„O roku ów!”
pisał Adam Mickiewicz na kartach „Pana Tadeusza”. Podobnie będzie
się pisać o roku 2010. Ale Mickiewicz wspominał rok 1812 raczej miło. Miniony
rok wiele osób, a szczególnie Polacy, będą wspominać zgoła inaczej. Nie tylko z
powodu katastrofy smoleńskiej. Rok ten rozpoczął się jak w dobrym filmie wg
Hitchcocka od trzęsienia ziemi (12 stycznia na Haiti), a potem napięcie nieprzewanie rosło. Wymienię w kolejności niekoniecznie
chronologicznej.
– wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej,
– fala skandali pedofilskich w Kościele
katolickim,
– kryzys gospodarczy rozlewający się na Europę,
– olbrzymie pożary w Rosji i Izraelu,
– olbrzymie powodzie w Pakistanie i Australii,
– wybuch wulkanu na Islandii i związane z nim perturbacje w ruchu
lotniczym,
– 21 zabitych podczas paniki na festiwalu Love
Parade,
– powódź czerwonego błota na Węgrzech,
– wzrost napięcia na Półwyspie Koreańskim,
– wyciek tajnych danych USA ujawniony na łamach portalu Wikileaks,
– największa od czasu inwazji liczba poległych wśród wojsk
koalicyjnych w Afganistanie,
– dalsze osłabienie pozycji USA i Europy przy jednoczesnym
wzroście znaczenia Chin (gospodarka chińska wyprzedziła japońską, stając się
drugą gospodarką świata),
– NASA ogłosiła, że rok 2010 był najcieplejszy w historii
pomiarów; w ciągu ubiegłego 10-lecia klimatolodzy ustalili, że za globalne
ocieplenie odpowiada człowiek.
Na naszym, polskim
podwórku wydarzenia zdominowała oczywiście katastrofa smoleńska. Jej przyczyny
oraz rozmiar mają swoje źródła w tym, że prezydent Polski, mocno skonfliktowany z Rosją, wybiera się do tego kraju starym
samolotem, zbudowanym w Rosji, w Rosji remontowanym, bez rosyjskiego
przewodnika, wsadza do tego samolotu elitę społeczną, polityczną oraz wojskową
i postanawia wylądować na źle wyposażonym lotnisku, w gęstej mgle. Takim
ludziom przyznaje się później nagrody Darwina,
w Polsce natomiast załatwia im się pochówek na Wawelu. Pozostałe znamienne
wydarzenia w Polsce i związane z Polską to m. in.
– sroga zima,
– letnie powodzie i osuwiska ziemi,
– sprawa więzień CIA w Polsce,
– spadek zaufania do Kościoła katolickiego,
– konflikt w łonie Kościoła katolickiego, którego przejawem jest
list o. Ludwika Wiśniewskiego,
– konflikt o krzyż,
– poważne wypadki związane z przewozem osób,
– afera gruntowa Kościoła katolickiego,
– zaangażowanie Kościoła w politykę, szczególnie widoczne w czasie
kampanii prezydenckiej,
– bałagan w czasie świąt Bożego Narodzenia – kolej, ruch
lotniczy, awarie energetyczne, kolejne podtopienia.
Jesienią 2010 r. miał
miejsce „pogrom na próbnej maturze z matematyki” (w Wielkopolsce,
wg lokalnego wydania „Gazety Wyborczej”; nie wiem
dlaczego GW nie podsumowała próbnej matury w skali kraju). Próbnego
egzaminu nie zdało 10,5 tys. uczniów, tj. 35% zdających. W Wielkopolsce
młodzież otrzymała średnio 20,16 pkt. (na 50
możliwych). Jak pisze GW z 4 grudnia:
– Najtrudniejszymi
okazały się zadania wymagające umiejętności rozumowania i argumentacji –
mówi Zofia Hryhorowicz, dyrektor Okręgowej Komisji
Egzaminacyjnej w Poznaniu. Bardzo trudne okazały się również zadania wymagające
modelowania matematycznego oraz użycia i tworzenia strategii.
Połowa uczniów nawet
nie próbowała rozwiązać zadania wymagającego przeprowadzenia dowodu
geometrycznego. W Poznaniu prawidłowo rozwiązało je tylko 6 proc. maturzystów!
Podobnie było, gdy młodzież miała wykorzystać wzory skróconego mnożenia do
przeprowadzenia dowodu algebraicznego – co
trzeci uczeń poddał się i nie próbował go wyliczyć. Uporało się z nim tylko 8
proc. poznaniaków. (Mariusz Kutka)
W minionym roku były
oczywiście i inne, bardziej miłe wydarzenia:
– sztuczne życie
stworzone przez człowieka,
– odkrycie tzw. obcego życia na Ziemi, opartego na arsenie,
zamiast na fosforze,
– zbudowanie i uruchomienie przez Chińczyków superkomputera nowej
generacji,
– uratowanie górników w Chile (niestety podobna katastrofa w Nowej
Zelandii zakończyła się śmiercią górników),
Do pozytywnych
wydarzeń na naszym, polskim podwórku zaliczyłbym wzrost znaczenia poglądów na
rzecz laickości państwa, a na moim, poznańskim podwórku – udane występy
Lecha Poznań w pucharach europejskich.
W 2010 r. została
wydana książka Stephena Hawkinga
i Leonarda Mlodinowa o przewrotnym tytule
„Wielki projekt” („The Grand Design”), w której
autorzy stwierdzają, że dla wyjaśnienia genezy i rozwoju Wszechświata (chodzi
gł. o przyczynę Wielkiego Wybuchu) nie trzeba uciekać się do idei istnienia
Boga. O książce tej tak pisał na łamach „Charakterów” prof.
Krzysztof Szymborski:
Znaczna część książki Hawkinga i Mlodinowa poświęcona
jest historii nauki, a nie jej obecnemu kształtowi. W historii nauki zaś
– po krótkim okresie działalności presokratejskich
filozofów jońskich (takich jak Tales z Miletu), którzy byli myślicielami racjonalnymi i uważali,
że wszechświat opisać można na podstawie obserwacji i rozumu – dociekania
naukowe i religijne były przez długie stulecia nierozerwalnie ze sobą
splecione.
Od czasów
Arystotelesa, poprzez czasy Kopernika, Keplera,
Kartezjusza i Newtona, uczeni odwoływali się do Boga nie tylko jako stwórcy
świata, lecz jako aktywnego uczestnika, sprawcy i kontrolera procesów
fizycznych. Uczeni przywoływali istotę wyższą wtedy, gdy współczesne teorie nie
były w stanie wyjaśnić pewnych zjawisk. Z czasem, w miarę postępu wiedzy
naukowej, Bóg „zwalniany” był stopniowo ze swych rozlicznych wcześniejszych
obowiązków i filozofowie nauki zaczęli go nazywać „Bogiem luk”.
Tam, gdzie zawodziła wiedza, odwoływano się do wiary, a zatem rezygnowano
niejako z nadziei czy ambicji naukowego poznania.
Dopiero od czasów
oświecenia uczeni (jednym z pierwszych był Simon de Laplace) odważają
się na eliminację „hipotezy Boga” ze swych rozważań. Do dziś
„Bóg fizyki” został odsunięty od ingerencji w codzienne
funkcjonowanie wszechświata i pozostawiono mu miejsce w niepoznawalnym naukowo
obszarze, poza zasięgiem najczulszych instrumentów i najbardziej wyrafinowanych
teorii. Z wyjątkiem Wielkiego Wybuchu, w którym zrodził się nasz wszechświat,
bowiem uznano, że jest to obszar nauce niedostępny. Bóg nadal cieszył się tam
przywilejami Stwórcy, który cały ten Wielki Wybuch zainicjował i przeprowadził.
Nauka nie lubi jednak godzić się na to, że istnieją
granice racjonalnego poznania i autorzy Wielkiego projektu głoszą w swej
książce, że i tam pozycja Stwórcy nie jest pewna. Czy aby na pewno?
Różnica pomiędzy
religią a nauką jest taka jak pomiędzy wiedzą a wiarą. Czy wiedza naukowa
posiada absolutny charakter? Nie. Hawking i Mlodinow pewne koncepcje naukowe nazywają „efektywnymi (czyli skutecznymi) teoriami”, które nie
są poddawane testom absolutnej prawdziwości, lecz są jedynie dogodnymi
odwzorowaniami rzeczywistości w naszych umysłach, zgodnej ze wszystkimi naszymi
obserwacjami. Nie istnieje więc żaden koncept
rzeczywistości, który byłby niezależny od przyjętego „modelu” czy
teorii. W ostateczności o tym, jak opisujemy wszechświat, decyduje nasz mózg,
który wyposażony jest w skłonność do doszukiwania się prawidłowości i reguł
rządzących otaczającym nas światem. Nasza zdolność poznawcza jest
więc właściwie zjawiskiem psychologicznym. Czy podobnym zjawiskiem jest
także Bóg?
Spośród wymienionych
tutaj wydarzeń jedynie trzęsienie ziemi na Haiti oraz wybuch wulkanu na
Islandii można zaliczyć do tych, na zaistnienie których
ludzie nie mieli żadnego wpływu (nie dotyczy to jednak rozmiaru strat). W tym
kontekście można się zastanawiać, czy to nagromadzenie gł. negatywnych wydarzeń
jest przypadkiem, czy to już będzie regułą?
W latach 70-tych
ubiegłego stulecia miałem okazję przeczytać w czasopiśmie „Delta”, rozważania o tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że
mysz znajdująca się w zbiorniku, w którym panuje temperatura iluś tam tysięcy
stopni, na wskutek mało prawdopodobnego rozkładu prędkości cząsteczek w jej
najbliższym otoczeniu, przeżyje przez ileś tam sekund. I wyliczono tam to
prawdopodobieństwo. Dodano, że jak będzie miała pecha, może nawet zamarznąć.
Oczywiście, jak pisze
Stanisław Lem w prezentowanym poniżej fragmencie
książki „Śledztwo”, świat jest wypadkową ruchów brownowskich, tym niemniej obowiązują w nim
pewne reguły, do których należą m. in. prawa fizyki. Zachodzą w nim również
pewne krótko- i długofalowe procesy. Jednym z przejawów tychże procesów i
zwiastunem nowej jakości naszego, ziemskiego świata może być ten oto artykuł,
który ukazał się na łamach GW 23 grudnia 2010 r.
Chiny martwią
się o Europę. Ale nie za darmo
(Konrad Godlewski)
Trzech unijnych
komisarzy wybrało się na Wschód, gdzie usłyszało, że Chiny martwią się o kryzys
zadłużenia w Europie. I są gotowe pomóc finansowo krajom UE w tarapatach, przez
wykup obligacji czy inwestycje bezpośrednie.
– Martwimy się o
to, czy kryzys zadłużeniowy w Europie można w ogóle kontrolować –
powiedział w środę w Pekinie minister handlu Chen Deming. Był to przytyk wobec unijnych komisarzy
odpowiedzialnych za gospodarkę Karla De Guchta, Ollego Rehna i Joaquina Almunii (handel,
konkurencję oraz sprawy ekonomiczne i walutowe), którzy wybrali się na rozmowy
do Chin. Słowa ministra łagodził wicepremier Wang Qishan, który obiecał chińską pomoc dla UE.
Z chińskiej oferty
korzysta już Grecja – pierwsza ofiara kryzysu, który rozlewa się po
Europie. W październiku Ateny odwiedził premier Wen Jiabao,
obiecując wykup greckich obligacji za 40 mln dol.
Jednocześnie chiński koncern państwowy COSCO podpisał 35-letnią umowę na
dzierżawę portu kontenerowego w Pireusie, jednego z
większych w Europie.
Zazdroszcząc Grekom, w
kolejce do Pekinu ustawiają się kolejne kraje UE. Media ukuły złośliwy skrót na
ich określenie – PIIGS (Portugal, Ireland, Italy, Grece, Spain). Prócz Grecji do klubu zaliczają się także
Portugalia, Irlandia, Włochy i Hiszpania. Zdaniem ekonomistów to dopiero
początek, bo lista zadłużonych może się wydłużać.
– Nad Starym
Kontynentem wisi kryzys demograficzny, a jego zażegnanie będzie wymagało wielu
trudnych reform – uważa prof. Krzysztof Rybiński,
rektor Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Informatycznej w Warszawie. Jego zdaniem
Chiny widzą europejskie problemy i zaczynają prowadzić tu politykę, którą
wcześniej testowały w Afryce. – Wykorzystują kłopoty zadłużonych państw,
aby budować polityczne wpływy. Realizują tym samym program, któremu
przyświecają cele nie tyle ekonomiczne, ile strategiczne – dodaje
ekonomista.
Te cele to m.in.
dywersyfikacja chińskich rezerw. Pekin już dawno uznał, że nazbyt uzależnił się
od dolara. Te obawy potwierdził amerykański FED, który
przed listopadowym szczytem G20 w Seulu zaczął grać
na zniżkę kursu dolara, by – jak powszechnie uważano – zmusić Chiny
do rewaluacji juana. Pekin nie zamierza się z tym
jednak spieszyć, a rezerwy w euro to dobra
alternatywa. Pod warunkiem że strefa euro będzie stabilna.
Nic dziwnego, że
wyobraźnię polityków z zadłużonych państw rozbudza masa kapitału, jaką
dysponuje Pekin. Trzy największe chińskie fundusze inwestycyjne mają do
dyspozycji aż 2,65 bln dol. wypracowanych głównie z
nadwyżek w handlu zagranicznym. Te pieniądze stały się celem ożywionej
chińsko-europejskiej dyplomacji, w którą wpisuje się wizyta komisarzy.
Drugi cel, jaki
przyświeca Chinom, to budowa nowej światowej pozycji. Według niemieckiego
tygodnika „Spiegel”, wchodząc do Europy,
Chiny czerpią z doświadczeń amerykańskich. Wykupienie ogromnej liczby obligacji
skarbowych USA zmusiło Waszyngton do większego liczenia się ze zdaniem Pekinu.
„Jak tu postępować ostro ze swoim bankierem?” – pytała wiosną 2009 r. szefowa dyplomacji USA Hillary Clinton w jednej z depesz
ujawnionych przez portal Wikileaks. Wcześniej premier
Wen Jiabao udzielił USA reprymendy, mówiąc: –
Pożyczyliśmy Ameryce mnóstwo pieniędzy. Martwimy się o bezpieczeństwo naszych
aktywów.
Słowa Chińczyka
wywołały wtedy w USA szok, odebrano je jako początek nowej epoki w obustronnych
stosunkach. Niepokój chińskiego ministra handlu o strefę euro
to też punkt przełomowy. – Chiny wracają do swojej starej roli mocarstwa.
To nieunikniony proces i musimy się z takimi Chinami nauczyć żyć – uważa Rybiński.
Zdaniem Andrzeja Sadowskiego, wiceprezesa Centrum im. Adama Smitha, chińska potęga ekonomiczna jest przesadzona.
Wiarygodność chińskich statystyk pozostawia wiele do życzenia, a tamtejsi
decydenci dobrze opanowali sztukę zjednywania sobie zagranicznych partnerów.
Dokonujący się przełom w stosunkach europejsko-chińskich nie musi oznaczać, że
UE będzie wisiała na chińskiej klamce. – Wszystko zależy od tego, jak
poradzą sobie europejskie elity. Mogą chiński kapitał oswoić i wykorzystać do
przeprowadzania reform, ale równie dobrze mogą mu się dać przekupić, a zamiast
reform odsunąć nadciągającą katastrofę – mówi Sadowski.
Zdaniem prof. Rybińskiego metodą na oddalenie zagrożeń związanych z
rozwojem chińsko-europejskiej współpracy powinna być realna koordynacja
wspólnej polityki. – Unia to wciąż ekonomiczny gigant i polityczny
karzeł, podczas gdy Chiny stają się gigantem na obu płaszczyznach – uważa
ekonomista. – Ale nawet 3 bln dol. chińskich
funduszy może nie wystarczyć, aby uratować całą Europę przed kryzysem
demograficznym. To możemy zrobić tylko sami – dodaje.
Bez wątpienia mamy tu
do czynienia z pewnym starciem cywilizacji. Cywilizacji Zachodu z cywilizacją
wschodniej Azji, gł. z Chinami. Szablon cywilizacji judeochrześcijańskiej to
oczekiwanie na przyjście Pana. Szablon komunistycznych Chin jest inny. Od
czasu, gdy Hegel wprowadził do filozofii pojęcie rozwoju (i Feuerbach
je zateizował), ta właśnie idea przyświecała i
przyświeca nadal wielu, nie tylko komunistycznym, ale i oświeceniowym czy
pozytywistycznym myślicielom. Jeśli połączy się to z taoizmem (materialna
jedność świata, powszechna prawidłowość zjawisk, poddanie się naturalnemu
porządkowi rzeczy), konfucjanizmem (wykonywanie obowiązków społecznych,
przestrzeganie norm współżycia społecznego, posłuszeństwo wobec władzy) oraz
tradycjami klasztoru Shaolin (chin.
kung
– „osiągnięcie, dorobek”; fu
– „człowiek”), powstaje niezła mieszanka.
Niezależnie zaś od
wszelkiej przypadkowości rządzącej Wszechświatem, zawsze obowiązywać w nim będzie
reguła, która mówi, że za głupotę trzeba płacić.
Jeżeli świat nie jest rozsypaną przed nami łamigłówką, tylko zupą, w której pływają bez ładu i składu kawałki, od czasu do czasu zlepiające się przez przypadek w jakąś całość? Jeżeli wszystko, co istnieje, jest fragmentaryczne, nie donoszone, poronne, zdarzenia mają koniec bez początku albo tylko środek, sam przód albo tył, a my wciąż segregujemy, wyłaniamy i rekonstruujemy, aż zaczynamy widzieć całe miłości, całe zdrady i klęski, chociaż naprawdę jesteśmy cząstkowi, byle jacy. Nasze twarze, nasze losy urabia statystyka, jesteśmy wypadkową ruchów brownowskich, ludzie to nie dokończone szkice, przypadkowo zarysowane projekty. Perfekcja, pełnia, doskonałość – to rzadki wyjątek, zdarzający się tylko dlatego, że wszystkiego jest tak niesłychanie, niewyobrażalnie wiele! Olbrzymiość świata, nieprzeliczalna jego mnogość jest automatycznym regulatorem codziennej zwyczajności, dzięki niej uzupełniają się pozorne luki i wyrwy, myśl dla własnego zbawienia odnajduje się i scala odległe fragmenty. Religia, filozofia są klejem, wciąż składamy i zbieramy rozpełzające się w statystykę ochłapy, żeby je złożyć w sens, jak w dzwon naszej chwały, żeby odezwały się jednym, jedynym głosem! Tymczasem jest tylko zupa… Matematyczny ład świata to nasza modlitwa do piramidy chaosu. Na wszystkie strony wystają kawałki życia poza znaczenia, które ustaliliśmy jako jedyne, a my nie chcemy, nie chcemy tego widzieć! Tymczasem istnieje tylko statystyka. Człowiek rozumny to człowiek statystyczny. Czy dziecko będzie piękne czy brzydkie? Czy muzyka da mu rozkosz? Czy dostanie raka? O tym wszystkim decyduje gra w kości. Statystyka stoi u naszego poczęcia, ona wylosowuje zlepki genów, z których tworzą się nasze ciała, ona wylosowuje naszą śmierć. O spotkaniu kobiety, którą pokocham, o mojej długowieczności, o wszystkim decyduje normalny rozkład statystyczny, więc może także o tym, czy będę nieśmiertelny? Może ona staje się czyimś udziałem na ślepo, przez przypadek, od czasu do czasu, tak samo jak uroda lub kalectwo? A skoro nie istnieją jednoznaczne przebiegi, skoro rozpacz, piękno, radość i brzydota są dziełem statystyki, statystyką jest podszyte nasze poznanie, istnieje tylko ślepa gra, wiekuiste układanie się przypadkowych wzorów. Nieskończona liczba Rzeczy szydzi z naszego umiłowania Ładu. Szukajcie – a znajdziecie; zawsze w końcu znajdziecie, jeżeli będziecie tylko dość żarliwie szukali, statystyka bowiem niczego nie wyklucza, czyni wszystko możliwym, jedynie mniej lub więcej prawdopodobnym. Historia zaś jest ziszczaniem się brownowskich ruchów, statystycznym tańcem cząstek, które nie przestają marzyć o innym doczesnym świecie…
(str. 179-180)
Stanisław Lem – Śledztwo
– Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001