Fragment wspomnień Petera Hillary’ego, syna pierwszego zdobywcy Mount Everestu – Edmunda Hillary’ego, opublikowanych w miesięczniku „Reader’s Digest” (maj 2003).
Tuż pod szczytem K2 - górą zwaną w Himalajach
„okrutną” - znajduje się strome i śliskie przewężenie. Razem z siedmioma
himalaistami atakowałem szczyt - dzieliło nas od niego ledwie 400 m. Z
wysokości 8200 m n.p.m. spojrzałem na wschód wzdłuż północnych zboczy
Karakorum, w stronę Wyżyny Tybetańskiej. Zauważyłem napływające kłęby chmur -
zaczynały otulać szczyt. Pogoda pogarszała się i byłem coraz bardziej
niespokojny. Zatrzymałem się. Coś tu nie gra. W tym momencie usłyszałem
wyraźnie głos ojca. Schodź. Wracaj na dół. Peter, trzymaj się zasad.
Potem z góry dobiegł mnie
inny głos, kobiecy.
- No, dalej. Łap czerwoną
linę - popędzała mnie Alison Hargreaves, uczestniczka wyprawy.
Peter, to nie dla ciebie. Czy to był znów głos ojca?
Dziwne uczucie, które starałem się stłumić, narastało. W końcu powiedziałem
Jeffowi Lakesowi, swojemu partnerowi, że schodzę. On też się wahał, ale nie
zawrócił.
Kierując się w dół, kilka
razy popatrzyłem jeszcze na Jeffa, zanim jego sylwetkę przesłoniła gęsta,
złowieszcza chmura. Zbliżający się obłok zaraz obejmie całą górę i rzuci mnie w
otchłań przeraźliwej samotności.
Szczeliny, utrata
orientacji, narastający strach. Czy za późno podjąłem decyzję? Nie bój się
dokonywać własnych wyborów. Nie bój się zostać sam. To był głos mojego
ojca.
Samotny ciałem, ale nie
duchem, schodziłem. Próbowałem odegnać lęk, gdy złapała mnie burza śnieżna. Nie
panowałem nad stromizną. Pewnie nie panowałem też nad sobą.
Strach sprawia, że jesteś
ostrożny. Strach sprawia, że jesteś skuteczny. Ojciec twierdził, że strachu nie
da się stłumić, ale można dać mu radę. Skupiłem się więc na tym, na co miałem
wpływ - na prawidłowym zapinaniu karabinków i naciągniętej linie. Przez wiele
godzin opuszczałem się po kolejnych zwisających niemal pionowo linach - każda
zbliżała mnie do lodowej półki i obozu numer 2.
Gdy następnego dnia
obudziłem się w namiocie, na dworze było cicho, słonecznie i bezwietrznie.
Tylko ja szczęśliwie zszedłem z
K2. Pozostała siódemka
zginęła.