Strona główna

 

 

 

 

... nieobecność Boga, jeśli tylko konsekwentnie przy niej obstawać i wnikliwie rozpatrzyć, obraca człowieka w ruinę w tym sensie, że ograbia z sensu to wszystko, co zwykliśmy uważać za istotę człowieczeństwa: dążenie do prawdy, odróżnienie dobra i zła, roszczenie do godności i przekonanie, że tworzymy coś, co oprze się obojętnemu niszczycielstwu czasu.

 

Leszek Kołakowski

(„Jeśli Boga nie ma... O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej filozofii religii”)

 

 

 

 

 

I n d i a n i e   P u e b l o

 

 

 

(...)

 

W kolejną podróż udałem się, w towarzystwie kilku amerykańskich przyjaciół, do Indian z Nowego Meksyku – do budujących miasta Pueblosów. No, „miasta” to może za dużo powiedziane. W rzeczywistości chodzi o wioski; niemniej stłoczone, wzniesione jeden na drugim domy przywodzą na myśl „miasto”, podobnie jak język i sposób bycia mieszkańców. Tam właściwie dane mi było po raz pierwszy rozmawiać z nie-Europejczykiem, to znaczy nie z białym. Był to wódz Pueblosów z Taos, inteligentny człowiek w wieku czterdziestu-pięćdziesięciu lat. Nazywał się Ochwie Biano (Jezioro Górskie). Mogłem z nim gawędzić tak, jak rzadko zdarzało mi się to z Europejczykiem. Oczywiście, tkwił on we własnym świecie, zamknięty w nim dokładnie tak, jak Europejczyk zamknięty jest w swoim – cóż to jednak był za świat! Gdy rozmawia się z Europejczykiem, ciągle wpada się na mielizny spraw z dawien dawna znanych, choć niezrozumiałych, tam zaś statek pływa po obcych, głębokich morzach. Nie wiadomo przy tym, co bardziej zachwycające: czy widok nowych brzegów, czy odkrycie dostępu do czegoś, co od wiek wieków znane i prawie już zapomniane.

„Spójrz” – mawiał Ochwie – „jak strasznie wyglądają biali. Mają wąskie wargi, spiczaste nosy, twarze poorane zmarszczkami i szpetne; oczy ich wpijają się, bo nieustannie czegoś szukają. Czego szukają? Biali ciągle czegoś chcą, są stale niespokojni, nie znają wytchnienia. Nie wiemy, czego chcą. Nie rozumiemy ich. Uważamy, że są szaleni”.

Zapytałem go, dlaczego uważa, że wszyscy biali są szaleni. „Bo mówią, że myślą głową” – odparł. „No, oczywiście. A czym ty myślisz?” – spytałem zdumiony. „My myślimy tym” – odrzekł, wskazując na serce. (...)

 

(...)

 

Indianin Pueblo jest wyjątkowo zamknięty w sobie, a w sprawach religii zupełnie niedostępny. Praktyki religijne umyślnie okrywane są zasłoną tajemnicy. Przestrzegano tego tak ściśle, że zupełnie zrezygnowałem ze stawiania bezpośrednich pytań, uznając, że to beznadziejne. Jeszcze nigdy przedtem nie odczuwałem takiej atmosfery tajemniczości, bo przecież religie dzisiejszych ludów cywilizowanych są ogólnie dostępne – ich sakramenty dawno już nie stanowią mysterium. Tutaj jednak wszystko przesycone było tajemnicą, znaną im wszystkim, jednak dla białych niedostępną. Ta osobliwa sytuacja dała mi niejakie pojęcie, czym mogło być Eleusis; tajemnicę misteriów eleuzyńskich znał cały naród, lecz nigdy nikomu jej nie zdradzono. Pojąłem, co czuł taki Pauzaniasz albo Herodot, gdy pisał: „(...) owego boga, którego imię przy takiej okoliczności wypowiedzieć uważam za rzecz niedozwoloną”. Nie była to bynajmniej żadna mistyfikacja; odczuwałem to jako żywotną tajemnicę – zdradzenie jej byłoby równoznaczne z wystawieniem na niebezpieczeństwo i jednostki, i całej zbiorowości. Zachowanie tajemnicy jest dla Indianina Pueblo źródłem dumy i siły w walce przeciwko przemożnym białym. Daje mu poczucie wewnętrznej integracji i jedności. Twierdzenie, że Pueblosi przetrwają jako odrębna zbiorowość tak długo, jak długo nie zarzucą czy nie zdesakralizują swych misteriów, to, moim zdaniem, całkowity pewnik.

Byłem zdumiony widząc, jak zmienia się wyraz twarzy Indianina, kiedy zaczyna on mówić o sprawach religijnych. W życiu codziennym okazuje przecież niemało opanowania i godności, przypominających niemal apatyczną rezygnację. Natomiast gdy mówi o rzeczach należących do misteriów, nagle się ożywia i nie umie tego ukryć – dzięki temu mogłem nasycić swoją ciekawość. Jak już wspomniałem, musiałem zrezygnować z bezpośredniego stawiania pytań, ponieważ nie miałem tym sposobem żadnych szans, by uzyskać odpowiedź. Kiedy chciałem się dowiedzieć czegoś istotnego, rzucałem oderwane uwagi, wpatrując się w twarz mego rozmówcy, w oczekiwaniu na tak dobrze mi znane zmiany mimiki zachodzące pod wpływem uczuć. Jeśli dotknąłem istoty, rozmówca wprawdzie milkł lub zbywał mnie wymijającą odpowiedzią, ale towarzyszyły temu oznaki głębokiego poruszenia; często w oczach pojawiały się łzy. Indianin Pueblo nie ma żadnych teorii religijnych (zresztą, w jak szczególny sposób musiałyby być te teorie skonstruowane, by wyciskać łzy z oczu), jego zaś intuicje stanowią dlań fakty równie doniosłe i przejmujące, co odpowiadające im w rzeczywistości fakty zewnętrzne.

Kiedy więc siedziałem na dachu z Ochwie Biano, a słońce wspinało się po nieboskłonie, zalewając nas oślepiającym blaskiem, rzekł do mnie, wskazując na płonącą kulę: „Czyż nie ten, który tam idzie, jest naszym Ojcem? Jak można mówić, że jest inaczej? Jak mógłby istnieć inny Bóg? Bez Słońca nic nie może istnieć!”. Jego już widoczne wzruszenie rosło. Przez chwilę szukał właściwych słów, w końcu wykrzyknął: „Co może samotny człowiek w górach? Przecież nawet paleniska nie zbuduje bez niego!”.

Spytałem go, czy nie sądzi, że słońce to ognista kula ulepiona przez jakiegoś niewidzialnego Boga. Moje pytanie nie wzbudziło nawet zdumienia, nie mówiąc o oburzeniu. Najwyraźniej nic w nim nie poruszyło; nawet nie uznał, że pytanie jest głupie. Po prostu zachował całkowitą rezerwę. Miałem uczucie, że natrafiłem na mur nie do przebycia. „Słońce jest Bogiem. Każdy może się o tym przekonać” – oto jedyna odpowiedź, jaką otrzymałem.

Chociaż nikt nie może nie ulec potężnemu wrażeniu, jakie potrafi wywrzeć na człowieku słońce, nowym i do głębi poruszającym uczuciem był dla mnie widok tych dorosłych, pełnych godności mężczyzn, którzy mówiąc o słońcu nie umieli ukryć ogarniających ich emocji.

 

(...)

 

Spostrzegłem, że Indianie Pueblo, tak niechętnie mówiący o wszystkim, co dotyczyło ich religii, ochoczo i z zapałem rozprawiają o swym stosunku do Amerykanów. „Dlaczego” – pytał Mountain Lake – „Amerykanie nie zostawią nas w spokoju? Dlaczego chcą nam zabronić naszych tańców? Dlaczego nie puszczają naszej młodzieży ze szkoły, gdy chcemy młodych zabrać do kiwa (miejsce kultu) i nauczyć naszej religii? My nie robimy Amerykanom krzywdy”. Po dłuższej chwili milczenia mówił dalej: „Amerykanie chcą nam zabronić naszej religii. Dlaczego nie zostawią nas w spokoju? Przecież to, co robimy, robimy nie tylko dla siebie, ale i dla Amerykanów. Tak, robimy to dla całego świata. Wszyscy z tego korzystają”.

Po jego poruszeniu poznałem, że czyni aluzje do czegoś, co jest bardzo ważne w ich religii, przeto zapytałem: „Więc myślicie, że z waszych praktyk religijnych korzysta cały świat?”. Z wielkim ożywieniem odparł: „Oczywiście. Gdybyśmy tego nie robili, cóż stałoby się ze światem?”. Po czym mój rozmówca bardzo wymownym gestem wskazał na słońce.

Czułem, że poruszamy nader delikatne kwestie, graniczące z misteriami plemienia. „Jesteśmy przecież ludem” – mówił dalej – „który mieszka na dachu świata, jesteśmy synami naszego Ojca Słońca i naszą religią ciągle pomagamy Ojcu w jego codziennej wędrówce po niebie. Nie robimy tego tylko dla siebie, lecz dla całego świata. Gdybyśmy zaprzestali praktyk naszej religii, to nie później niż za dziesięć lat Słońce by zaszło i już nigdy więcej nie wzeszło. Zapanowałaby wieczna noc”.

 

(...)

 

(str. 216-217, 218-219, 220)

 


 

Carl Gustav Jung – Wspomnienia, sny, myśli – Wydawnictwo WROTA, Warszawa 1997

 

 

 

 

Strona główna