Rzeczpospolita Obojga
Narodów była tworem jedynym w swoim rodzaju, wspaniałym, twarzą obróconym w
przyszłość, lecz trudnym, wymagającym nieustannej, zegarmistrzowskiej troski o wielorakie
we wnętrzu jej obracające się kółka, trybiki i całe koła napędowe. Dokonała
ogromnej rzeczy, osiągnąwszy równouprawnienie i zgodną już na ogół współpracę
Korony i Wielkiego Księstwa, zapewniwszy życiową harmonię pomiędzy katolikami,
ewangelikami i prawosławnymi.
Paweł Jasienica – „Rzeczpospolita Obojga
Narodów”
Egzekucja praw i dóbr to dopiero jedna strona działalności sejmów ówczesnych. Druga dotyczyła reformacji religijnej i wzbudzała bodaj jeszcze więcej zapału. Fakty, o których tu mowa, całkowicie unicestwiają znane twierdzenie, że pod naszą szerokością geograficzną słowa „Polak” (a zwłaszcza „dobry Polak”) i „katolik” znaczą to samo. Za Zygmunta Augusta zbawiennych dla Polski rzeczy żądały sejmy w olbrzymiej większości składające się z Polaków-protestantów. Zdarzało się tak, że na mszę rozpoczynającą obrady szedł król w towarzystwie dwóch senatorów. Cała reszta to byli dissidentes de religione – różniący się w wierze.
Ich przywódcy to kalwin – Hieronim Ossoliński, „brat czeski” – Rafał Leszczyński oraz najwybitniejszy i najlepszy – Mikołaj Siennicki, który najdalej zaszedł w wolnomyślicielstwie, zostawszy później arianinem. Kalwinem był bardzo popularny w kraju i w izbie poselskiej Mikołaj Rej.
Historycy zgodnie stwierdzają, że reformacja płynęła przez Polskę falą szeroką, lecz płytką. Lud pozostał przy katolicyzmie, to samo uczyniła lwia część szlachty. Władysław Konopczyński utrzymuje, że mimo nowinkarskich hałasów zabrano katolikom tylko trzy kościoły. Wobec tego wszystkiego tym wyraziściej staje przed nami najważniejsze pytanie. Jakim cudem dziać się mogło, iż katolicka przeważnie szlachta wybierała na posłów niemal samych protestantów?
Polska korzystała wtedy z błogosławionych skutków swego własnego, przez sześćset lat chrześcijańskiej już historii wyrobionego stosunku do spraw wiary. Wybierano dysydentów, bo to byli ludzie najbardziej umysłowo rozbudzeni, czynni, odważni, mający słuszny program. Zalecały ich sejmikom względy po ziemsku rzeczowe, a nie wyznaniowe. Dawano Rejowi mandat, ponieważ był zdolnym, rozumnym i przyzwoitym człowiekiem. Jego kalwinizm ani go degradował, ani protegował.
Odpychanie i poniżanie inaczej wierzących, fanatyzm, znamię religijne na politycznych sztandarach – to wszystko pojawiło się u nas później, w dobie upadku, materialnej i moralnej nędzy. Średniowiecze i Złoty Wiek, dwie wielkie epoki naszych dziejów, nie znały tych zjawisk. Pozbawione ideologicznej jedności sejmy były przez długie lata zadziwiająco zwarte w walce o rzeczy dla kraju pożyteczne.
A oto próbki tonu sejmowego w sprawach kościelnych, które trudno jednak uznać za ściśle religijne:
ichmość
księża pozywają nas (...) tytułami swymi, ciągnąc nas ku jakiemuś prawu cudzoziemskiemu
rzymskiemu, przeciwnemu prawu i wolnościom koronnym naszym, rozciągając w tym
jurysdykcję swę i pana swojego, rzymskiego papieża, której jurysdykcji, jako
jej w prawie swym nie widzimy, tak też jej na sobie nieść nie możemy ani
chcemy; bo my ni o czyjej jurysdykcjej nie wiemy, jeno o zwierzchności Króla
Jego Mości naszego pana.
Był to głos województwa sandomierskiego. A teraz skarga ziem ruskich, zawierająca wiadomości ważkie, źle wróżące o przyszłości:
Stan
duchowny rzymskiego Kościoła jako w innych ziemiach szlachtę a rycerstwo
koronne do sądów swoich ciągnie (...) tak się też to wszystko dzieje w ruskich
ziemiach, ichmość księża przywłaszczają sobie nad nami zwierzchność, prawo,
sądy o majętności, o gardła, o poczciwości, o małżeństwa, o dzieci nasze i dusz
naszych zbawienie, co nic innego jest, jeno tyraństwo a niewola (...) nad
wszystkich ziem uciski tu jeszcze większe okrucieństwa cierpimy. Szlachtę
posłuszeństwa Kościoła greckiego do sądów swoich przymuszają (...) jeśliż się
kiedy trafi, by jeden raz rzymski człowiek na roli siedział, już po nim kmiotki
nasze greckie w nabożeństwie, zwyczaju, na dawanie mesznego przyciskają.
Przetoż gdy rola po Lachu spustoszeje, nie chce na niej Rusin dla płacenia
mesznego siedzieć, tak iż wiele pustek we wsi mieć musimy. Są to rzeczy bardzo
obciążliwe, a przedtem nigdy w Rusi niesłychane.
Różnowierstwo opanowało Polskę od góry i – jak się mogło zdawać – na dobre. Hierarchia kościelna stawiała opór natury czysto fizycznej, do innego nie była zdolna. W 1551 roku kapituła krakowska w słowach całkiem niedwuznacznych oskarżała biskupów o obojętność dla spraw wiary, nawet o jej brak, a ponadto jeszcze o chciwość, rozpustę i temu podobne rzeczy. Potwierdził to nuncjusz, pisząc, że ci purpuraci tylko wtedy zdobywają się na energię, kiedy chodzi o dobra doczesne. Wyższy kler myślał przeważnie o zachowaniu przywilejów w tym ustroju, który się kiedyś wyłoni z trzęsienia ziemi. Przeciwko sobie miał większość szlachty, której nadojadły te właśnie przywileje, lecz także ludzi rozmaitych stanów, ożywionych prawdziwą, bezinteresowną wiarą, gotowych do poświęceń i stwierdzających to czynem.
Przybył raz na sejm szlachcic Ożarowski, „człowiek zacny”. Zwrócił przywilej na wieś Przybysławice w województwie lubelskim, oświadczając, że nie może z niej korzystać, nic w zamian państwu nie dając. Na perswazje odpowiedział: „Wziąć mi, Panie mój, gwałtem co możesz; ale dać mi gwałtem nic nie możesz”. Nie stanowił wyjątku.
Byli tacy –
zanotował świadek – którzy i sami schłopieli, sami rękoma swymi robili (...)
Byli drudzy, którzy ludzie zacne a nabożne wiedli do tego, że urzędy porzucali,
broni odpasali, prawowania się w największym ukrzywdzeniu i przysięgi w
potwarzaniu zakazowali. I wiele ludzi zacnych urzędy ziemskie porzucili i król
je komu inszemu dawał; drudzy i majętności opuszczali, i przedane rozpraszali.
Tak sobie poczynali arianie, czyli bracia polscy. Gwałtownie występowali przeciwko nim zarówno katolicy, jak i protestanci rozmaitych wyznań (wygnanych w przyszłości z Polski wygnano z kolei z zachodnich Niemiec). Ludziom, którzy różniąc się pomiędzy sobą w sprawach wiary, zawsze jednak żądali od religii zatwierdzenia określonego porządku społecznego wraz z jego nierównościami i hierarchią, ludziom takim nie mógł odpowiadać program arian, którzy „znoszą też wszelką różnicę stanów w kościele i państwie, aby żadnej nie było między królem a ludem, między panującym a poddanymi, między szlachtą a plebejuszami”.
Arianizm polski zdecydowanie wyodrębnił się od innych kierunków protestanckich dopiero w ostatnim dziesięcioleciu rządów Zygmunta Augusta. Jego słynny ośrodek w Rakowie powstał w roku 1569, mając jeszcze przed sobą okres rozkwitu. Skupili się tam ludzie ożywieni najbardziej ewangelicznymi intencjami, pochodzący z rozmaitych stron monarchii i z różnych warstw społecznych – od szlachty, która wyrzekła się dóbr i władzy, aż do rzemieślników i chłopów. Zajmowali się pracą fizyczną i umysłową, godzili się z tym, że inni bracia tego samego wyznania prowadzą poza Rakowem całkiem ziemskie życie, sami jednak pragnęli urzeczywistniać ideał. W początkach XVII stulecia założyli w Rakowie – będącym dziś wioską – szkołę, akademię raczej, która posiadała około tysiąca uczniów, znakomitych profesorów i zasłynęła na cały kontynent.
Arianizm polski, stawszy się w przyszłości już tylko wspomnieniem i tematem historycznym, przyciągał ku sobie serca takich jak Stefan Żeromski. Żyło w tej sekcie piękno szczerego dążenia ku prawdzie. Zasady jej nie dawały się wcielić w życie, ale nie to okazało się najważniejsze w oczach potomnych. Arianie doszli do skrajności – niczym się nie odznaczając w zakresie okrutnych praktyk czy krwawych teorii, nie uprawiając ich nawet wcale. Ich skrajność łączyła się z wyrozumiałością wobec innych ludzi, a polegała na stawianiu ogromnych wymagań samemu sobie.
Zastanawiające, że tak szlachetna forma „ucieczki od życia realnego” rozkwitła w państwie obfitującym w swobody, a przez to i w pokusy, zwłaszcza dla uprzywilejowanych. Łatwiej przecie wzgardzić światem niewoli niż wolności. Najwidoczniej sama atmosfera tej ostatniej sprzyja zjawiskom, które stanowią moralny skarb ludzkości.
W czasach, o których teraz mowa, główne kierunki protestanckie zdążyły już okrzepnąć i potrafiły sięgać po „miecz świecki” w sposób godny samej inkwizycji hiszpańskiej. Za przeczenie bóstwu Chrystusa Kalwin spalił na stosie Miguela Serveta, wybitnego uczonego. Dostał go w ręce postępem, i to wyjątkowo plugawym. Zadenuncjował Serveta przed inkwizytorami Kościoła i uchodzącego z Francji sam pochwycił. Stało się to w Genewie w roku 1553. Humaniści, pisarze i myśliciele niezależni byli już wtedy ledwie tolerowani. Jednym z ich skupisk stała się Bazylea, gdzie w latach 1551-1571 studiowało około siedemdziesięciu młodych Polaków. Między wspomnianymi mistrzami a uczniami znad Wisły istniało zrozumienie i sympatia. Są domysły, że intelektualiści zachodni szukali tą drogą mecenasów wśród młodych magnatów polskich. Także charakterystyczne.
Jeden z profesorów bazylejskich, Włoch imieniem Celio Secundo Curione, napisał traktat De amplitudine regni Dei, w którym udowadniał, że i bez religii objawionej można osiągnąć zbawienie oraz że w państwie Bożym jest miejsce nawet dla uczciwych pogan. Rozprawę swą autor dedykował królowi Zygmuntowi Augustowi, uzyskawszy przedtem jego zgodę na ten gest.
W Polsce Złotego Wieku panowała atmosfera moralna naprawdę zasługująca na szacunek. Swoboda myśli, osiągnięta w miodowych latach Renesansu, utrzymała się tu dłużej niż gdzie indziej. Aleksander Brückner twierdzi, że nie unia i nie Grunwald rozsławiły Polskę w Europie. Dokonała tego jej tolerancja i niekłamana wolność. Niezbitym dowodem – dodajmy – są właśnie owe liczne dedykacje dla króla Polski, widniejące na książkach z całego kontynentu.
Polska nie zabezpieczyła, niestety, swej wolności wewnętrznej przed kontratakiem, nie obwarowała jej instytucjami i prawem.
Z rozmaitych wyznań religijnych zdecydowanie wziął u nas górę kalwinizm. Jego swoisty demokratyzm polegający na braku wystawności kultu (co obniżało materialne koszty wiary) odpowiadał szlachcie. Wielką rolę odegrało i to, że Jan Kalwin był Francuzem, a więc nauka jego nie nosiła szaty niemieckiej, jak luteranizm. Kalwinizm, zwany w Polsce wyznaniem helweckim, przyjął również Mikołaj Radziwiłł Czarny, co zaraz wywarło olbrzymi wpływ na stosunki litewskie.
Sprawy religijne w Wielkim Księstwie tworzyły obraz barwny, ciekawy i obfitujący w jaskrawe kontrasty. Protestantyzm zakorzenił się mocno, wkrótce miał się nawet pojawić w Wilnie katechizm kalwiński po rusku. A jednocześnie:
Świeże jeszcze
bardzo w tym naszym Wielkim Księstwie są powiewy chrześcijańskiej wiary. Tu
bowiem, poza Wilnem, a szczególnie na Żmudzi, ciemny, nieokrzesany lud oddaje
cześć bożą (że zmilczę już o innych zabobonach) gajom, dębom, ruczajom, wężom
wreszcie i składa im publicznie i prywatnie ofiary
– pisał Zygmunt August i wznosił liczne kościoły katolickie, zakładał przy nich szkółki. Nawet jeszcze później biskup żmudzki, Melchior Giedroyć, mówił to samo, co król:
W bardzo wielkiej części mego biskupstwa nie
ma nikogo, kto by się raz w życiu spowiadał, kto by się raz w życiu
komunikował; nikogo, kto by umiał pacierz lub znak krzyża świętego; nikogo, kto
by miał jakąkolwiek wiadomość o tajemnicach wiary.
Biskup wileński Walerian Protasewicz
Szuszkowski od chwili swego obioru (1556) jął przemyśliwać nad założeniem w
stolicy litewskiej wyższej uczelni kształcącej duchownych i po długich
zabiegach doczekał się chwili otwarcia kolegium jezuickiego, zalążka przyszłego
uniwersytetu. Pojawili się w Wilnie zbiegli z Moskwy popi, podejrzani w
ojczyźnie o brak prawowierności. Jeden z nich, niejaki Teodozy Kos, dość daleko
zaszedł w radykalizmie, gdyż w ogóle odrzucił chrześcijaństwo i przyjął zakon
mojżeszowy.
Nad wszystkim górował ten sam co w Koronie
duch tolerancji. W 1563 roku wydał Zygmunt August przywilej dla innowierczej
szlachty Wielkiego Księstwa. Otrzymywała ona prawa, którymi od czasów Jagiełły
cieszyli się Litwini-katolicy. Najwięcej zyskiwała na tym szlachta prawosławna,
bez porównania liczniejsza od protestanckiej. Na przywileju tym, obok imion
króla i świeckich dostojników, widniały własnoręczne podpisy trzech biskupów
rzymskokatolickich.
W Koronie kwestie religijne zarysowały się
szczególnie ostro w roku śmierci Barbary – 1551. Synod piotrkowski rozpoczął
przeciwnatarcie od strony Kościoła. Ułożył wyznanie wiary i postanowił, że
każdy przyjmujący święcenia kapłańskie musi wpierw publicznie wygłosić ów akt,
zakazał duchownym zadawania się z heretykami oraz czytania ich ksiąg i
zobowiązał cały kler do walki z odszczepieństwem. Każdy biskup musiał powołać w
swej diecezji „inkwizytora heretyckiej nieprawości”.
W tym samym roku biskupem włocławskim został
Jan Drohojowski, przyjaciel Modrzewskiego, człowiek wysoko wykształcony na
Zachodzie, za młodu prawosławny. Jego dwór w Wolborzu od razu stał się silnym
ogniskiem nowinkarstwa. Biskup nie tylko otaczał się różnowiercami, ale i sam
był w duchu protestantem. Katolicyzmu trzymał się ze wzglądów
oportunistycznych, wytaczał procesy tym, którzy odmawiali płacenia dziesięcin,
lecz w ogóle nie występował przeciwko zmieniającym wyznanie świeckim, pilnował
jedynie księży. W Gdańsku, który mu podlegał, odstąpił luteranom kościół Św.
Jana. Prawowierni i gorliwi mieli mu bardzo za złe przyjaźń z Modrzewskim i
mianowanie go wójtem w Wolborzu.
W Krakowie biskupem był wtedy Andrzej
Zebrzydowski, który przeszedł do historii wraz ze swą osławioną zasadą „A wierz
sobie i w kozła, byleś dziesięcinę płacił”.
Siły hierarchii krajowej nie wystarczyłyby na
złamanie różnowierstwa, zwłaszcza że szlachta od razu mocno stanęła okoniem
przeciwko próbie powrotu do dawnych porządków. Bodźca dostarczyła sprawa
Konrada Krupki Przecławskiego, którego Zebrzydowski oskarżył, iż „sobie Marcina
Lutera, heretyka, naukę upodobał i jawnie dobrą ją być wyznawał”. Podczas rozprawy
sądowej bramę krakowskiego pałacu biskupiego przyszło zamknąć, „a za wroty
przeciwko ulicy kilka działek zatoczyć”. Wyrok skazujący wywołał oburzenie i
zorganizowaną agitację w całej Koronie. Mówiono: „jako rzecz niebezpieczna jest
wolnościom szlacheckim, żeby księża poczciwych ludzi (...) czci odsądzać
mieli”. W roku 1552 na sejmie piotrkowskim posłowie nie dopuszczali do obrad,
żądając wpierw zniesienia dekretu biskupa i Zygmunt August zawiesił
obowiązujące dotychczas prawo o wykonywaniu wyroków trybunałów duchownych przez
władze państwowe. „Miecz świecki” wypadł z rąk kleru. W roku 1553 szlachta
przemocą uwolniła w Poznaniu dwóch mieszczan skazanych za herezję.
Do jeszcze poważniejszych postanowień doszło
w trzy lata później, również w Piotrkowie.
Główne żądanie różnowierców dotyczyło
założenia w Polsce kościoła narodowego. Po burzliwych obradach sejmu, wielkim
głosem wołającego również o egzekucję praw, król wezwał poddanych do zachowania
pokoju religijnego, sam zaś wysłał do Rzymu Stanisława Maciejowskiego. Miał on
domagać się od papieża zgody na cztery nie lada jakie punkty: mszę i inne
nabożeństwa odprawiać się będzie w języku polskim, księżom wolno się żenić,
komunii udzielać należy pod dwiema postaciami, zwołany zostanie w Polsce sobór
narodowy.
Poseł trafił w Rzymie na samą chwilę
koronacji nowego papieża, Pawła IV. Wywarł dodatnie wrażenie, został uprzejmie
przyjęty i wyłożył głowie Kościoła, o co prosi król, „powodowany chęcią ludu”.
Z niemałym smutkiem i goryczą serca Ojciec
Święty słuchał tych żądań –
pisano z Rzymu do nuncjusza papieskiego w Polsce – nie mógł nawet utaić
żalu, że król choćby naglony natrętnymi domaganiami, czy to narodu, czy to
kilku osób, tak się dalece zapomniał, że na ich przedstawienie zezwolił.
Powinien był Król J. M. nie tylko nie słuchać tak nieprzyzwoitych żądań, lecz
surowo zgromić tych, co ważyli się je podać.
Maciejowskiemu uszło na sucho, ponieważ był
posłem monarchy, którego nie należało zrażać. Paweł IV umiał bowiem zamykać do
więzienia nawet kardynałów. To on nadał inkwizycji rzymskiej, zorganizowanej na
wzór hiszpański, prawo stosowania tortur także dla wydobycia zeznań o
współwinowajcach.
Wstąpił na tron w siedemdziesiątym dziewiątym
roku życia, panował cztery lata. Kiedy 18 sierpnia 1559 roku zmarł, tłum składający
się zarówno z ludu, jak i arystokratów uderzył na gmach inkwizycji, który
splądrował i podpalił, oraz na klasztor dominikanów. Pomnik zmarłego,
wzniesiony mu za życia, obalono i rozbito. Głowa posągu wraz ze zdobiącą ją
tiarą poniewierała się po brukach rzymskich, kopana nogami.
Odruchy niewiele znaczyły, zdecydowanie
zwyciężył kierunek surowy, którego Paweł IV (kardynał Jan Piotr Caraffa) był
doskonałym przedstawicielem. Od roku 1540 istniał zakon jezuitów, składających
ślub bezwzględnego posłuszeństwa papieżowi. W roku 1542 powstało Sacrum
Officium, czyli inkwizycja, również podlegające tylko Stolicy Apostolskiej. Od
roku 1543 zaczęły ukazywać się spisy ksiąg zakazanych. W dwa lata później
rozpoczął w Trydencie obrady sobór powszechny, powołany do całkowitego
uporządkowania stosunków w Kościele. Zakończył swe dzieło 4 grudnia 1563 roku.
Uchwały jego objęły dziedzinę dogmatyczną i ustrojową, podniosły powagę
papiestwa i naprawdę uzbroiły je do walki. Zaczął się okres kontrreformacji,
zwanej inaczej reakcją katolicką.
Poprzednio obraz Europy przedstawiał się
zastraszająco, jeśli patrzeć z punktu widzenia Rzymu papieskiego. Dokonajmy
krótkiego przeglądu, idąc za znawcą tych spraw, Leopoldem von Ranke. Anglia i
Skandynawia stracone, Niemcy niemal całkowicie protestanckie, Polska i Węgry w
stanie wrzenia, Genewa równie silną stolicą reformacji jak luterańska
Wittenberga, we Francji i w Niderlandach potężne stronnictwa protestanckie.
Tylko w Hiszpanii i we Włoszech ruch został opanowany, zgnieciony.
Teraz, po zakończeniu obrad soboru
trydenckiego, ruszyła wielka kontrofensywa.
Pierwsze uderzenia nastąpiły wcześniej. Na
wiosnę 1556 roku nuncjusz, Alojzy Lippomano, wdrożył surowe śledztwo przeciwko
Janowi Drohojowskiemu. Biskup załamał się i uległ, ale już nie na długo.
Rozchorował się wskutek ciężkich przeżyć i umarł w Wolborzu 25 czerwca 1557
roku, mając pięćdziesiąt dwa lata. Na łożu śmierci żałował, że otwarcie nie
występował ze swymi prawdziwymi myślami. Skończył jako protestant. Modlitwy nad
konającym odmawiał Andrzej Frycz Modrzewski, powtarzając głośno: W ręce Twoje,
Panie, polecamy tego człowieka”.
W listopadzie 1563 roku, a więc jeszcze przed
ostatnim posiedzeniem soboru trydenckiego, przybył do Polski nuncjusz, Jan
Franciszek Commendone, dyplomata wytrawny i zdolny. Na sejmie roku następnego
Zygmunt August przyjął od niego księgę uchwał soboru. Przyjął w prostym tego
słowa znaczeniu – z rąk do rąk – bo przyjęcie w sensie prawniczym nastąpiło
dopiero w roku 1577, za Stefana Batorego.
Commendone potrafił odpowiednio oddziałać na
polską hierarchię kościelną, która poprzednio sama była dość przychylna idei
kościoła narodowego, a już bojowością mało się odznaczała. Ramię w ramię z
Włochem szedł działacz krajowy. Był nim Stanisław Hozjusz. Odegrał on w
Trydencie rolę wybitną, występował tam jako legat papieski. W 1564 roku
pojawili się u nas jezuici.
Zygmunt August, który poprzednio ulegał
naciskom sejmu, lecz nie wyzyskał reformacji politycznie, teraz nie stanął na
czele kontrreformacji. Okazja, chwila sposobna do wzmocnienia państwa i
położenia ręki na części przynajmniej olbrzymich majątków kleru, odchodziła w
przeszłość. Spełniła się gdańska zapowiedź z 1526 roku – jedno z walczących
wyznań brało górę, ale państwu nie przynosiło to pożytku. Zaczynał się nawet
proces przeciwny. W przyszłości, po całkowitym opanowaniu serc i umysłów
szlachty, kler zdobył zdecydowaną przewagę nad tronem.
Jak się już wspomniało, w 1555 roku król
przyjął do wiadomości żądania sejmu i przedstawił je papieżowi. Po łatwej do
przewidzenia odmowie Rzymu nie nastąpiły w Polsce żadne fakty dokonane, na
które sejm właściwie zawczasu wyraził zgodę. Taka metoda postępowania nie mogła
nigdzie zaprowadzić. Polskie dążenia reformacyjne zostały zmarnowane.
Razu pewnego rozegrała się w Wilnie znamienna
scena. Uproszony przez Radziwiłła król wybrał się odwiedzić zbór helwecki. Na
palcu przed katedrą zastąpił mu przejazd biskup, przybrany w szaty
pontyfikalne.
– Nie ta jest droga, którą przodkowie Waszej Królewskiej Mości szli do królestwa niebieskiego, ale ta! – zawołał wskazując na drzwi świątyni. Zygmunt August zsiadł z konia i poszedł z biskupem do kościoła. Gdybyż mu wtedy powiedział: dobrze, pójdę, lecz stawiam takie a takie warunki...
Nuncjusz Ruggieri pisał o nim:
W religii nie widać, aby się w czym oddalił
od Kościoła rzymskiego, chociaż życzyć by należało, aby częściej przystępował
do Stołu Pańskiego, bywał regularniej na mszy i na kazaniu, i bez wątpienia
należałoby mu być gorliwszym o służbę Boga i zbawienie swych ludów.
Zygmunt August nigdy właściwie nie chciał
zrywać z katolicyzmem, ale kwestię zbawienia duszy pozostawiał każdemu ze swych
poddanych do osobistego załatwienia. Odróżniał się jaskrawo od współczesnych mu
monarchów europejskich. Jego tolerancja i odraza do prześladowań religijnych zasługują
na podziw. Wielkie słowa: „Nie jestem królem waszych sumień”, są prawdziwe.
Ciężki zarzut przeciwko niemu polega na tym, że w Polsce ówczesnej nie trzeba
było okrucieństw dla wzmocnienia państwa. Mógł czynić rzeczy słuszne i
potrzebne, pozostając sobą. Miał po temu zdecydowane poparcie ze strony sejmu.
(str. 375-384)
Paweł Jasienica – Polska Jagiellonów –
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 1965