Strona główna

 

 

 

 

Trylogia Aleksandra KrawczukaKonstantyn Wielki”, „Ród Konstantyna”, „Julian Apostata” zawiera opis dziejów Cesarstwa Rzymskiego od wstąpienia na tron cesarski Dioklecjana (284) do śmierci Juliana Apostaty (363), gdy chrześcijaństwo stawało się religią panującą. Na tym tle profesor Krawczuk interesująco przedstawia ostatnią próbę odwrócenia biegu wydarzeń, którą podjął cesarz Julian Apostata. Jako tło dla prezentowanego poniżej fragmentu książki „Ród Konstantyna” niech posłuży ten oto list od czytelnika:

 

 

Panie Leszku!

 

Zapoznałem się z Pana stroną i materiałami na niej zamieszczonymi. Jestem osobą wierzącą, ale też myślącą i uważam, że Pańska teza zasługuje na przemyślenie. Ponadto jestem z wykształcenia religioznawcą, tak więc nie po raz pierwszy spotykam się z takimi interpretacjami. Mają one długą historię. Zarzuty choroby psychicznej Jezusa pojawiały się, jak Pan zapewne wie, już w trakcie Jego działalności publicznej. Problem polega na tym, że nawet jeśli pewne wypowiedzi Jezusa możemy uznać za typowe dla ludzi cierpiących na paranoję lub schizofrenię, to z tego co wiem do objawów żadnej z tych chorób nie należy uzdrawianie śmiertelnie chorych jednym dotknięciem albo samym słowem, rozmnażanie chleba czy wskrzeszanie umarłych. Gdyby Jezus wyłącznie mówił, że jest Synem Bożym i nie udowadniał tego czynami, zostałby szybko wyśmiany i straciłby wszelki autorytet. Ówcześni ludzie może nie znali się na budowie silnika samochodowego, ale nie byli w ciemię bici i mieli bardzo praktyczne podejście zarówno do życie codziennego, jak i do spraw religii. Jezus na ich oczach dokonywał cudów, których ani nikt inny wcześniej w dziejach Izraela nie dokonywał w takim natężeniu, ani nikt później. Wrogo usposobieni do Niego faryzeusze będący także naocznymi świadkami owych cudów, nie mogli im zaprzeczyć, dlatego wymyślili inny zarzut; że dokonuje ich mocą Belzebuba. Tymczasem Jezus po pierwsze przywiązywał dużą wagę do dokonywanych cudów, traktując je jako empiryczne znaki swojej tożsamości - powiedział wszak: "Jeśli nie wierzycie ze względu na moje słowa, to uwierzcie przynajmniej ze względu na dzieła, których dokonuję". Po drugie zaś wobec zarzutu czynienia ich "mocą Belzebuba" (a więc nie Ducha Świętego) ostrzegł, że jest to grzech (grzech przeciwko Duchowi Świętemu) tak "zaślepiający", że jest jedynym, który nie może być z duszy zdjęty nawet po śmierci w obliczu Boskiej chwały.

A zatem moja teza jest następująca; Jezus nie był zwykłym człowiekiem, dlatego cechy, które u zwykłego człowieka wskazują na zaburzenie psychiczne, u Jezusa nie mogą być w ten sposób interpretowane.

Oczywiście spodziewam się, że powie Pan, że autentyczność opisanych w Ewangelii cudów jest niczym nie poparta poza relacjami "fanatyków religijnych". Ale w takim razie musiałby Pan także zanegować cały szereg cudów towarzyszących historii chrześcijaństwa aż do naszych czasów, kiedy były one badane przez uczonych i rzeczywiście nie udało się wyjaśnić ich w ramach obowiązujących teorii przyrodoznawczych (np. 50-letni post Marty Robin, cud eucharystyczny w Lanciano, czy bilokacje ojca Pio).

Chętnie wysłucham Pana odpowiedzi, gdyż wydaje mi się, że stara się Pan być obiektywny i nie szuka Pan jedynie taniego poklasku scjentystycznych szyderców. A zatem Pańska argumentacja może być interesująca.

 

Pozdrawiam

Jarosław Moser

 

 

A teraz już zapowiadany fragment książki:

 

 

 

Teurgia jest wyższym etapem oraz praktycznym zastosowaniem teologii. Podczas bowiem gdy teologia rozprawia i naucza o bogach, teurgia działa: dzięki bogom, wespół z bogami, a nawet na bogów. Teolog operuje tylko słowami i abstrakcyjnymi wywodami, teurg natomiast potrafi i to, i jeszcze coś więcej: czyni cuda i niezwykłe znaki – jak choćby ten, którym popisał się Maksymus w świątyni bogini Hekate. Należy wszakże zaznaczyć, że teurgia odcina się jak najostrzej od wszelkiej magii i czarnoksięstwa. Kto bowiem może zostać teurgiem? Tylko ten adept, który otrzymał staranne przygotowanie filozoficzne, uwolnił się od jakichkolwiek niskich pożądań, a ożywiony jest bezinteresowną miłością ku bogom i ludziom.

Łatwość i gotowość, z jaką Julian dał się porwać teurgii, sprawia sporo kłopotów nowszym badaczom. Staje się nawet przyczyną różnorakich nieporozumień. Apologeci chrześcijaństwa, gardzący Julianem jako odstępcą, widzą w tym jaskrawy dowód jego łatwowierności i płytkiego rozumienia zarówno filozofii, jak i religii. Uczeni natomiast z jakichkolwiek powodów przychylni Julianowi radzi by, jak się wydaje, raczej bagatelizować całe to wydarzenie i ten aspekt jego przekonań; twierdzą, że to młodzieńcza pomyłka, wynikła z braku rozeznania i z nazbyt szczerego entuzjazmu dla dawnej filozofii i wiary w odchodzących bogów.

Oba stanowiska wydają się w jakimś stopniu krzywdzące, jednostronne, anachroniczne. Ażeby bowiem właściwie zrozumieć i ocenić zachwyt Juliana dla teurgii, należy wczuć się w mentalność i możliwości poznawcze człowieka tamtych czasów. Przede wszystkim zaś wypada odtworzyć myśli, które – zapewne nie zawsze w pełni i jasno uświadamiane – musiały nurtować w sercu Mardoniuszowego ucznia.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że myśl pogańska we wszystkich swych aspektach i w każdej dziedzinie góruje nad chrześcijańską. Dzieła filozofów są bez porównania głębsze, piękniejsze, bogatsze od tego, co da się wyczytać, przy najlepszej woli, w świętych księgach nowej religii. Nauki moralne, wskazówki etycznego postępowania i użytecznego dla społeczności życia są także godne wszelkich pochwał i w swej istocie nie odbiegają od chrześcijańskich przykazań. Nawet na pozór gorszące mity i opowieści o bogach da się wyjaśnić jako alegorie, przenośnie, baśnie poetyckie. Istnieje wszakże dziedzina, w której chrześcijanie triumfują! Oto powołują się na cuda, potwierdzające prawdziwość ich wiary od wieków i w każdym niemal pokoleniu – poczynając od znaków i przepowiedni w Starym Testamencie, poprzez cuda Mesjasza i jego uczniów, a kończąc na świadectwach męczenników. Temu po stronie pogańskiej właściwie niczego nie można przeciwstawić. Bogowie nie ukazują się i nie działają od stuleci. Wyrocznie zamilkły. A więc może rzeczywiście bogowie to tylko demony, obecnie przegnane przez prawdziwą wiarę? Dlaczego bowiem nie przemówią, dlaczego nie dadzą znaku, jeśli prawdziwie istnieją, jeśli oni byli natchnieniem owych wszystkich wspaniałych dzieł myśli i sztuki?

Stąd wniosek: cud jest konieczną przesłanką wiary w bogów. Dzięki niemu słowo filozofii stanie się ciałem. Słysząc więc, iż żyje i działa mędrzec, który czyni znaki niezwykłe, jakże nie spieszyć ku niemu jakby na skrzydłach, rzucając nawet ukochane książki? On bowiem spełnia to, czego szukało się od lat.

 

(str. 167-169)

 


 

Aleksander KrawczukRód Konstantyna – Wiedza Powszechna, Warszawa 1985

 

 

 

 

Strona główna