PRO I CONTRA PSYCHIATRII EGZYSTENCJALNEJ
Nie da się zaprzeczyć, że w obecnym kryzysie psychiatrii kierunek egzystencjalistyczny stanowi jakiś świeży powiew. Kierunek ten ukazał bowiem możliwości zupełnie innego spojrzenia na wiele zagadnień oraz głębszego wniknięcia w przeżycia chorego, a to jest i będzie chyba najistotniejszym dążeniem każdego psychiatry.
Zasługi egzystencjalistycznego
kierunku w psychiatrii podzieliłbym na „destrukcyjne” i „konstrukcyjne”, przy
czym te pierwsze wydają się może nawet ważniejsze, podejmują one bowiem walkę z
silnie zakorzenionym w poglądach ludzi Zachodu kartezjańskim podziałem
człowieka na psyche i soma. Psychiatrzy egzystencjalistyczni
traktują człowieka jako niepodzielną całość; według nich nie ma oddzielnych
zjawisk psychicznych i fizycznych, a są tylko fenomeny ludzkie. Dlatego często
spotyka się w pismach psychiatrów egzystencjalistycznych określenia:
„antropologia” i „antropologiczny”, tu jednak mające inny sens i inne znaczenie
niż w nauce empirycznej, wchodzącej w zakres przyrodoznawstwa i wykładanej na
uniwersytetach.
(...)
Zarzuty ująłbym w dwa
punkty. Pierwszy z nich można by wyrazić „nieuczesaną myślą” Leca: „Co
zdeformowało mi twarz? Zbyt wielki słowa”. Nie chodzi tutaj zresztą o trudny i
często niezrozumiały język psychiatrów egzystencjalistycznych (...), każdy
bowiem nowy język naukowy jest trudny do zrozumienia; takim był dla wielu psychiatrów,
a częściowo i jest nadal język psychoanalityczny czy behawiorystyczny, a
ostatnio cybernetyczny. Mówiąc o niezrozumiałości, trudności języka psychiatrów
egzystencjalistycznych mam raczej na myśli to, że mówią oni o człowieku,
używając zbyt „wielkich” słów. Oczywiście, zarzut ten łatwo można odeprzeć
słuszną zresztą repliką, że mówiąc o człowieku nie można użyć zbyt wielkich
słów.
Wchodzimy w ten sposób w
dziedzinę zasadniczych pytań filozoficznych; chodzi tutaj o pytanie o miejsce
człowieka w świecie. Nie jest jednak zadaniem psychiatry znalezienie na nie
odpowiedzi. Możliwe, że tak wysokie postawienie człowieka w hierarchii
otaczającego świata było naturalną reakcją na potworne poniżenie godności
ludzkiej w czasie ostatniej wojny (nic też dziwnego, że psychiatria
egzystencjalistyczna rozkwitła w krajach niemieckiego obszaru językowego), a
także reakcją na zbyt skrajnie przyrodnicze kierunki w psychiatrii, stawiające
człowieka w rzędzie naczelnych.
(...)
Drugi zarzut łączy się z
pierwszym i mierzy w samą filozofię egzystencjalizmu. Chodzi tutaj o
„lokalizację” człowieka w świecie. Obraz człowieka samotnego w tajemniczym,
często wrogim świecie, człowieka, którego ostatecznym spełnieniem jest śmierć,
jest może obrazem filozoficznie frapującym, może w pewnych warunkach, zwłaszcza
współczesnej cywilizacji zachodniej, prawdziwym, ale czy takim obrazem
człowieka może się posługiwać psychiatra w swojej codziennej praktyce? Możliwe,
że obraz taki jest bliski – w pewnym sensie – świata schizofrenika (może
dlatego bardzo wnikliwe są analizy egzystencjalistyczne niektórych przeżyć
schizofrenicznych), lecz czy posługując się tego rodzaju obrazem człowieka
psychiatra może wyprowadzić chorego z impasu, w jakim znalazł się na skutek
swojej nerwicy czy psychozy?
Wydaje się, że z
psychiatrycznego punktu widzenia egzystencjalistyczny obraz człowieka jest w
trzech punktach błędny: w nieuwzględnianiu mechanizmu projekcji, w
egocentrycznej pozycji przeciwstawiającej człowieka otaczającemu światu oraz w
stosunku człowieka do śmierci.
Przez mechanizm projekcji
lub pseudopodium rozumiem bardzo banalną ludzką prawdę, że człowiek nie może
być zostawiony sam sobie i sam dla siebie. Musi kogoś czy coś kochać, dla kogoś
czy czegoś się poświęcać itd. Dążenie to jest tak silne, że nierzadko zwycięża
nad instynktem zachowania życia, na co niemało dowodów było na przestrzeni
historii. Człowiek tak jak ameba wysuwa swoje pseudopodia, musi „zaczepić” o
coś swój strumień uczuć i aktywności, inaczej bowiem stacza się w pustkę bezsensu
swojego istnienia. Wprawdzie sens tych „punktów zaczepienia” jest często bardzo
problematyczny, a czasem całkiem urojony (niekiedy im bardziej urojony, tym
trwalszy, o czym poucza przykład różnych idei religijnych bądź politycznych,
dla których ludzie w ciągu wieków poświęcali swoje życie) – a jednak bez nich
ludzka egzystencja skazana jest na tragiczną pustkę. Możliwe, że człowiek
współczesnej cywilizacji po doświadczeniach ostatnich czasów, zwłaszcza
ostatniej wojny, woli z dwojga złego wybrać pustkę niż urojone wartości, w
które jeszcze jego ojcowie mocno wierzyli. Ten sposób postępowania, choć
pozornie bardziej rozsądny, jest jednak – jak się wydaje – sprzeczny z
podstawowym dążeniem ludzkiej natury.
(...)
Lęk przed śmiercią, nicością, związany jest z egzystencją człowieka. Oczywiście, śmierć towarzyszy zjawisku życia. Umierają jedne komórki, by na ich miejsce powstały nowe, gasną jedne uczucia, by na ich zgliszczach zapalały się nowe itp. W otaczającej przyrodzie, choćby na porach roku, wciąż obserwujemy rytm umierania i odradzania się. Zagadnienie stosunku do śmieci jest problemem filozoficznym lub religijnym i nie czuję się powołany nawet marginesowo nim zajmować. Nie można zaprzeczyć, że lęk przed śmiercią występuje chyba w całym świecie zwierzęcym, nawet na najniższych szczeblach rozwoju. Prawdopodobnie jednak tylko człowiek potrafi lęk ten przezwyciężyć, gdy ujrzy sens swej śmierci lub bezsens swojego życia. Życie w stałym lęku przed śmiercią jest wszakże czymś patologicznym; może wynika on z poczucia bezsensu swojego życia i tłumionej myśli, że jedynym rozwiązaniem byłaby właśnie śmierć.
Reasumując, wydaje mi się, że jeśli chodzi o wnikliwość psychopatologiczną, to psychiatrzy egzystencjaliści górują nad innymi współczesnymi kierunkami psychiatrycznymi może dlatego, że ich własne założenia filozoficzne są tak często zbliżone do patologii. W psychiatrii jednakże niektóre poglądy psychiatrów egzystencjalistów mogą być wręcz szkodliwe.
str. 249, 250-251, 252-253, 255-256
Antoni Kępiński – Rytm życia – Wydawnictwo
Literackie, Kraków 2001