Istniał aerozol – kryptobellina – o radykalnym działaniu wojennym: kto go łyknął, sam biegł za postronkiem i wiązał się jak baran. Na szczęście okazało się podczas testów, że na kryptobellinę nie ma antidotum, filtry też nie pomagały, więc wiązali się bez wyjątku wszyscy i nikt z tego nic nie miał. Po manewrach taktycznych 2004 roku „czerwoni” i „niebiescy” jednako zalegli pokotem pobojowisko – co do nogi, w sznurach.
Stanisław Lem – „Kongres Futurologiczny”
–
Proszę wejść, Tichy.
Wszedłem więc. Nie zdziwiłem się nawet szczególnie, że tak się odezwał, jakby czekał na mnie; przyjąłem spokojnie i to, że za biurkiem siedział imć George Symington, w szarym flanelowym ubraniu, z włochatym fularem na szyi, w ustach miał cienkie cigarillo, na twarzy – czarne okulary, i zdawał się patrzeć na mnie ni to pobłażliwie, ni to z żalem.
–
Proszę usiąść – rzekł – bo to chwilę potrwa.
Usiadłem.
Pokój, z całymi szybami, był oazą schludności i ciepła w powszechnym
zapuszczeniu, ani śladu lodowatych przeciągów, nawianego śniegu, tacka, dymiąca
czarna kawa, popielniczka, dyktafon, nad jego głową wisiało na ścianie kilka
barwnych aktów kobiecych. Zaskoczyło mnie bezsensowne raczej skojarzenie, że tych
ciał na fotografii nie pokrywał żaden liszaj.
– Doigrał się pan! – rzekł
dosadnie. – A przy tym nie może się pan skarżyć! Najlepsza pielęgniarka, jedyny
rzeczowidz w całym stanie, wszyscy starali się pomóc panu, ale cóż? Pan chciał
się dodłubać „prawdy” na własną rękę!
– Ja? –
powiedziałem oszołomiony jego słowami, a nim zebrałem myśli, nim je dostroiłem
do jego słów, napadł:
–
Proszę tylko nie łgać. Za późno na to. Zdawało się panu, że jest pan
niesłychanie przebiegły, obnosząc się z tymi swoimi skargami i podejrzeniami o
„halucynację”! „Kanał”, „szczury hotelowe”, „dosiadać”, „kulbaczyć”. I takimi
prymitywnymi wymysłami chciał się pan posłużyć, sądził pan, że one wystarczą?
Tylko defryzak może być aż tak głupi!
Słuchałem
go z na pół otwartymi ustami. Pojąłem błyskawicznie, że wszelkie zaprzeczanie
będzie daremne, bo i tak mi nie uwierzy. Brał moje autentyczne obsesje za
celowy manewr! A więc i ta rozmowa ze mną, w której wyjawiał tajemnice
„Procrustics Inc.”, nie służyła niczemu innemu, jak tylko pociągnięciu mnie za
język, po to używał tych słów, które tak okrutnie wówczas mnie zaskoczyły, może
sądził, że to jakieś hasła wtajemniczenia – w co, w spisek przeciwchemiczny?
Prywatny mój lęk przed halucynacją wziął za pociągnięcie taktyczne... Istotnie
za późno było, by mu to tłumaczyć – teraz zwłaszcza, gdy karty leżały odkryte.
– Pan
tu na mnie czekał? – spytałem.
– A
jakże. Razem z całą swoją przedsiębiorczością był pan przez cały czas
prowadzony jak na sznurku. Nie możemy sobie pozwolić na to, by
nieodpowiedzialna kontestacja zagroziła panującemu porządkowi.
Starzec
konający w korytarzu – przemknęło mi. – On też był częścią zagrodzeń, które
mnie tu doprowadziły...
–
Niezły ten porządek – powiedziałem. – A jego szef to pan, co? Gratuluję.
–
Docinki proszę zachować na lepszą okazję! – odwarknął. Udało mi się go dotknąć.
Był zły.
– Przez
cały czas szukał pan „źródeł demonizmu”, mój defryzoniu, moja zeszłowieczna
mrożonko... Otóż nie ma ich. Zaspokajam pańską ciekawość. Nie istnieją, rozumie
pan? Dajemy cywilizacji narkozę, bo inaczej by siebie nie zniosła. Dlatego nie
wolno jej budzić. Dlatego i pan do niej wróci. Nie grozi panu nic – to przecież
jest nie tylko bezbolesne, ale miłe. Nam jest znacznie trudniej, bo musimy
zachować trzeźwość dla waszego dobra.
– To
pan z poświęcenia tak? – rzekłem. – Rozumiem, zapewne, ofiara złożona na rzecz
ogółu.
–
Jeżeli pan ceni straszliwą wolność umysłu – odparł oschle – to radzę nie
szydzić, powściągnąć głupie docinki, bo dzięki nim tylko szybciej pan ją
straci.
– Więc
pan ma mi coś jeszcze do powiedzenia? Słucham.
– W tej
chwili jestem jedynym oprócz pana człowiekiem w całym stanie, który widzi! Co
mam na twarzy? – dorzucił szybko, podchwytliwie.
–
Ciemne okulary.
– A
więc widzi pan to samo, co ja! – rzekł. – Chemik, który dostarczył
Trottelreinerowi środków, już wrócił na łono społeczeństwa i nie żywi żadnych
wątpliwości. Nikt nie może ich mieć – czy pan tego nie pojmuje?
– Zaraz
– rzekłem. – Wygląda mi na to, że panu naprawdę zależy na przekonaniu mnie. To
dziwne. Właściwie – czemu?
– Bo
żaden rzeczowidz nie jest demonem! – odparł. – Jesteśmy zniewoleni stanem
rzeczy. Zagnał nas w kąt. Gramy takimi kartami, jakie nam społeczny los wcisnął
w ręce. Przynosimy spokój, pogodę i ulgę jedynym zachowanym sposobem.
Utrzymujemy na skraju równowagi to, co bez nas runęłoby w agonię powszechną.
Jesteśmy ostatnim Atlasem tego świata. Chodzi o to, że jeżeli już musi ginąć,
niechaj nie cierpi. Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić, to ostatni jeszcze humanitarny, jeszcze
ludzki obowiązek.
– A
więc już na pewno nie da się nic zmienić? – spytałem.
– Mamy
rok 2098 – rzekł. – 69 miliardów żyjących legalnie i zapewne koło 26 miliardów
zatajonych. Średnia temperatura roczna spadła o cztery stopnie; za piętnaście,
dwadzieścia lat będzie tu lodowiec. Nie możemy zapobiec zlodowaceniu; nie
możemy do niego nie dopuścić – możemy je tylko zakryć.
–
Zawsze uważałem, że w piekle musi być mróz – rzekłem. – Więc malujecie drzwi do
niego w ładne wzorki?
–
Właśnie tak – powiedział. – Jesteśmy ostatnimi Samarytanami. Ktoś musiał, z
tego miejsca, mówić do pana – przez przypadek ja jestem tym człowiekiem.
–
Przypominam sobie: ecce homo! –
powiedziałem. – Ale... zaraz... pojmuję, o co panu chodzi. Pan chce mnie
przekonać do swej funkcji – eschatologicznego narkotyzera. Kiedy już nie ma
chleba – narkoza cierpiącym. Tylko nie wiem, po co panu moje nawrócenie, skoro
i tak mam o nim zaraz zapomnieć? Jeżeli środki, których pan używa, są dobre, dlaczego
wysila się pan na rozumowe argumenty? Jeżeli są dobre, parę kropel kredybilanu,
jedno chluśnięcie w oczy – i z entuzjazmem zaakceptuję każde pana słowo, będę
pana szanował i czcił. Widocznie pan sam nie jest przeświadczony o wartości
takiego leczenia, jeżeli pociąga pana zwyczajne staroświeckie gadanie, rzucanie
słów na wiatr, jeżeli zadowala pana rozmowa zamiast sięgnięcia po dyfuzer!
Widać wie pan doskonale, że psychemiczne zwycięstwo jest zwykłym oszustwem, że
pozostanie pan sam na placu jako triumfator ze zgagą. Pan chce mnie najpierw
przekonać, a potem wepchnąć w niepamięć, ale to się panu nie uda. Powieś się
pan na swej szlachetnej misji, razem z tymi dziwkami, których fotosy
uprzyjemniają panu zbawicielską robotę. Potrzebuje pan jednak autentycznych,
bez szczeciny, co?
Twarz
wykręcił mu skurcz wściekłości. Zerwał się, wołając:
– Mam
inne środki prócz arkadyjskich! Są i piekła chemiczne!
I ja
wstałem. Sięgał do przycisku na biurku, kiedy krzyknąłem: – Pójdziemy tam
razem! – Skoczyłem mu do gardła. Impet cisnął nas – jakem chciał – ku otwartemu
oknu. Zatupotały kroki, twarde garście usiłowały odeprzeć mnie od niego, wił
się, kopał, ale już z parapetu, przegiąwszy go w tył, zebrałem ostatnie siły i
skoczyłem; zaświszczało w uszach, koziołkowaliśmy sczepieni, wirujący lej ulicy
rósł – przygotowałem się na miażdżący cios, a uderzenie przyszło tymczasem
miękkie, bluznęły czarne nurty, cuchnąca, najdroższa topiel zamknęła się nad
moją głową – i na powrót się otwarła. Wynurzyłem się pośrodku kanału, ocierając
oczy, z intensywnym smakiem pomyj w ustach, ale szczęśliwy, szczęśliwy!
Profesor Trottelreiner, wyrwany z drzemki moimi potępieńczymi wrzaskami,
pochylał się nad tonią i podawał mi z brzegu – jak bratnią dłoń – rączkę ciasno
zwiniętego parasola. Odgłosy bembardowania
cichły. Dyrekcja Hiltona spała pokotem na nadmuchiwanych fotelach (stąd
nadymanki!), a sekretarki zachowywały się wyzywająco przez sen. Jim Stantor,
chrapiąc, przewracał się z boku na bok i przydusił szczura, który wyskubywał mu
czekoladę z kieszeni; obaj się przestraszyli. Profesor Dringenbaum, metodyczny
Szwajcar, kucając u ściany, w pożółkłym świetle latarki poprawiał wiecznym
piórem swój referat. Uzmysłowiwszy sobie, że ta skupiona czynność zwiastuje
początek obrad drugiego dnia kongresu futurologicznego, wybuchnąłem takim
śmiechem, że maszynopis wypadł mu z palców, chlupnął w czarną wodę i odpłynął –
w niezbadaną przyszłość.
Stanisław Lem – Kongres
futurologiczny – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003