Strona główna

 

 

 

Smutek końca pontyfikatu

Można stwierdzić, że bardzo smutno kończy się pontyfikat Jana Pawła II. Wielu chyba pamięta jego początek - ten entuzjazm, radość, nawrócenia, wzrost religijności, pierwsze pielgrzymki do Polski, zachwyt całego świata papieżem - Polakiem, itd...

A teraz? Fala skandali o podłożu seksualnym w łonie Kościoła katolickiego, ostry konflikt z rosyjską cerkwią prawosławną, niespełnione marzenie o pielgrzymce do Moskwy, dociekania prasy odnośnie stanu zdrowia papieża, spekulacje na temat jego możliwych następców. Jeżeli do tego dodamy jeszcze dramatyczne wydarzenia na świecie, na które papież nie ma żadnego wpływu, chociaż chciałby ten wpływ mieć, obraz będzie pełniejszy.

Można oczywiście powiedzieć, że cierpienie jest nieodłączną dolą człowieka, że uszlachetnia ono człowieka, że Bóg nie tylko daje szczęście, ale i doświadcza ciężko człowieka, że cierpienie trzeba znosić z godnością, podkreślać heroizm papieża. Owszem, można.

Przypomina mi się pewien film zrealizowany we Francji. Nie zapamiętałem niestety jego tytułu. Jeden z jego bohaterów opowiadał o losach mieszkańców pewnej francuskiej wioski. Kiedyś zobaczyli oni na niebie "palec boży", pokazujący im drogę w którą mieli wyruszyć. I wyruszyli - z procesją, sztandarami, itd.... i szli w kierunku wskazanym przez Boga. Ale Bóg ciężko doświadczał swoich wybrańców, bo gdy rano palec wskazywał jeden kierunek, to po południu wskazywał z kolei kierunek odwrotny. Ale oni szli, wciąż szli, z podziwu godnym heroizmem. Aż w końcu zaszli - na lotnisko Orly pod Paryżem.

(~Orion, 2002-04-06 09:26:16)

 


 

Orionie, przewrotna Twoja opowiastka o wędrówce tych biedaków na lotnisko....Ale o tym lepiej niech wypowiedzą się uczeńsi ode mnie. Ja natomiast byłam Ci winna własną interpretację Listu św. Pawła do Tytusa. No i myślę sobie tak: św. Paweł pisał ten list do swojego zastępcy na Krecie. Twardych słów które przytoczyłeś, nie kierował więc bezpośrednio do Kreteńczyków, lecz jako człowiek obdarzony pewnym temperamentem, zwięźle i po żołniersku wyjaśnił Tytusowi, z kim ten będzie miał do czynienia :-))) Jednak dalsza cześć listu jest ważna w tym kontekście:
----------------------------------------------------
Tt 3, 8-11
Rady dla Tytusa

8 Nauka ta zasługuje na wiarę, i chcę, abyś z całą stanowczością o tym mówił, że ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów. Jest to dobre i pożyteczne dla ludzi. 9 Unikaj natomiast głupich dociekań, rodowodów, sporów i kłótni o Prawo [Mojżeszowe]! Są bowiem bezużyteczne i puste. 10 Sekciarza po jednym lub po drugim upomnieniu wystrzegaj się, 11 wiedząc, że człowiek taki jest przewrotny i grzeszny, przy czym sam na siebie wydaje wyrok.
----------------------------------------------------------

I jeszcze z II-go Listu do Tesaloniczan:

-----------------------------------------------------------
2 Tes 3,13-15

13 Wy zaś, bracia, nie zniechęcajcie się w czynieniu dobrze! 14 Jeżeli ktoś nie posłucha słów naszego listu, tego sobie zaznaczcie i nie obcujcie z nim, aby się zawstydził*. 15 A nie uważajcie go za nieprzyjaciela, lecz jak brata go napominajcie!

-----------------------------------------------------------

Pozdrawiam Cię :-)))

(~Anka, 2002-04-07 18:54:39)

 


 

Wiesz co Aniu, chyba zbyt dokładnie czytam te listy św. Pawła.;) Bo na przykład w tym samym drugim liście do Tesaloniczan widzę coś takiego:

2 Tes 1:6-10
6. Bo przecież jest rzeczą słuszną u Boga odpłacić uciskiem tym, którzy was uciskają,
7. a wam, uciśnionym, dać ulgę wraz z nami, gdy z nieba objawi się Pan Jezus z aniołami swojej potęgi
8. w płomienistym ogniu, wymierzając karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa.
9. Jako karę poniosą oni wieczną zagładę [z dala] od oblicza Pańskiego i od potężnego majestatu Jego
10. w owym dniu, kiedy przyjdzie, aby być uwielbionym w świętych swoich i okazać się godnym podziwu dla wszystkich, którzy uwierzyli, bo wyście dali wiarę świadectwu naszemu.
(BT)

Paweł i w ogóle pierwsi chrześcijanie wierzyli w rychły koniec świata i wtrącenie w otchłań piekielną wszystkich, którzy nie wierzą w Jezusa. A chyba przyznasz, że takich była wówczas przeważająca większość.

Rz 2:5-8
5. Oto przez swoją zatwardziałość i serce nieskłonne do nawrócenia skarbisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia się sprawiedliwego sądu Boga,
6. który odda każdemu według uczynków jego:
7. tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności - życie wieczne;
8. tym zaś, którzy są przekorni, za prawdą pójść nie chcą, a oddają się nieprawości - gniew i oburzenie.
(BT)

1 Kor 15:51-52
51. Oto ogłaszam wam tajemnicę: nie wszyscy pomrzemy, lecz wszyscy będziemy odmienieni.
52. W jednym momencie, w mgnieniu oka, na dźwięk ostatniej trąby - zabrzmi bowiem trąba - umarli powstaną nienaruszeni, a my będziemy odmienieni.
(BT)

1 Tes 4:15-17
15. To bowiem głosimy wam jako słowo Pańskie, że my, żywi, pozostawieni na przyjście Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy pomarli.
16. Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi.
17. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem.
(BT)

Właśnie: "jako słowo Pańskie", czyli jako słowa wypowiedziane przez samego Jezusa, który zapowiedział swoim uczniom powrót jeszcze za życia współczesnego mu pokolenia:

Mk 13:30-33
30. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie.
31. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą.
32. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec.
33. Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie.
(BT)

Mk 9:1
1. Mówił także do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże przychodzące w mocy.
(BT)

Mt 10:23
23. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy.
(BT)

Wychodzi na to, że czytam te listy i ewangelie podobnie jak prof. Aleksander Krawczuk:

Wiedziano też, że oczekują oni bliskiego końca świata i nadejścia króla, który wtrąci w otchłań potępienia całą ludzkość, prócz garstki wybranych. A kim będą owi wybrani? Ci, którzy gardzą wszystkim, co stanowi o radości i pięknie życia: miłością, zabawą, igrzyskami, nauką i sztuką, nawet ziemską ojczyzną. Wszystko to, wobec oczekiwania na dzień ostateczny, nie miało dla chrześcijan żadnego znaczenia; więcej, było złe, szkodliwe, grzeszne.
Fanatyzm i prymitywizm takich poglądów musiał przerażać każdego człowieka wykształconego i przywiązanego do wielkich osiągnięć ducha. Chrześcijaństwo w swej pierwotnej postaci groziło zagładą całemu dorobkowi cywilizacji.
W ciągu wieku drugiego, już po czasach Tacyta i Swetoniusza, zaczęła dokonywać się w tym ruchu religijnym stopniowa przemiana. Koniec świata i królestwo Mesjasza nie nadchodziły. Płomienna wiara i nieustępliwość przekonań pierwszych pokoleń musiały ustąpić wymogom życia. Trzeba było pogodzić się ze społeczeństwem i kulturą, dostosować ideały królestwa niebios do warunków ziemskiego bytowania.

To cytat z "Nerona". Może wszystko zależy od tego jak się coś czyta, z jakim nastawieniem i na co się zwraca uwagę?

Dziękuję za pozdrowienia i - również pozdrawiam Cię :-)))

(~Orion, 2002-04-08 12:19:52)

 



 

Bóg jest poza czasem i przestrzenią. Wszystkie dusze najpierw są u Stwórcy. On ogląda je jako pierwszy. Jako pierwszy rozpoznaje nasze skłonności. Dzieje się to jeszcze przed naszym narodzeniem. Na podstawie tego
rozpoznania Bóg decyduje w jakie miejsce i w jaki czas wprowadzić daną duszę. Przy czym Sam osobiście utworzył na ziemi pewne szczególne miejsce, które teraz nazywane jest chrześcijaństwem. Po Jezusie Bóg zaczął wlewać w to „naczynie” wybrane dusze. Cała reszta trafia na boki tzn. islam, judaizm, lasy Amazonii itp.

(~katolik ekstremalny, 2002-04-09 10:19:56)

 


 

Rzeczywiście jesteś ekstremalnym katolikiem. :-))

(~Orion, 2002-04-09 14:02:44)

 



 

Orionie, jestem przekonana, że wiele zależy od tego, z jakim nastawieniem coś się czyta i na co zwraca uwagę :-))) Nie zdarzyło Ci się pójść z kimś do kina i po wyjściu stwierdzić, że obejrzeliście dwa różne filmy? :-)))

No i, jak już ustaliliśmy we wcześniejszych dyskusjach, Biblia nie została napisana przez samego Boga, a Ewangelie - przez samego Jezusa.

A poza tym, Szaweł na drodze do Damaszku z pewnością przeżył, nazwijmy to jeśli chcesz, "oświecenie", ale według mnie pewnych cech swojego charakteru tak z nagła i z dnia na dzień zmienić nie mógł, a łagodnym stworzonkiem raczej nie był...

Oczywiście nie mogę dyskutować z prof. Krawczukiem, ale popatrz: chrześcijaństwo przetrwało już 20 wieków, a kultura starożytnej Grecji, gdzie były nieskrępowane warunki rozwoju sztuki, nauki i filozofii rozwijała się 30 czy 35 wieków, licząc od okresu kreteńskiego aż do upadku Cesarstwa Zachodniego. Przy czym historia Grecji była dość burzliwa, nie był to nieprzerwany rozwój. Okres największego rozkwitu kultury to zaledwie kilkadziesiąt lat, a zaraz potem nastąpił upadek greckiej potęgi - być może w wyniku przerafinowania i przez to wewnętrznego osłabienia. To samo chwilę później przydarzyło się Rzymowi, zaś "barbarzyńskie" dążenia chrześcijan do odarcia życia ze wszelkiego uroku nie miały na upadek Rzymu najmniejszego wpływu. Te dwie wielkie cywilizacje upadły, moim zdaniem, właśnie przez nadmierne skupienie się na pięknie i urokach życia, i przez to niedostrzeżenie i zlekceważenie zewnętrznych niebezpieczeństw. I spójrz, że mimo wszystko, owo prymitywne chrześcijaństwo przechowało starożytną kulturę aż po dzień dzisiejszy....

No, ale to są moje osobiste dywagacje, bo historykiem nie jestem, więc być może nie mam racji.
Pozdrawiam Cię jak zwykle :-)))

(~Anka, 2002-04-09 10:09:43)

 


 

Uważam, że Twoje osobiste dywagacje są świetne, a z prof. Krawczukiem mogłabyś jak najbardziej dyskutować. :-))) Serio, nie żartuję.

Zauważ jednak, że mamy tu dwie zupełnie różne sprawy. Jedna z nich to chrześcijaństwo. Piszesz o tym, co chrześcijaństwo wniosło pozytywnego. Można również pisać o tym, co wniosło negatywnego. Tak samo można zresztą pisać o kulturze i wierzeniach starożytnych Greków, Rzymian i innych cywilizacji. Można w ten sposób pisać o wszystkich innych wielkich światowych religiach.

Druga sprawa to kwestia - na ile to, co podaje się do wierzenia w religii chrześcijańskiej, jest prawdziwe. Czy rzeczywiście chrześcijaństwo powstało dlatego, że Bóg je zaplanował, zesłał swojego syna, aby złożył siebie w ofierze i zbawił w ten sposób ludzkość, itd.... Czy też może chrześcijaństwo powstało jako skutek działań wielu pokoleń wpierw Żydów a później i innych ludzi pragnących posiadać ekstremalnie silnego opiekuna i doszukujących się jego obecności w prawie wszystkich przejawach otaczającej ich rzeczywistości. Czy może chrześcijaństwo powstało jako jedna z wielu religii, których celem było wyjaśnienie na miarę ułomnego ludzkiego rozumu powstania świata, sensu istnienia w tym świecie człowieka, sensu ludzkich działań oraz znalezienia odpowiedzi (oczywiście zadowalającej człowieka) na pytanie: co dzieje się z człowiekiem po śmierci?

Pozdrawiam frapującą Anię :-)))

(~Orion, 2002-04-09 13:57:52)

 


 

> Uważam, że Twoje osobiste dywagacje są świetne, a z prof.
> Krawczukiem mogłabyś jak najbardziej dyskutować. :-)))
> Serio, nie żartuję.

Orionie, moje "ego" zaczyna się rozpychać coraz bardziej, a tyle czasu próbowałam je jakoś wychować :-))) Ale dziękuję! :-))

> Druga sprawa to kwestia - na ile to, co podaje się do
> wierzenia w religii chrześcijańskiej, jest prawdziwe. Czy
> rzeczywiście chrześcijaństwo powstało dlatego, że Bóg je
> zaplanował, zesłał swojego syna, aby złożył siebie w
> ofierze i zbawił w ten sposób ludzkość, itd.... Czy też
> może chrześcijaństwo powstało jako skutek działań wielu
> pokoleń wpierw Żydów a później i innych ludzi pragnących
> posiadać ekstremalnie silnego opiekuna i doszukujących się
> jego obecności w prawie wszystkich przejawach otaczającej
> ich rzeczywistości. Czy może chrześcijaństwo powstało jako
> jedna z wielu religii, których celem było wyjaśnienie na
> miarę ułomnego ludzkiego rozumu powstania świata, sensu
> istnienia w tym świecie człowieka, sensu ludzkich działań
> oraz znalezienia odpowiedzi (oczywiście zadowalającej
> człowieka) na pytanie: co dzieje się z człowiekiem po
> śmierci?

Orionie, to jeszcze dwie inne dyskusje: pierwsza - na temat - czy Bóg istnieje naprawdę, czy też człowiek sobie Boga wymyślił, bo ten był mu do czegoś potrzebny. A druga - czy chrześcijaństwo powstało jako jedna z wielu religii których celem było wyjaśnienie powstania świata, sensu istnienia, i tego, co się dzieje po śmierci. Ja myślę, że nie, bo kwestie ontologiczne i eschatologiczne wyjaśniał judaizm, nie było więc raczej potrzeby tworzenia kolejnego kultu, w dodatku zespolonego z judaizmem. Więc - dobre pytanie - co wniosło nowego chrześcijaństwo i co sprawiło, że wierzenia garstki ludzi rozprzestrzeniły się na połowę kuli ziemskiej i przetrwały porównywalnie długo, co największe cywilizacje?
Pozdrawiam miłego Oriona :-)))
Ania

(anka_220, 2002-04-10 13:01:47)

 


 

> Orionie, moje "ego" zaczyna się rozpychać coraz bardziej,
> a tyle czasu próbowałam je jakoś wychować :-))) Ale
> dziękuję! :-))

Już dawno nikt mnie nie naciągnął na takie filozoficzne rozważania, dlatego tak o Tobie piszę. Uważam, że Twoja argumentacja jest bardzo dobra a ja muszę się nieźle nagimnastykować, aby na nią odpowiedzieć. :-)))

> Orionie, to jeszcze dwie inne dyskusje: pierwsza - na
> temat - czy Bóg istnieje naprawdę, czy też człowiek sobie
> Boga wymyślił, bo ten był mu do czegoś potrzebny.

Tu odpowiem krótko - wybieram tę drugą możliwość. Uważam, że zbyt wiele argumentów za tym przemawia. Ale to jest temat - rzeka.

> A druga
> - czy chrześcijaństwo powstało jako jedna z wielu religii
> których celem było wyjaśnienie powstania świata, sensu
> istnienia, i tego, co się dzieje po śmierci. Ja myślę, że
> nie, bo kwestie ontologiczne i eschatologiczne wyjaśniał
> judaizm, nie było więc raczej potrzeby tworzenia kolejnego
> kultu, w dodatku zespolonego z judaizmem.

Zwróć uwagę, że Judaizm był religią zamkniętą w obrębie jednego narodu. Judaizm w formie niezmienionej nie mógłby istnieć poza Izraelem ze względu na jego główną ideę, wokół której się ukształtował. Mam tu na myśli koncepcję "narodu wybranego" przez Boga. Właśnie ta myśl, że Bóg opiekuje się wyłącznie Izraelem, dawała Żydom poczucie pewności siebie, odwagę i determinację w walkach z licznymi wrogami. "Rozmycie" tego Boga na inne narody nie wchodziło zatem w grę, chyba że już w ramach innej religii.

> Więc - dobre
> pytanie - co wniosło nowego chrześcijaństwo i co sprawiło,
> że wierzenia garstki ludzi rozprzestrzeniły się na połowę
> kuli ziemskiej i przetrwały porównywalnie długo, co
> największe cywilizacje?

Aniu, w Twoim pytaniu jest już zawarta sugestia. Uważam, że to co powyżej napisałaś nie jest jednak argumentem na rzecz "prawdziwości" chrześcijaństwa. Podobne pytania można by zadawać również w związku z innymi wielkimi religiami i procesami społecznymi. Islam i buddyzm też rozwinęły się z wierzeń garstki ludzi. Można by też zapytać np.: Co sprawiło, że niewielkie Księstwo Moskiewskie rozrosło się w światowe mocarstwo (które ostatnio zresztą bardzo podupadło)? Co sprawiło, że kilka drobnych zbuntowanych kolonii angielskich rozrosło się w Stany Zjednoczone? itd...

Pozdrawiam coraz bardziej frapującą Anię. ;-)))

(~Orion, 2002-04-10 15:38:02)

 


 

> > Orionie, to jeszcze dwie inne dyskusje: pierwsza - na
> > temat - czy Bóg istnieje naprawdę, czy też człowiek
> > sobie
> > Boga wymyślił, bo ten był mu do czegoś potrzebny.
>
> Tu odpowiem krótko - wybieram tę drugą możliwość. Uważam,
> że zbyt wiele argumentów za tym przemawia. Ale to jest
> temat - rzeka.

Racja, że to temat-rzeka, ładnie ten temat przedstawia Apo w swoim cyklu artykułów, myślę, że bardzo wyczerpująco, więc już tutaj nie będę tego zagadnienia roztrząsać :-))) W każdym razie mamy punkt wyjścia do dalszych rozważań, Bo ja uważam, że Bóg istnieje naprawdę i też wiele argumentów przemawia "ZA" :-))) Choćby taki, że taka dość prymitywna istota, jaką był człowiek pierwotny w ogóle wpadła na pomysł, że światem mogą rządzić jakieś siły nadprzyrodzone. Skąd w ogóle taki pomysł?? Że z nieba spadał ogień w postaci piorunów? No to spadał, to takie samo zjawisko, jak deszcz, czy wiatr, czy fakt, że na drzewach rosną liście...

Zresztą wydaje mi się, że jakakolwiek próba zracjonalizowania wiary jest skazana na niepowodzenie z tej przyczyny, że wiara (w cokolwiek) należy do sfery emocji, a umysł nad emocjami nie zawsze ma kontrole....

> Zwróć uwagę, że Judaizm był religią zamkniętą w obrębie
> jednego narodu. Judaizm w formie niezmienionej nie mógłby
> istnieć poza Izraelem ze względu na jego główną ideę,
> wokół której się ukształtował. Mam tu na myśli koncepcję
> "narodu wybranego" przez Boga. Właśnie ta myśl, że Bóg
> opiekuje się wyłącznie Izraelem, dawała Żydom poczucie
> pewności siebie, odwagę i determinację w walkach z
> licznymi wrogami. "Rozmycie" tego Boga na inne narody nie
> wchodziło zatem w grę, chyba że już w ramach innej
> religii.

Orionie - to ciekawe, co powiedziałeś o "rozmyciu" Boga Izraela na inne narody. Bo właściwie - do czego było to komu potrzebne? Izrael miał swojego Boga, poganie mieli swoje wierzenia, czemuż by nie miało tak zostać? Podobnie, wydaje mi się, było z Buddą - gdy doznał oświecenia, poczuł wewnętrzny nakaz głoszenia prawd, które odkrył. Widzę tu analogie do sytuacji po ukrzyżowaniu Jezusa z Nazaretu, kiedy Jego uczniowie jako fakt oczywisty potraktowali konieczność głoszenia Jego nauk.

Od razu zastrzegam: jestem jak najdalej od prób dowodzenia wyższości jednej religii nad druga - nie zamierzam zagłębiać się w dyskusje, czy chrześcijaństwo jest "lepsze" od buddyzmu, ani też nie zamierzam dowodzić wyższości jednego odłamu w obrębie tej samej religii nad drugim...Moim zdaniem te kwestie są nieporównywalne - ja to widzę w ten sposób, że Bóg i Prawda są niezmienne, natomiast bardzo różni są ludzie, a i cala ludzkość nieustannie się rozwija, nieustannie nowe fragmenty Prawdy odkrywa, poznaje i przyswaja... Nie tylko w sferze materialnej, ale i duchowej. I nie ma jednej, jedynie słusznej drogi do tej Prawdy. Ateizm, czy - lepiej - agnostycyzm być może też jest jedną z takich dróg...

Pozdrawiam Cię :-)))
Anka

(anka_220, 2002-04-12 12:36:17)

 


 

Cześć Aniu :-)))

> Racja, że to temat-rzeka, ładnie ten temat przedstawia Apo
> w swoim cyklu artykułów, myślę, że bardzo wyczerpująco,
> więc już tutaj nie będę tego zagadnienia roztrząsać :-)))

Nie włączyłem się do dyskusji w tym cyklu wątków, ponieważ całkowicie zgadzam się z tym poglądem - uważam, że człowiek rzeczywiście poszukuje Boga.

> W każdym razie mamy punkt wyjścia do dalszych rozważań, Bo
> ja uważam, że Bóg istnieje naprawdę i też wiele argumentów
> przemawia "ZA" :-))) Choćby taki, że taka dość prymitywna
> istota, jaka był człowiek pierwotny w ogóle wpadła na
> pomysł, że światem mogą rządzić jakieś siły
> nadprzyrodzone. Skąd w ogóle taki pomysł?? Że z nieba
> spadał ogień w postaci piorunów? No to spadał, to takie
> samo zjawisko, jak deszcz, czy wiatr, czy fakt, że na
> drzewach rosną liście...

Traktujesz człowieka jako kogoś "gotowego". Powiedzmy, pewnego dnia pojawia się na świecie dorosły osobnik, rozgląda się wokół i widzi: deszcz pada, wiatr wieje, pioruny trzaskają, na drzewach rosną liście. Dochodzi do wniosku: "Bóg to sprawił".
Tymczasem tak nie było. Człowiek wpierw jako malutkie dziecko pozostawał w zaciszu jaskini. Czuł, że jakieś ręce go głaskają, ktoś mu dostarcza pokarmu, ktoś go przytula do piersi, ktoś go pielęgnuje, itd... I na pewno było to bardzo przyjemne, przynosiło spokój, pozwalało się prawidłowo rozwijać, itd... Później zrozumiało, że to byli rodzice, którzy go kochają i pragną jego jak najpełniejszego rozwoju.
Gdy takie dziecko zaczęło dostrzegać, co się wokół niego działo, to widziało np. że w jaskini jest kamienny stół, bo ojciec go zrobił, na sznurze wisiała bawola skóra, bo matka ją tam powiesiła, a przedtem ojciec zdjął ze zwierzęcia, itd...
Później swoje doświadczenia z dzieciństwa takie wyrośnięte dziecko przenosiło na wszelkie inne zjawiska, których istoty nie mogło zrozumieć. Bóg jest po prostu takim "super - ojcem".

> Zresztą wydaje mi się, że jakakolwiek próba
> zracjonalizowania wiary jest skazana na niepowodzenie z
> tej przyczyny, że wiara (w cokolwiek) należy do sfery
> emocji, a umysł nad emocjami nie zawsze ma kontrole....

Całkowita zgoda. Wiary nie da się zracjonalizować, ale można ją wyjaśnić. :-)

> Orionie - to ciekawe, co powiedziałeś o "rozmyciu" Boga
> Izraela na inne narody. Bo właściwie - do czego było to
> komu potrzebne? Izrael miał swojego Boga, poganie mieli
> swoje wierzenia, czemuż by nie miało tak zostać?

Ale chyba przyznasz, że ten izraelski Bóg był (i jest nadal) dosyć atrakcyjny. Miał tylko jedną wadę - opiekował się wyłącznie jednym narodem.

> Podobnie,
> wydaje mi się, było z Buddą - gdy doznał oświecenia,
> poczuł wewnętrzny nakaz głoszenia prawd, które odkrył.
> Widzę tu analogie do sytuacji po ukrzyżowaniu Jezusa z
> Nazaretu, kiedy Jego uczniowie jako fakt oczywisty
> potraktowali konieczność głoszenia Jego nauk.

To chyba normalne, że uczniowie po śmierci swojego mistrza rozgłaszają jego nauki.

> ... ja
> to widzę w ten sposób, że Bóg i Prawda są niezmienne,
> natomiast bardzo różni są ludzie, a i cala ludzkość
> nieustannie się rozwija, nieustannie nowe fragmenty Prawdy
> odkrywa, poznaje i przyswaja... Nie tylko w sferze
> materialnej, ale i duchowej. I nie ma jednej, jedynie
> słusznej drogi do tej Prawdy. Ateizm, czy - lepiej -
> agnostycyzm być może też jest jedną z takich dróg...

Zgadzam się całkowicie z tym, co napisałaś, ale po wyłączeniu słowa "Bóg". :-)))

Serdecznie pozdrawiam :-)))

(~Orion, 2002-04-12 16:49:53)

 


 

Orionie, przyjemnie jest prowadzić filozoficzne rozważania z Tobą :-))))

> Nie włączyłem się do dyskusji w tym cyklu wątków, ponieważ
> całkowicie zgadzam się z tym poglądem - uważam, że
> człowiek rzeczywiście poszukuje Boga.

Dzisiaj wywiązała się rozmowa na podobny temat na innym wątku i jakoś mi się napisało, jak ja widzę kwestię "Bóg i człowiek", więc Ci tutaj przytoczę fragment mojego postu:

---------------------------------------------------------
(...) Z Waszych dyskusji (mówię ogólnie) wynika mi, że tych bogów to jest wielu: jeden miłosierny, przebaczający i kochający, drugi - kochający wprawdzie, ale stanowczy, surowy, gdy trzeba i wymagający, jeszcze inny obdzielający Duchem Świętym, kolejny tasujący dusze jak talię kart i rozdający je nam według własnego klucza... No to ja też mam własną wizję Boga - uważam, że Bóg jest jeden. Naprawdę Jeden i Jeden dla wszystkich ludzi. Ale my, istoty niedoskonałe, widzimy Go według naszych własnych pragnień. Widzimy Go takim, jakim chcemy Go widzieć. Stad biorą się różnice w poszczególnych wyznaniach. A niektórzy sądzą, że to my sami sobie Boga wymyśliliśmy. To też się zgadza. Niektórzy, jak i dawniej ja sama, wolą ufać temu, co mogą objąć i pojąć własnym umysłem. I z tego wcale nie wynika, że Boga nie ma, a jedynie to, że nie chcemy Go dostrzec. Dlatego mnie Wasze spory wydają się interesujące, bo każdy z Was wnosi jakąś cząstkę wiedzy o człowieku do tych rozważań, natomiast - moim zdaniem - do prawdziwego poznania Boga nie zbliżają nas one ani o milimetr, ani o sekundę.... (...)
----------------------------------------------------------
> Traktujesz człowieka jako kogoś "gotowego". Powiedzmy,
> pewnego dnia pojawia się na świecie dorosły osobnik,
> rozgląda się wokół i widzi: deszcz pada, wiatr wieje,
> pioruny trzaskają, na drzewach rosną liście. Dochodzi do
> wniosku: "Bóg to sprawił".
> Tymczasem tak nie było. Człowiek wpierw jako malutkie
> dziecko pozostawał w zaciszu jaskini. Czuł, że jakieś ręce
> go głaskają, ktoś mu dostarcza pokarmu, ktoś go przytula
> do piersi, ktoś go pielęgnuje, itd... I na pewno było to
> bardzo przyjemne, przynosiło spokój, pozwalało się
> prawidłowo rozwijać, itd... Później zrozumiało, że to byli
> rodzice, którzy go kochają i pragną jego jak
> najpełniejszego rozwoju.
> Gdy takie dziecko zaczęło dostrzegać, co się wokół niego
> działo, to widziało np. że w jaskini jest kamienny stół,
> bo ojciec go zrobił, na sznurze wisiała bawola skóra, bo
> matka ją tam powiesiła, a przedtem ojciec zdjął ze
> zwierzęcia, itd...
> Później swoje doświadczenia z dzieciństwa takie wyrośnięte
> dziecko przenosiło na wszelkie inne zjawiska, których
> istoty nie mogło zrozumieć. Bóg jest po prostu takim
> "super - ojcem".

To prawda, co mówisz....Zastanowiłam się nad tym, i przyszło mi do głowy coś takiego: w zasadzie to ani człowiek, ani inne zwierzęta nie potrzebują specjalnie głaskania, przytulania i czułości żeby przeżyć. Wystarczyłoby, żeby nauczyły się zdobywać pożywienie i znajdować bezpiecznie schronienie. Tymczasem tak nie jest...Wprawdzie zwierzęta szybko się usamodzielniają, a człowiek wolniej, ale w pierwszej fazie życia każdego stworzenia rodzice, oprócz praktycznej wiedzy o funkcjonowaniu świata dają mu też coś zdawałoby się zupełnie zbędnego - miłość i poczucie bezpieczeństwa. U człowieka wydaje się to oczywiste - to jest niezbędne do prawidłowego rozwoju emocjonalnego, a ten z kolei umożliwia dobre funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale i zwierzęta, które w dorosłym życiu stają się samotnikami, w szczenięctwie dostają swoją porcję czułości. Koty na przykład. Widziałeś kiedy kotkę opiekująca się kociakami? Po co im to rozpieszczanie - przecież później będą żyć samotnie, ani nikt im nie da tej miłości, ani one nie dadzą jej nikomu, jeśli są kocurami... Więc - skąd taki instynkt dawania czułości dzieciom? Skąd ta miłość, także i u zwierząt? I do czego to jest potrzebne?
A może właśnie obecność w życiu rozmaitych istot uczuć tzw. "wyższych" dowodzi związku całego świata z Bogiem?

> Całkowita zgoda. Wiary nie da się zracjonalizować, ale
> można ją wyjaśnić. :-)
>
Znaczy, jeśli dobrze Cię czytam, to masz na myśli, że można wyjaśnić POTRZEBĘ wiary :-)))))

> Ale chyba przyznasz, że ten izraelski Bóg był (i jest
> nadal) dosyć atrakcyjny. Miał tylko jedną wadę - opiekował
> się wyłącznie jednym narodem.

No.....napisałam trochę wyżej, jak to widzę :-))) No i ja Biblii nie traktuje jak księgi PODYKTOWANEJ przez Boga :-)))

> To chyba normalne, że uczniowie po śmierci swojego mistrza
> rozgłaszają jego nauki.

Prawda! Ale że te nauki odpowiadają tak wielkiej liczbie ludzi, to mnie zadziwia. Bo przecież jest masa fałszywych mniej lub bardziej "guru", mają swoich zwolenników, ale nie pół świata!
>
> > ... ja
> > to widzę w ten sposób, że Bóg i Prawda są niezmienne,
> > natomiast bardzo różni są ludzie, a i cala ludzkość
> > nieustannie się rozwija, nieustannie nowe fragmenty
> > Prawdy
> > odkrywa, poznaje i przyswaja... Nie tylko w sferze
> > materialnej, ale i duchowej. I nie ma jednej, jedynie
> > słusznej drogi do tej Prawdy. Ateizm, czy - lepiej -
> > agnostycyzm być może też jest jedną z takich dróg...
>
> Zgadzam się całkowicie z tym, co napisałaś, ale po
> wyłączeniu słowa "Bóg". :-)))
>

A wiesz co, ja sobie postawiłam taki umowny znak równości, a właściwie tożsamości: Bóg = Prawda.... I rachunek mi się zgodził :-)))
> Serdecznie pozdrawiam :-)))
Ja również :-))))

(~anka_220, 2002-04-12 22:53:14)

 


 

> Orionie, przyjemnie jest prowadzić filozoficzne rozważania
> z Tobą :-))))

I wzajemnie. Twoja argumentacja zmusza do myślenia, za co Ci dziękuję. :-)))

> (...) Z Waszych dyskusji (mówię ogólnie) wynika mi, że
> tych bogów to jest wielu: jeden miłosierny, przebaczający
> i kochający, drugi - kochający wprawdzie, ale stanowczy,
> surowy, gdy trzeba i wymagający, jeszcze inny obdzielający
> Duchem Świętym, kolejny tasujący dusze jak talię kart i
> rozdający je nam według własnego klucza... No to ja też
> mam własną wizję Boga - uważam, że Bóg jest jeden.
> Naprawdę Jeden i Jeden dla wszystkich ludzi. Ale my,
> istoty niedoskonale, widzimy Go według naszych własnych
> pragnień. Widzimy Go takim, jakim chcemy Go widzieć. Stad
> biorą się różnice w poszczególnych wyznaniach. A niektórzy
> sądzą, że to my sami sobie Boga wymyśliliśmy. To też się
> zgadza. Niektórzy, jak i dawniej ja sama, wolą ufać temu,
> co mogą objąć i pojąć własnym umysłem. I z tego wcale nie
> wynika, że Boga nie ma, a jedynie to, że nie chcemy Go
> dostrzec. Dlatego mnie Wasze spory wydają się
> interesujące, bo każdy z Was wnosi jakąś cząstkę wiedzy o
> człowieku do tych rozważań, natomiast - moim zdaniem - do
> prawdziwego poznania Boga nie zbliżają nas one ani o
> milimetr, ani o sekundę.... (...)

Uważam, że to co napisałaś jest bardzo dobre. Szczególną uwagę zwróciłem na te słowa: "... jak i dawniej ja sama ...". U mnie jest akurat odwrotnie, niż u Ciebie. Kiedyś wierzyłem w Boga a teraz jestem ateistą. Zauważyłem po prostu, że prawdą jest to, co się powszechnie o Bogu mówi, tzn. to, że on znajduje się przede wszystkim w ludzkich sercach. Problem polega jednak na tym, że on znajduje się wyłącznie tam. :-)))

> To prawda, co mówisz....Zastanowiłam się nad tym , i
> przyszło mi do głowy coś takiego: w zasadzie to ani
> człowiek, ani inne zwierzęta nie potrzebują specjalnie
> głaskania, przytulania i czułości żeby przeżyć.
> Wystarczyłoby, żeby nauczyły się zdobywać pożywienie i
> znajdować bezpiecznie schronienie. Tymczasem tak nie
> jest...Wprawdzie zwierzęta szybko się usamodzielniają, a
> człowiek wolniej, ale w pierwszej fazie życia każdego
> stworzenia rodzice, oprócz praktycznej wiedzy o
> funkcjonowaniu świata dają mu też coś zdawałoby się
> zupełnie zbędnego - miłość i poczucie bezpieczeństwa. U
> człowieka wydaje się to oczywiste - to jest niezbędne do
> prawidłowego rozwoju emocjonalnego, a ten z kolei
> umożliwia dobre funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale i
> zwierzęta, które w dorosłym życiu stają się samotnikami, w
> szczenięctwie dostają swoją porcje czułości. Koty na
> przykład. Widziałeś kiedy kotkę opiekująca się kociakami?
> Po co im to rozpieszczanie - przecież później będą żyć
> samotnie, ani nikt im nie da tej miłości, ani one nie
> dadzą jej nikomu, jeśli są kocurami... Więc - skąd taki
> instynkt dawania czułości dzieciom? Skąd ta miłość, także
> i u zwierząt? I do czego to jest potrzebne?
> A może właśnie obecność w życiu rozmaitych istot uczuć
> tzw. "wyższych" dowodzi związku całego świata z Bogiem?

Tu się z Tobą nie zgodzę. Uważam, że miłość, potrzeba dawania czułości, troski, opieki, itd... wynikają z instynktu zachowania gatunku. Kot, aby mógł zostać samotnikiem, też musi wpierw otrzymać swoją dawkę miłości. Potrzeba miłości jest głęboko zakorzeniona u wszystkich gatunków ssaków (te gatunki, u których była ona słabsza, już nie istnieją). Człowiek jako istota inteligentna, potrafiąca myśleć abstrakcyjnie, posiadająca wysokie ambicje, itd... tworzy bardziej wyrafinowane uzasadnienia i obiekty tej miłości. Z kolei te cechy swoiście ludzkie wynikają z prozaicznego faktu zejścia z drzew i udania się na sawannę. Na sawannie, w odróżnieniu od bezpiecznej gałęzi drzewa, zaczęła się liczyć inteligencja. We wczorajszej Gazecie Wyborczej jest ciekawy artykuł na temat najnowszych odkryć z tej dziedziny pt. "Czym my - ludzie - różnimy się od szympansów?"

> > Całkowita zgoda. Wiary nie da się zracjonalizować, ale
> > można ją wyjaśnić. :-)
> >
> Znaczy, jeśli dobrze Cię czytam, to masz na myśli, że
> można wyjaśnić POTRZEBĘ wiary :-)))))

Mhm :-))))

> Prawda! Ale że te nauki odpowiadają tak wielkiej liczbie
> ludzi, to mnie zadziwia. Bo przecież jest masa fałszywych
> mniej lub bardziej "guru", mają swoich zwolenników, ale
> nie pół świata!

Ale który z tych guru składa życie w ofierze za swoich wyznawców? Jezus z czasem został uznany za Boga. Znasz drugą taką religię która uczy, że Bóg dla dobra ludzi poświęcił swoje życie?

> A wiesz co, ja sobie postawiłam taki umowny znak równości,
> a właściwie tożsamości: Bóg = Prawda.... I rachunek mi się
> zgodził :-)))

Rozumiem Cię. Ja z kolei zamiast słowa "prawda" wolę używać słowo "rzeczywistość". Jest bardziej przyziemne. A poza tym zdanie: "Każdy ma swoją prawdę" jeszcze można przełknąć, ale zdanie: "Każdy ma swoją rzeczywistość" jest już zupełnie bez sensu. :-)))

3maj się :-))))

(~Orion, 2002-04-13 13:36:39)

 


 

Hejka, Orionie :-)) Wracamy do przerwanej dyskusji :-))

> U mnie jest akurat odwrotnie, niż u Ciebie. Kiedyś wierzyłem w Boga a teraz jestem ateistą. > Zauważyłem po prostu, że prawdą jest to, co się powszechnie o Bogu mówi, tzn. to, że on > znajduje się przede wszystkim w ludzkich sercach. Problem polega jednak na tym, że on znajduje > się wyłącznie tam. :-)))

No, to jednak nie jest dowód na nieistnienie Boga :-)) Ale tak sobie myślę: właściwie wiele rzeczy jest kwestią wiary. Na przykład to, że naprawdę jesteś dzieckiem swoich rodziców (rozmawiamy teoretycznie, z całym szacunkiem dla Twoich Rodziców!). Bo hipotetycznie mogę sobie wyobrazić taką sytuację, że Twoi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a ich przyjaciele postanowili zaadoptować dziecko w taki sposób, by nigdy się nie dowiedziało, że nie jest ich biologicznym dzieckiem. I nigdy Ci nie przyjdzie do głowy ich rodzicielstwa zakwestionować, bo - po prostu im wierzysz. Gdyby tak się zastanowić, to całe życie jest oparte na wierze. Bo po co właściwie żyjemy? No, chyba, że ktoś wyznacza sobie za jedyny cel spłodzenie i wychowanie potomstwa i ta motywacja mu wystarcza. A tak naprawdę to każdego dnia składasz jakieś wyznanie wiary: wierzysz, że jutro będzie pogoda, że dostaniesz podwyżkę, że spotkasz kogoś miłego, że coś dobrego się zdarzy, że zbudujesz dom, że spłacisz kredyt.... Nie wiesz przecież na pewno, nie masz DZIS dowodu, że za dziesięć lat kredyt spłacisz bez problemu. A jednak żyjesz z wiara, że tak będzie. Więc czemu by nie wierzyć, że po śmierci jednak coś jest? To chyba ta sama kategoria...
Spróbuj sobie wyobrazić, że żyjesz WIEDZĄC, że tego przykładowego kredytu nie spłacisz. Że za dziesięć lat zostaniesz bez domu, bo Ci zabierze bank... No, można i tak - ale... Ale wtedy WIERZYSZ w to, że JAKOŚ TO BĘDZIE :-)))
A jeśli się wierzy, że coś jest po śmierci, no to zaczynasz się zastanawiać co, i jak tam będzie.. No i nieuchronnie zaczyna pojawiać się jakaś wizja Boga........

> Tu się z Tobą nie zgodzę. Uważam, że miłość, potrzeba dawania czułości, troski, opieki, itd... > wynikają z instynktu zachowania gatunku. Kot, aby mógł zostać samotnikiem, też musi wpierw > > otrzymać swoją dawkę miłości.

Ale po co?

> Potrzeba miłości jest głęboko zakorzeniona u wszystkich gatunków ssaków (te gatunki, u których > była ona słabsza, już nie istnieją).

No właśnie. To ja poproszę o dowody uzasadniające tę potrzebę miłości :-))

> Człowiek jako istota inteligentna, potrafiąca myśleć abstrakcyjnie, posiadająca wysokie > ambicje, itd... tworzy bardziej >wyrafinowane uzasadnienia i obiekty tej miłości. Z kolei te > > cechy swoiście ludzkie wynikają z prozaicznego faktu zejścia z drzew i udania się na sawannę.
> Na sawannie, w odróżnieniu od bezpiecznej gałęzi drzewa, zaczęła się liczyć inteligencja. We > > wczorajszej Gazecie Wyborczej jest ciekawy artykuł na temat najnowszych odkryć z tej dziedziny > pt. "Czym my - ludzie - różnimy się od szympansów?"

Niestety, artykuł przegapiłam, mógłbyś tak w skrócie opowiedzieć?

> Ale który z tych guru składa życie w ofierze za swoich wyznawców? Jezus z czasem został uznany > za Boga. Znasz drugą taką religię która uczy, że Bóg dla dobra ludzi poświęcił swoje życie?

Otóż to, właśnie nie znam.
Wbrew pozorom to nie jest nielogiczne :-))
Spróbuję Ci to wyjaśnić jak potrafię. Dawniej ludzie musieli ciężko walczyć o przetrwanie. W ich świecie musiały obowiązywać twarde zasady, żeby utrzymali się przy życiu. Ich pojmowanie Boga było równie proste i surowe, jak ich życie. W związku z tym nie znali Prawdy o Bogu. Nadszedł jednak czas, że przynajmniej niektórzy z nich tę Prawdę stali się w stanie pojąć. Wtedy Bóg sprawił, że pojawił się Ktoś, kto miał im te Prawdę przekazać: Jego Syn. I zjawił się Jezus z Nazaretu, który głosił naukę UZUPEŁNIAJĄCĄ, a nie obalającą dotychczasową Prawdę o Bogu. Tylko że takich nauczycieli, jak Jezus było wielu. A On miał sprawić, że ta Prawda dotrze do ludzi na całym świecie. Więc po pierwsze - miał dar uzdrawiania - ta umiejętność przyciągała do niego ludzi i sprawiała, że tym bardziej wierzyli Jego słowom. Wiadomo było też, że będą zawistnicy i tacy, co będą tej nowej nauki bardzo się obawiać. A że czasy były okrutne, więc łatwo było zgadnąć, że misja Jezusa może zakończyć się źle. Stary Testament zresztą zapowiadał już te wydarzenia, więc, jak się nad tym zastanowić, to śmierć Jezusa na krzyżu była nie do uniknięcia z wielu względów. Po pierwsze - aby Mu uwierzono, musiały się wypełnić dawne proroctwa. Po drugie - Jego uczniowie mieli tę naukę ponieść w świat. A uczniowie byli zwykłymi ludźmi. Musieli mieć siłę, aby przekonywać innych i nauczać Prawdy o Bogu. I tę siłę dała im i ich naukom męczeńską śmierć i zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu....
Gdyby Zmartwychwstanie budziło wątpliwości Jego uczniów, pewnie by nie głosili nowej wiary z takim zapałem. Cóż bowiem skłoniłoby Pawła z Tarsu, gwałtownika i prześladowcę chrześcijan, by z takim zapałem, za cenę uwiezienia i śmierci wyrzec się wygodnego życia i nieść tę naukę dalej? Wiara? Czy WIEDZA? Myślisz, że mogła to być np. chęć sławy? No, z dzisiejszego punktu widzenia, to można powiedzieć, że jest to jeden z najsławniejszych ludzi świata. Ale wątpię, czy o sławie myślał siedząc po więzieniach i prowadząc działalność apostolską....
Paweł był wykształconym człowiekiem, zapewne nieskorym wierzyć w gusła i zabobony. Jego listy są bardzo rzeczowe i precyzyjne. Nie ma uniesień, wielkich emocji. Natomiast bije z nich wielka siła. Dla mnie to jest siła wiedzy i przekonania o słuszności nauki, która głosił, a nie tylko wiary, która łatwo podważyć.


>> A wiesz co, ja sobie postawiłam taki umowny znak równości,
>> a właściwie tożsamości: Bóg = Prawda.... I rachunek mi się
>> zgodził :-)))

> Rozumiem Cię. Ja z kolei zamiast słowa "prawda" wolę używać słowo "rzeczywistość". Jest >bardziej przyziemne. A poza tym zdanie: "Każdy ma swoją prawdę" jeszcze można przełknąć,
> ale zdanie: "Każdy ma swoją rzeczywistość" jest już zupełnie bez sensu. :-)))

No, nie - Orionie - wydaje mi się, że z prawdą i rzeczywistością to trochę nie tak :-)) Bo tu jest kwestia indywidualnego postrzegania rzeczywistości. Daltonista nieco inaczej ją widzi, niż Ty. Że nie wspomnę o pszczołach, które przecież też należą do tej samej rzeczywistości, co i Ty :-)) A gdzieś dalej jest Prawda o długości fali świetlnej - wartości, z która nie możesz dyskutować będąc w tym punkcie obserwacyjnym, w jakim się znajdujesz. Poza tym dam Ci inny przykład, z podwórka, które mnie interesuje :-)). Mamy na świecie 14 szczytów wyższych, niż 8000 m. I ludzie zabijają się, żeby je zdobyć. Ale właściwie - skąd taka liczba - 14? Oczywiste - no bo można je policzyć. Wiadomo, które mają więcej niż 8000 m, bo je zmierzono. Ale jakby się tak zastanowić, to jak je zmierzono? Ano, za pomocą przyrządów, w których jednostka miary był metr. A co to jest metr? Ano, umowny wzorzec... Gdyby przyjęto wzorzec w taki sposób, że metr wyszedłby dłuższy, tych szczytów byłoby mniej...A gdyby był krótszy, to byłoby ich więcej. No i rzeczywistość rozłazi się nieco w szwach. A ja myślę, że może istnieje gdzieś BEZWZGLEDNA jednostka miary i obliczenia są naprawdę słuszne tylko wtedy, gdy użyje się tej jednostki... Jakiś taki Boski metr... I ja to nazywam Prawdą. A "rzeczywisty metr" - to tylko nasza umowa, wynikająca z naszego stanu wiedzy...

> 3maj się :-))))
Ty też :-)))
Ania

(anka_220, 2002-04-19 11:29:17)

 


 

Witaj Aniu :-)))

Tak jak myślałem - słowa "Dziś siadam do pisania!" rzeczywiście brzmiały groźnie. Ale dziękuję Ci za tą naprawdę dobrą wypowiedź.

> No, to jednak nie jest dowód na nieistnienie Boga :-)) Ale
> tak sobie myślę: właściwie wiele rzeczy jest kwestią
> wiary. Na przykład to, że naprawdę jesteś dzieckiem swoich
> rodziców ...
> (...)
> Spróbuj sobie wyobrazić, że żyjesz WIEDZĄC, że tego
> przykładowego kredytu nie spłacisz. Że za dziesięć lat
> zostaniesz bez domu, bo Ci zabierze bank... No, można i
> tak - ale... Ale wtedy WIERZYSZ w to, że JAKOŚ TO BĘDZIE
> :-)))
> A jeśli się wierzy, że coś jest po śmierci, no to
> zaczynasz się zastanawiać co, i jak tam będzie.. No i
> nieuchronnie zaczyna pojawiać się jakaś wizja Boga........

Tak, ale zdaję sobie sprawę z tego, że to jest jedynie moja wiara, moje marzenia, nadzieje, plany, a fakty i tak są faktami, realna rzeczywistość i tak pójdzie swoją drogą. I tak będę musiał się z nią zmierzyć. Staram się też cały czas konfrontować i rewidować tę moją wiarę z tym, co się wokół mnie dzieje.

> > Tu się z Tobą nie zgodzę. Uważam, że miłość, potrzeba
> > dawania czułości, troski, opieki, itd... > wynikają z
> > instynktu zachowania gatunku. Kot, aby mógł zostać
> > samotnikiem, też musi wpierw > > otrzymać swoją dawkę
> > miłości.
>
> Ale po co?

Aniu, wyobrażasz sobie, co by się stało z takim kotkiem, gdyby rodzice porzucili go po urodzeniu? Możesz powiedzieć, że owszem, ale przecież mogą go tylko karmić, chronić przed intruzami z zewnątrz i na tym koniec. Nie okazywać miłości, czułości (troska i opieka musi zostać). Ale tego się nie da tak oddzielić. Pamiętaj, że jesteśmy wynikiem milionów lat ewolucji. Nie możemy dokładnie obserwować co się działo na przestrzeni tych lat, gdy nas jeszcze nie było, jakie wtedy działały mechanizmy zachowania i selekcji osobników.

> > Potrzeba miłości jest głęboko zakorzeniona u wszystkich
> > gatunków ssaków (te gatunki, u których > była ona
> > słabsza, już nie istnieją).
>
> No właśnie. To ja poproszę o dowody uzasadniające te
> potrzebę miłości :-))

Na to właściwie odpowiedziałem Ci już wyżej.

> Niestety, artykuł przegapiłam, mógłbyś tak w skrócie
> opowiedzieć?

To, co najważniejsze dla naszej dyskusji, napisałem poprzednio. Chodzi o to, że u jednej z grup naczelnych od pewnego momentu zaczęła być premiowana inteligencja.

> > Ale który z tych guru składa życie w ofierze za swoich
> > wyznawców? Jezus z czasem został uznany > za Boga.
> > Znasz drugą taką religię która uczy, że Bóg dla dobra
> > ludzi poświęcił swoje życie?
>
> Otóż to, właśnie nie znam.

No widzisz! Działają tu jedynie normalne prawa rynku, konkurencji i rywalizacji poszczególnych religii.

> Wbrew pozorom to nie jest nielogiczne :-))
> Spróbuję Ci to wyjaśnić jak potrafię...

Rozumiem Cię Aniu, ale jak się temu bliżej przyjrzeć, to zaczyna to wyglądać bardziej prozaicznie. Ludzie kiedyś byli bardziej bezwzględni i surowi, to ich Bóg (tzn. przez nich stworzony) też był bardziej bezwzględny i surowy. Osoby UZUPEŁNIAJĄCE dotychczasową religię nie są nikim niezwykłym. Z tymi uzdrowieniami i cudami też niezupełnie tak było, jak się sugeruje, bo np. uzdrowienie epileptyka tak naprawdę wcale żadnym uzdrowieniem nie było, słynny cud chodzenia po wodzie wydarzył się nad brzegiem jeziora. To jest to co teraz widać, czytając ewangelie napisane 30 lat po śmierci Jezusa. Jak było naprawdę z innymi cudami? Ile z nich było efektem łatwowierności prostych wieśniaków galilejskich? Jak się tworzy nową sektę, to wrogość oficjalnej religii jest czymś normalnym. "Spełnienie" proroctw starotestamentowych nie jest zbyt trudne, biorąc pod uwagę że są w nich zawarte praktycznie wszystkie możliwe sytuacje ludzkich konfliktów, miłości, przyjaźni, triumfów, klęsk, nadziei, trwogi, itd... Relacje dotyczące ukazywania się Jezusa po jego śmierci są najbardziej ze sobą sprzeczne spośród wszystkich ewangelicznych opowiadań. Przechodzenie ze skrajnej rozpaczy w skrajny entuzjazm (uczniowie Jezusa) nie jest czymś niezwykłym. W ogóle przechodzenie z jednej skrajności w drugą (Szaweł) jest normalną z psychologicznego punktu widzenia sprawą.

> No, nie - Orionie - wydaje mi się, że z prawdą i
> rzeczywistością to trochę nie tak :-)) Bo tu jest kwestia
> indywidualnego postrzegania rzeczywistości. Daltonista
> nieco inaczej ją widzi, niż Ty. Że nie wspomnę o
> pszczołach, które przecież też należą do tej samej
> rzeczywistości, co i Ty :-)) A gdzieś dalej jest Prawda o
> długości fali świetlnej - wartości, z którą nie możesz
> dyskutować będąc w tym punkcie obserwacyjnym, w jakim się
> znajdujesz.

Ale my wszyscy jesteśmy ludźmi, a nie na przykład część ludźmi a część pszczołami. :-)) Czy na przykład fakt kulistości Ziemi jest kwestią indywidualnego postrzegania? Czy istnienie Australii jest kwestią indywidualnego postrzegania?

> A ja myślę, że może istnieje
> gdzieś BEZWZGLEDNA jednostka miary i obliczenia są
> naprawdę słuszne tylko wtedy, gdy użyje się tej
> jednostki... Jakiś taki Boski metr... I ja to nazywam
> Prawdą. A "rzeczywisty metr" - to tylko nasza umowa,
> wynikająca z naszego stanu wiedzy...

Aniu, a po co nam Boski metr. Ten który teraz mamy jest zły? :-))) Jest on kwestią umowy. Jakoś musieliśmy się umówić.

Serdeczne pozdrowienia Aniu. :-)))

(~Orion, 2002-04-19 20:06:00)

 

 

Strona główna