Mózg ludzki nie jest narzędziem myślenia, lecz narzędziem walki o byt, jak kły i pazury. Jego konstrukcja sprawia, że prawdą jawi się nam to, co jest wszakże tylko korzyścią.
Zachód podbił świat nie dzięki wyższości swoich idei, wartości czy religii, lecz dzięki lepiej rozwiniętemu aparatowi zorganizowanej przemocy. Ludzie Zachodu często o tym zapominają, ludzie spoza Zachodu – nigdy.
Przebieg
moich kontaktów z osobami wymienionymi w nagłówku strony głównej opisuję na
stronach „Początek dialogu”, „Omówienie” oraz „Dialog
– ciąg dalszy”. Opis ów kończę informacją o uruchomieniu mojej
poprzedniej witryny w lutym 2000 r. Witryna ta funkcjonowała w sieci do
października 2001 r. (osoby zainteresowane jej treścią mogą pobrać spakowaną
wersję klikając w link umieszczony w dolnej partii strony głównej). W
październiku 2001 r. witrynę ową zlikwidowałem i nie planowałem swojego
ponownego zaistnienia w Internecie. Stało się jednak inaczej. Uruchomienie
mojej obecnej witryny w marcu 2002 r. zawdzięczam zamieszczonemu poniżej
artykułowi Andrzeja Ledera, opublikowanemu w datowanym na luty 2002 numerze
miesięcznika „Charaktery”.
Będąc
pod wpływem lektury tego artykułu, zainteresowałem się Antonim Kępińskim
Kępiński jest prekursorem psychoterapii indywidualnej i grupowej. Psychoterapię uznawał za integralną część psychiatrii. Psychoterapia służy przełamywaniu i likwidowaniu chaosu i bezładu tkwiącego w strukturach systemu psychicznego jednostki, przede wszystkim w systemie wartości. Przypisywał szczególną rolę osobowości psychoterapeuty w procesie terapeutyczno-diagnostycznym oraz relacjom (ich jakości i intensywności oraz kierunku): pacjent (klient) - terapeuta. Relacje te winny mieć charakter poznawczy i emocjonalny ukierunkowany na cel, jakim jest odkrycie i ukazanie obrazu pacjenta i możliwości jego rozwoju. Kępiński sformułował postulaty określające dobrego psychoterapeutę (dobrego psychiatrę): pozbawiony postawy pseudonaukowej tzn. takiej, która zmierza do uprzedmiotowienia pacjenta, traktowania go jako przypadku, górowania nad nim; pozbawiony maski, czyli tłumienia swoich stanów emocjonalnych i spontanicznych reakcji; pozbawiony postawy oceniającej, wartościującej moralnie pacjenta. Jako cechy znaczące wymieniał: wiarę w wyleczenie pacjenta, cierpliwość, zdolność rozumienia chorego (empatię), umiejętność zdobywania zaufania.
("Słownik psychologów
polskich" pod red. Elwiry
Kosnarewicz, Teresy Rzepy oraz Ryszarda Stachowskiego, Poznań 1992; str.
112-113)
oraz
jego twórczością
Obraz zaburzeń
psychicznych pozostaje niezmienny w zasadniczym schemacie na przestrzeni
wieków. Czytając ich opisy sprzed setek lub nawet tysięcy lat (np. w Biblii),
bez trudu możemy postawić rozpoznanie.
Schizofrenik może powiedzieć o
sobie „królestwo moje nie jest z tego świata”.
Znaczną część
schizofrenicznych urojeń zajmują sprawy ostateczne, apokaliptyczne wizje końca
świata, sądu ostatecznego, raju czy piekła, krwawych wojen, zaciętych walk
między stronnikami dobra i zła itp.
... poczucie boskiej wszechmocy nie jest rzadkim zjawiskiem w psychopatologii ostrych psychoz, zwłaszcza typu schizofrenicznego. Chorych z podobnym zespołem objawów można spotkać w każdym szpitalu psychiatrycznym, opisywani są oni w każdym klasycznym podręczniku psychiatrii.
Światu grozi zagłada – chory chce ludzkość ostrzec, poświęcić się dla niej; heroiczny czyn może uchronić przed katastrofą. Chce cierpieć, być męczennikiem. Zadaje sobie dotkliwe rany, kaleczy swe ciało. Wkłada rękę do ognia, bo od tego, czy ból wytrzyma, zależy w jego mniemaniu ratunek ludzkości.
Objawia mu się Bóg, święci, bohaterowie przeszłości, wielcy przodkowie, duchy zmarłych krewnych, współcześni wielcy ludzie; dają mu zlecenia, uświadamiają jego wielką misję.
W schizofreniach o spokojniejszym przebiegu może dojść do utrwalenia się struktur patologicznych (usystematyzowane urojenia i omamy). Wówczas rozbite „ja” krystalizuje się w urojonej roli – chory staje się prześladowanym, zdobywcą świata, świętym, diabłem, Bogiem, chorym rozkładającym się za życia. Zachowuje się odpowiednio do nowej roli ujawnionej mu w chorobie i odpowiednio do niej wszystko przeżywa.
Czasem się wydaje, jak gdyby chorzy w schizofrenii odpowiadali treści następujących słów: „Nie troszczcie się o duszę waszą, co będziecie jedli, ani o ciało, w co będziecie się odziewali. Dusza jest czymś więcej niż pokarm, a ciało czymś więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom, iż nie sieją, ani żną, nie mają one spiżarni ani spichlerza, a Bóg je karmi (...). Przypatrzcie się liliom, jak rosną; nie pracują ani przędą, a powiadam wam: ani Salomon we wszystkiej chwale swojej nie był tak ubrany, jak jedna z nich” (Ewangelia św. Łukasza, 12, 22-27).
Przedstawiany tu metafizyczny aspekt świata schizofrenicznego mimo zmienności szczegółów zależnych od wpływów kulturowych, w zasadniczym schemacie pozostaje taki sam. Można go znaleźć w najstarszych opisach. W dużej mierze pozwala on nawet zidentyfikować dany opis jako przypadek tej choroby.
(Fragmenty książek Antoniego
Kępińskiego „Rytm życia”, „Schizofrenia”)
Wspomniany artykuł w świetle ostatnich wydarzeń
(słowa te piszę we wrześniu 2011 r.), ale także w świetle wydarzeń ostatnich
dziesięciu lat, nabiera szczególnej aktualności. Można go wręcz uznać za
manifest współczesnej cywilizacji północnoatlantyckiej. Szczerze wyznaję, że
uważam ten artykuł za majstersztyk. Autor, pisząc go, wzniósł się naprawdę na
najwyższe szczyty finezji i elokwencji. Zapraszam do lektury.
Czy wolność potrzebna była błąkającemu się po ulicach nowego Jorku oszalałemu bohaterowi filmu „Fisher King”, którego poruszająco zagrał Robin Williams? Czy kiedy uciekał przed ognistym rycerzem, stworzonym przez jego własny umysł, kiedy umierał z przerażenia stojąc twarzą w twarz z grozą wyłonioną ze snu, pomocne mu było pełne dystansu uszanowanie okazywane przez mijających go przechodniów? Uszanowanie polegające na tym, że nie mieszali się w życie tego dziwnie ubranego człowieka, stojącego ze skamieniałym obliczem i wpatrującego się w przestrzeń ulicy, wypełnionej przecież tylko wolno sunącymi samochodami?
Ten człowiek, który popadł w obłęd, kiedy przypadkowy morderca wtargnął do baru i zastrzelił jego żonę, i który żyje jako bezdomny na marginesie miejskiego świata, znakomicie ilustruje charakterystyczny dla naszej kultury dylemat relacji pomiędzy wolnością a szaleństwem. Albo inaczej – dowodzi bezużyteczności takiej wolności, jaką niesie nowożytność dla tych, którzy w tej kulturze żyć nie potrafią.
W swoim słynnym eseju „Dwie koncepcje wolności” Isaiah Berlin tak zdefiniował istotę wolności „negatywnej”, która stała się fundamentem kultury Zachodu: „(…) być wolnym w tym sensie oznacza, że nikt nie wtrąca się w moje sprawy. Im większy jest obszar tego nie-wtrącania się, tym większa jest moja wolność”. Ponieważ wolność jest wartością fundamentalną i stanowi podstawowe prawo człowieka, ten jej rodzaj rozciągany jest na wszystkich, którym przysługuje status człowieczeństwa. Niezależnie od tego, jakie poglądy głoszą, czy są w prawdzie, czy nie, muszą mieć zagwarantowane podstawowe prawo do tego, że nikt nie będzie mieszał się w ich sprawy.
Mniej więcej trzydzieści lat temu wielka fala kontestacji społecznej, która kwestionowała prawie wszystkie instytucje społeczne nowoczesnego Zachodu, uderzyła też w azyle psychiatryczne. Antypsychiatria oskarżyła je o odbieranie człowiekowi fundamentalnych praw, traktowała jak jakieś relikty starego świata. W krajach, w których nurt antypsychiatryczny był najbardziej znaczący – a więc przede wszystkim we Włoszech i w Stanach Zjednoczonych – zamknięto wiele oddziałów psychiatrycznych, skrócono czas pobytu w szpitalu, ograniczono prawnie możliwość przymusowego zamknięcia. Chroniono wolność szaleńców. Okazało się – szczególnie w Ameryce – że największe korzyści z tych zmian odniosła administracja służby zdrowia, bowiem znacząco zmniejszyły się koszty funkcjonowania instytucji psychiatrycznych. Pacjenci zasilili rzesze bezdomnych, samotnych postaci krążących po ulicach wielkich miast. Wszyscy się do nich przyzwyczaili. Ich obecność razi tylko wtedy, gdy ktoś z nich wpadnie na pomysł, żeby wypróżnić się przed hotelem Hilton. Dlaczego więc idea praw i wolności poniosła klęskę w konfrontacji z losem obłąkanych?
Błąd tkwił w sposobie definiowania istoty obłąkania. Przyjrzyjmy się definicji podstawowego przeżycia obłędu, czyli urojenia, w takiej czy innej formie powtarzającej się we wszystkich podręcznikach psychiatrii: „Urojenie jest fałszywym sądem, całkowicie odpornym i nie poddającym się korekcji za pomocą żadnych argumentów”. Otóż w tej definicji mniej ważne jest to, na co zwykle zwraca się uwagę, czyli fałszywość sądu. Istotne natomiast jest zamknięcie, odcięcie się od świata wszystkich innych ludzi.
Spróbujmy więc zdefiniować obłęd posługując się nie tyle kategoriami prawdy lub fałszu, co otwarcia i zamknięcia. Szybko okaże się, że to kategoria niewygodna dla tych, którzy siebie chcą uznawać za „normalnych”, zaś innych odrzucić w piekło choroby. Otwartym bowiem lub zamkniętym – na świat, na innych – można być mniej lub bardziej. Nie „albo-albo”, tak jak to jest w wypadku prawdy lub fałszu, kiedy nożna powiedzieć: „Ja mam rację, a ty się mylisz”. Jeśli mamy do czynienia z continuum pomiędzy pełnym zamknięciem i pełnym otwarciem, to zapewne każdy może w nim znaleźć swoje miejsce. Pomiędzy całkowicie odciętymi, jak autycy, i „naprawdę widzącymi” (np. święci mężowie każdej kultury) jest miejsce dla każdego z nas. I każdy może – o ile zechce – zadać sobie to pytanie: ile jest we mnie tego zamkniętego? W jakim stopniu moje sądy „nie poddają się korekcji pod wpływem żadnych argumentów”? W jakim stopniu mój ukryty, nieuświadomiony gąszcz założeń odcina mnie od innych, od świata, od autentycznego doświadczenia?
Ukryty, nieuświadomiony gąszcz? To, co porządkuje świat, nigdy nie jest bezpośrednio uchwytne. Kiedy z mroku naprzeciwko mnie, w niewyraźnym świetle latarni, wyłania się jakaś szara postać, to jest ona dla mnie tylko zarysem, kształtem na siatkówce, dwiema plamami, jedną w drugiej. To, czy czuję spokój, czy lęk, czy rozpoznaję w tej postaci przechodnia, niedawno zmarłego bliskiego, zaczajonego mordercę albo wychodzącego naprzeciw przyjaciela, zależy od czegoś ukrytego we mnie samym, od nieuświadomionej interpretacji, obrazu świata zbudowanego z doświadczeń i zbiorowej pamięci. Czyli od własnego mitu.
Żeby widzieć i rozumieć, człowiek musi interpretować, czyli w jakimś sensie kłamać. Kłamać znaczy tutaj: nieświadomie okłamywać samego siebie. Dostrzegać to, czego nie ma w fizjologicznych bodźcach powstających w siatkówce oka. Wierzyć w to, czego nie można dotknąć. Wierzyć. Okazuje się, że wszystko, co jest, jest tak daleko, że musimy w to wierzyć. Powtórzmy: bez takiego kłamstwa nie postrzegalibyśmy rzeczywistości, otaczałby nas chaos niezrozumiałych wrażeń, plam, dźwięków, odczuć. Nasza świadomość musi coś zakładać, sięgając do zapisanej gdzieś głęboko przeszłości, do mitu, do jakiejkolwiek utopii czy wiary. Takie „kłamstwo” jest warunkiem myślenia. Jesteśmy na to beznadziejnie skazani przez naturę naszego umysłu. Świadomość jest wychyleniem przeszłości w przyszłość, a przecież przyszłości nie ma. To, co każdy z nas widzi, postrzega, myśli – to jego własny mit, własny sen, własna utopia.
Czy można rozstrzygnąć pytanie, który sen jest prawdziwy? Czy w ogóle pytanie o prawdziwość snu albo mitu ma sens? Tak, o ile uświadomimy sobie, że każdy niesie swoją prawdę. Prawdę tego, który ów sen śni. A jednak ten, kto widział bełkocącego, całkowicie zamkniętego i w samotności swojej pozostawionego szaleńca, nie da sobie wmówić, że każdy sen jest tyle samo wart. Są sny lepsze i gorsze.
Właśnie. Są sny lepsze i gorsze. Tak, jak bywa lepsze i gorsze życie – bo nie jest ono bardziej lub mniej prawdziwe. Każde życie jest prawdziwe. Ale może być lepsze lub gorsze. Nasze sny, sny tych, którzy nie są szaleńcami, są lepsze, bo w jakimś stopniu są sobie bliskie. Bo nasze mity mają w jakimś stopniu podobne struktury. Ale także dlatego, że większość z nas dopuszcza pewną zmianę, zmianę, która zbliża sen jednego człowieka do snu drugiego. Obłędem jest odrzucenie wszystkich innych snów poza swoim. Szaleństwem jest całkowite zamknięcie swojego życia, zamknięcie, w którym nie ma miejsca na zmianę, na rozstanie ze starym i spotkanie z nowym. Szaleństwem jest wyosobnienie.
Czym jest w tym kontekście brak szaleństwa? Jest ciągłym wysiłkiem tworzenia od nowa swojego świata, swojego snu. Świadomością, że każda sytuacja jest jedyna, niepowtarzalna, a więc jej sens musi być nowy i jeszcze nie rozpoznany. Odwagą pozwalającą zakwestionować swój własny mit, siebie samego. Ale też odwagą pełnego wejścia w to, co się właśnie dzieje. I wreszcie pokorą, dzięki której uznać można sny innych za równie ważne, jak swój.
Zdefiniowanie szaleństwa jako zamknięcia, wyosobnienia, ujawnia dwuznaczność wszelkich ustaw, mających chronić prawa pacjentów psychiatrycznych. Zbudowane zgodnie z podstawowym paradygmatem naszej kultury, chronią przede wszystkim wolność. I to na dodatek wolność „od”. Od przemocy, gwałtu, zniewolenia. Od wtrącania się innych w cudze życie. Ustawy są na pewno potrzebne, ale większy pożytek z nich mają ci, którzy są ofiarami nadużyć psychiatrii, ludzie zamknięci w szpitalach z przyczyn pozapsychiatrycznych, a nie ci wyizolowani ze wspólnego świata sensów. Więźniowie polityczni czy ofiary matactw rodzinnych rozumieją, czym jest prawo, więc w czasie wizyty sędziego w ogóle do głowy nie przychodzi im, żeby poskarżyć się na cokolwiek. Są gotowi wykorzystać instytucjonalny system ochrony praw, bo system ten rozumieją, on stanowi część ich snu, wspólnego mitu naszej cywilizacji.
Szaleńcy są poza tym mitem. Istotą ich problemu nie jest zniewolenie przez instytucje, tylko zamknięcie w swoim kokonie, który chroni ich sen przed wszelką ingerencją, ale który uniemożliwia im życie w jakiejkolwiek wspólnocie. Ten kokon otworzyć można też tylko przez mądrą, myślową i emocjonalną inwazję. Tak jak to zdarzyło się w życiu owego Fisher Kinga, kiedy jego przyjaciel zmusił go do paru rzeczy. Zmusił. Delikatnie, ale jednak gwałcąc jego wolność. Ratując zresztą w ten sposób swoją duszę.
Taki sposób działania jest jednak sprzeczny z paradygmatem wolności „od”. A poza tym niewielu z nas ma powody, żeby zajmować się wyrywaniem z wyosobnienia tych, którzy z tajemniczych powodów w nie wpadli. Wymaga to czasu, energii, a przede wszystkim zaangażowania tak wielkiego, że dla większości z nas zupełnie niemożliwego. Nawet w relacjach z tymi, których kochamy. Więc jak moglibyśmy się na nie zdobyć wobec zupełnie obcych?
Dlatego los człowieka, którego dotknie szaleństwo, jest w naszej kulturze żałosny. Obdarzeni wolnością obłąkani – mamrocący pod nosem bezdomni na ulicach miast – nadal pozostają na obrzeżach wspólnego świata. Pozostawieni sami sobie nie potrafią – a może nie chcą – znaleźć drogi do nas. Są wolni. Tylko że obdarzenie wolnością nie likwiduje kokonu wyosobnienia. Można go zniszczyć za pomocą środków chemicznych, ale na dłuższą metę oznacza to zwykle zniszczenie wszystkich snów, wszystkich mitów. A bez mitów nie chce się żyć, nie ma po co. Więc po pewnym czasie ów wyosobniony świat odtwarza się, a po człowieku, który się w niego zagłębił, pozostaje tylko cień.
Andrzej Leder
Andrzej Leder jest doktorantem nauk
humanistycznych, psychiatrą i psychoterapeutą. Pracuje w Zespole Pomocy
Terapeutycznej w Warszawie, jest adiunktem w Instytucie Filozofii i Socjologii
PAN. Opublikował książkę „Przemiana mitów, czyli w epoce schyłku”;
współpracuje z miesięcznikiem „Res Publica Nowa”. Zajmuje się
filozofią kultury. Jest żonaty, ma 41 lat.
(„Charaktery”, luty 2002)