczypospolitej uzyskali wyniki tak drastyczne, że jezuici
nigdy nie byliby w stanie z nimi konkurować. W okresie wojen szwedzkich,
walcząc otwarcie w obronie protestantów, Szwedzi nieuchronnie zepchnęli swoich
polskich współwyznawców w sferę podejrzeń politycznych, zmuszając rzesze
szlachty kalwińskiej i ariańskiej do przechodzenia na katolicyzm tylko po to,
aby dowieść własnego patriotyzmu. W tych samych fatalnych latach armia
moskiewska systematycznie i z brutalną siłą atakowała protestantów Litwy.
Kozacy Chmielnickiego traktowali protestantów z takim samym okrucieństwem, z
jakim odnosili się do szlachty i Żydów. W latach 1648-49 liczba czynnych
wspólnot protestanckich na terenie Wielkiego Księstwa spadła ze 140 do 45. W
ten sposób zadania kontrreformatów w gruncie rzeczy wypełnili ich przeciwnicy.
Mimo to nie da się zaprzeczyć, że swą zwartością i siłą Kościół
katolicki znacznie przewyższał swych efemerycznych protestanckich rywali.
Polski kalwinizm był od samego początku związany z feudalnymi przywilejami i jego
wpływy nigdy nie objęły warstwy chłopskiej. Nie mógł konkurować z luteranizmem
o względy nielicznej grupy chrześcijańskiego mieszczaństwa. Również polski
arianizm był raczej ruchem intelektualnym i politycznym niż ruchem masowym i z
samej swej natury nie mógł przemówić do niepiśmiennych mas ludności. W
rezultacie ani kalwini, ani arianie nie stanowili poważniejszego zagrożenia dla
supremacji Kościoła katolickiego. Nigdy nie opanowali aparatu państwowego,
nigdy nie osłabili władzy hierarchii nad ogółem ludności, nigdy nie utworzyli
wspólnego frontu z prawosławnymi, unitami, luteranami i Żydami. I co dziwne,
ich początkowe sukcesy zostały podkopane przez tę samą zasadę tolerancji, którą
sami zbudowali. Gdy już raz warunki konfederacji warszawskiej weszły do
konstytucji, protestanci nie mieli żadnych powodów do protestu. Mogli swobodnie
uprawiać praktyki swej religii, czyniąc to jednak, nie mogli liczyć na żadne
korzyści polityczne czy społeczne. Sami odmawiali sobie szans na dworskie
awanse oraz towarzystwa katolickich sąsiadów, nie żywiąc żadnej nadziei na
doczesne nagrody. Innymi słowy – nie stanowili bodźca do prześladowań. W
rezultacie ich szeregi topniały powoli, lecz stale na przestrzeni
sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat. Dwa pokolenia szlachty, która w
połowie XVI w. tak skwapliwie przyjęła zreformowane doktryny, w połowie XVII w.
już powoli wymierały. Ich synowie i wnuki na ogół po cichu powracali do
katolickiej owczarni. Edykty o ograniczeniu praw wymierzone przeciwko arianom
(1658) i wszystkim protestantom (1717) stanowiły formalne zamknięcie procesu,
który, praktycznie rzecz biorąc, był już zakończony.
Nawet pobieżny przegląd życia religijnego w Rzeczypospolitej może zatem
nasuwać pewne kontrowersyjne wnioski. Po pierwsze, ani Polska, ani Litwa nie
mogły w tym czasie rościć sobie pretensji do tego, aby być krajami równie
monolitycznie katolickimi, jak Hiszpania czy Włochy. Mity o jednolicie
katolickim charakterze Polski mogli ukuć jedynie apologeci Kościoła, którego
supremacja była stale zagrożona – albo przez wewnętrzne rozłamy, albo przez
siły zewnętrzne.
Po drugie, duch tolerancji był cnotą równie rzadką w Polsce, jak
wszędzie indziej. W tej epoce wiary katolicy i protestanci, prawosławni i
unici, talmudyści i antytalmudyści – zapewne również ormianie i muzułmanie – w
gruncie rzeczy niemal wszyscy – wierzyli, że ich własna szczególna doktryna
wytycza jedyną drogę ku wiecznemu zbawieniu. Każde z wyznań było równie
nietolerancyjne w stosunku do sąsiadów, co przerażone odchyleniami wśród współwyznawców.
Okrutne kary za wykroczenia religijne uważano na ogół za słuszne i właściwe.
Tacy władcy, jak Zygmunt August czy Władysław IV, dawali oczywisty przykład
tolerancji. Mimo to obrońców wolności sumienia było niewielu, podczas gdy
szeregi zelantów były nader liczne. Na każdego czytelnika Crella czy
Ławrynowicza przypadały tysiące tych, którzy zgadzali się ze zdaniem jezuity
Piotra Skargi, że wszelkie zło w Rzeczypospolitej wypływa z tej „ohydnej
przywary, jaką jest tolerancja”.
Po trzecie wreszcie, mogłoby się wydawać, że tolerancja jako polityka –
w odróżnieniu od tolerancji w sensie osobistych przekonań – rzeczywiście
istniała. W państwie pozbawionym silnej centralnej władzy wykonawczej, w którym
sądy kościelne nie były w stanie narzucić swych decyzji, nie można było również
narzucić jedności religii. Szlachta wierzyła, w co chciała, i chroniła tych,
których chciała chronić. Mieszczaństwo i Żydzi byli bezpieczni w obrębie granic
swych autonomicznych stanów społecznych. Nikt nie mógł zburzyć instytucji
Kościoła katolickiego, nikt też nie był w stanie wprowadzić w życie jego
bezwzględnych roszczeń. Rzeczypospolita była rzeczywiście „krajem bez płonących
stosów”. Nie było akcji przymusowego nawracania, nie było wojen religijnych,
żadnych auto-da-fé, żadnych nocy Św. Bartłomieja, nie było też ani
Tomasza, ani Olivera Cromwella. Ograniczenia, jakimi z czasem obwarowano
konfederację warszawską, były wręcz banalne w porównaniu z okropnościami, jakie
działy się w większości krajów Europy. Polska „anarchia” i „złota wolność”
szlachty stały się w tej samej mierze przeszkodą dla skutecznych rządów, co dla
fanatyzmu religijnego.
(str. 164-166, 171-172, 178-179,
190-191, 191-194,198, 200, 202-203, 206-207, 209-212, 219-221, 225, 226-229,
233-234, 235-236, 242-245, 250-255, 268-271)
Norman Davies – Boże igrzysko –
Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1990