|
Hejka, Orionie :-)) Wracamy do przerwanej dyskusji :-))
> U mnie jest akurat odwrotnie, niż u Ciebie.
Kiedyś wierzyłem w Boga a teraz jestem ateistą. > Zauważyłem po prostu, że
prawdą jest to, co się powszechnie o Bogu mówi, tzn. to, że on > znajduje
się przede wszystkim w ludzkich sercach. Problem polega jednak na tym, że on
znajduje > się wyłącznie tam. :-)))
No, to jednak nie jest dowód na nieistnienie Boga :-)) Ale tak sobie myślę:
właściwie wiele rzeczy jest kwestią wiary. Na przykład to, że naprawdę jesteś
dzieckiem swoich rodziców (rozmawiamy teoretycznie, z całym szacunkiem dla
Twoich Rodziców!). Bo hipotetycznie mogę sobie wyobrazić taką sytuację, że
Twoi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a ich przyjaciele
postanowili zaadoptować dziecko w taki sposób, by nigdy się nie dowiedziało,
że nie jest ich biologicznym dzieckiem. I nigdy Ci nie przyjdzie do głowy ich
rodzicielstwa zakwestionować, bo - po prostu im wierzysz. Gdyby tak się
zastanowić, to całe życie jest oparte na wierze. Bo po co właściwie żyjemy?
No, chyba, że ktoś wyznacza sobie za jedyny cel spłodzenie i wychowanie
potomstwa i ta motywacja mu wystarcza. A tak naprawdę to każdego dnia
składasz jakieś wyznanie wiary: wierzysz, że jutro będzie pogoda, że
dostaniesz podwyżkę, że spotkasz kogoś miłego, że coś dobrego się zdarzy, że
zbudujesz dom, że spłacisz kredyt.... Nie wiesz przecież na pewno, nie masz
DZIS dowodu, że za dziesięć lat kredyt spłacisz bez problemu. A jednak żyjesz
z wiara, że tak będzie. Więc czemu by nie wierzyć, że po śmierci jednak coś
jest? To chyba ta sama kategoria...
Spróbuj sobie wyobrazić, że żyjesz WIEDZĄC, że tego przykładowego kredytu nie
spłacisz. Że za dziesięć lat zostaniesz bez domu, bo Ci zabierze bank... No,
można i tak - ale... Ale wtedy WIERZYSZ w to, że JAKOŚ TO BĘDZIE :-)))
A jeśli się wierzy, że coś jest po śmierci, no to zaczynasz się zastanawiać
co, i jak tam będzie.. No i nieuchronnie zaczyna pojawiać się jakaś wizja
Boga........
> Tu się z Tobą nie zgodzę. Uważam, że miłość,
potrzeba dawania czułości, troski, opieki, itd... > wynikają z instynktu
zachowania gatunku. Kot, aby mógł zostać samotnikiem, też musi wpierw >
> otrzymać swoją dawkę miłości.
Ale po co?
> Potrzeba miłości jest głęboko zakorzeniona u
wszystkich gatunków ssaków (te gatunki, u których > była ona słabsza, już
nie istnieją).
No właśnie. To ja poproszę o dowody uzasadniające tę potrzebę miłości :-))
> Człowiek jako istota inteligentna,
potrafiąca myśleć abstrakcyjnie, posiadająca wysokie > ambicje, itd... tworzy
bardziej >wyrafinowane uzasadnienia i obiekty tej miłości. Z kolei te >
> cechy swoiście ludzkie wynikają z prozaicznego faktu zejścia z drzew i
udania się na sawannę.
> Na sawannie, w odróżnieniu od bezpiecznej gałęzi drzewa, zaczęła się
liczyć inteligencja. We > > wczorajszej Gazecie Wyborczej jest ciekawy
artykuł na temat najnowszych odkryć z tej dziedziny > pt. "Czym my -
ludzie - różnimy się od szympansów?"
Niestety, artykuł przegapiłam, mógłbyś tak w skrócie opowiedzieć?
> Ale który z tych guru składa życie w ofierze
za swoich wyznawców? Jezus z czasem został uznany > za Boga. Znasz drugą
taką religię która uczy, że Bóg dla dobra ludzi poświęcił swoje życie?
Otóż to, właśnie nie znam.
Wbrew pozorom to nie jest nielogiczne :-))
Spróbuję Ci to wyjaśnić jak potrafię. Dawniej ludzie musieli ciężko walczyć o
przetrwanie. W ich świecie musiały obowiązywać twarde zasady, żeby utrzymali
się przy życiu. Ich pojmowanie Boga było równie proste i surowe, jak ich
życie. W związku z tym nie znali Prawdy o Bogu. Nadszedł jednak czas, że
przynajmniej niektórzy z nich tę Prawdę stali się w stanie pojąć. Wtedy Bóg
sprawił, że pojawił się Ktoś, kto miał im te Prawdę przekazać: Jego Syn. I
zjawił się Jezus z Nazaretu, który głosił naukę UZUPEŁNIAJĄCĄ, a nie obalającą
dotychczasową Prawdę o Bogu. Tylko że takich nauczycieli, jak Jezus było
wielu. A On miał sprawić, że ta Prawda dotrze do ludzi na całym świecie. Więc
po pierwsze - miał dar uzdrawiania - ta umiejętność przyciągała do niego
ludzi i sprawiała, że tym bardziej wierzyli Jego słowom. Wiadomo było też, że
będą zawistnicy i tacy, co będą tej nowej nauki bardzo się obawiać. A że
czasy były okrutne, więc łatwo było zgadnąć, że misja Jezusa może zakończyć
się źle. Stary Testament zresztą zapowiadał już te wydarzenia, więc, jak się
nad tym zastanowić, to śmierć Jezusa na krzyżu była nie do uniknięcia z wielu
względów. Po pierwsze - aby Mu uwierzono, musiały się wypełnić dawne
proroctwa. Po drugie - Jego uczniowie mieli tę naukę ponieść w świat. A
uczniowie byli zwykłymi ludźmi. Musieli mieć siłę, aby przekonywać innych i
nauczać Prawdy o Bogu. I tę siłę dała im i ich naukom męczeńską śmierć i
zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu....
Gdyby Zmartwychwstanie budziło wątpliwości Jego uczniów, pewnie by nie
głosili nowej wiary z takim zapałem. Cóż bowiem skłoniłoby Pawła z Tarsu,
gwałtownika i prześladowcę chrześcijan, by z takim zapałem, za cenę
uwiezienia i śmierci wyrzec się wygodnego życia i nieść tę naukę dalej?
Wiara? Czy WIEDZA? Myślisz, że mogła to być np. chęć sławy? No, z
dzisiejszego punktu widzenia, to można powiedzieć, że jest to jeden z
najsławniejszych ludzi świata. Ale wątpię, czy o sławie myślał siedząc po
więzieniach i prowadząc działalność apostolską....
Paweł był wykształconym człowiekiem, zapewne nieskorym wierzyć w gusła i
zabobony. Jego listy są bardzo rzeczowe i precyzyjne. Nie ma uniesień,
wielkich emocji. Natomiast bije z nich wielka siła. Dla mnie to jest siła
wiedzy i przekonania o słuszności nauki, która głosił, a nie tylko wiary,
która łatwo podważyć.
>> A wiesz co, ja sobie postawiłam taki umowny znak równości,
>> a właściwie tożsamości: Bóg = Prawda.... I rachunek mi się
>> zgodził :-)))
> Rozumiem Cię. Ja z kolei zamiast słowa
"prawda" wolę używać słowo "rzeczywistość". Jest >bardziej
przyziemne. A poza tym zdanie: "Każdy ma swoją prawdę" jeszcze
można przełknąć,
> ale zdanie: "Każdy ma swoją rzeczywistość" jest już zupełnie
bez sensu. :-)))
No, nie - Orionie - wydaje mi się, że z prawdą i rzeczywistością to trochę
nie tak :-)) Bo tu jest kwestia indywidualnego postrzegania rzeczywistości.
Daltonista nieco inaczej ją widzi, niż Ty. Że nie wspomnę o pszczołach, które
przecież też należą do tej samej rzeczywistości, co i Ty :-)) A gdzieś dalej
jest Prawda o długości fali świetlnej - wartości, z która nie możesz
dyskutować będąc w tym punkcie obserwacyjnym, w jakim się znajdujesz. Poza
tym dam Ci inny przykład, z podwórka, które mnie interesuje :-)). Mamy na
świecie 14 szczytów wyższych, niż 8000 m. I ludzie zabijają się, żeby je zdobyć.
Ale właściwie - skąd taka liczba - 14? Oczywiste - no bo można je policzyć.
Wiadomo, które mają więcej niż 8000 m, bo je zmierzono. Ale jakby się tak
zastanowić, to jak je zmierzono? Ano, za pomocą przyrządów, w których
jednostka miary był metr. A co to jest metr? Ano, umowny wzorzec... Gdyby
przyjęto wzorzec w taki sposób, że metr wyszedłby dłuższy, tych szczytów
byłoby mniej...A gdyby był krótszy, to byłoby ich więcej. No i rzeczywistość
rozłazi się nieco w szwach. A ja myślę, że może istnieje gdzieś BEZWZGLEDNA
jednostka miary i obliczenia są naprawdę słuszne tylko wtedy, gdy użyje się
tej jednostki... Jakiś taki Boski metr... I ja to nazywam Prawdą. A
"rzeczywisty metr" - to tylko nasza umowa, wynikająca z naszego
stanu wiedzy...
> 3maj się :-))))
Ty też :-)))
Ania
|