Fragmenty książki „Edward
Stachura - biografia i legenda” (wytł. org.):
Z reportażu Małgorzaty Kowalskiej-Masłowskiej w
„Nadodrzu” (nr 13/1987 r.): w nadgranicznym Gubinie młoda kobieta wysmukła blondynka, za którą można obejrzeć
się na ulicy, zadbana, będąca żoną i matką, popełniła samobójstwo.
Próbowano szukać przyczyn. Przy zmarłej znaleziono list pożegnalny: Źle się czuję! Robię dobrze i źle. Nie mogę
sobie poradzić. Wybrałam słuszną drogę - może nie?! (...) Tyle wystarczy. Nie
chcę nikogo obwiniać. Umieram na... Stachurę.
Z reportażu Przemysława Ćwiklińskiego („Student” nr
15/1986 r.): ona - 23 lata, jest studentką iberystyki, ma na imię Olga, on
Piotr, jest wytapiaczem w hucie. Nie chodzą ze sobą, nie kochają się, nie łączą
ich interesy ani pokrewieństwo. A jednak jest coś, co sprawia, że od pięciu lat
razem spędzają trzy lipcowe tygodnie każdego roku. Tym czymś - pisze reporter - jest
fosforyzująca mgiełka w pamięci każdego z nich - wspomnienie Edwarda Stachury.
Opowiada Olga: Jechałam pociągiem do
ciotki, do Łodzi. Był niesamowity tłok, nie miałam gdzie postawić torby, więc
trzymałam ją w rękach. Obok stał Piotr, widział jak się męczę i powiedział, że
może mi pomóc. Trzymaliśmy więc na zmianę. Był poważny, nie uśmiechał się,
zapytałam, co on taki drętwy. Powiedział, że Stachura umarł. Rozpłakałam się,
torba wyleciała mi z rąk.
Wspomnienie z dzieciństwa, zawarte w opowiadaniu Jak mi było na Mazurach (prawdziwość
opisu potwierdza rodzina pisarza): 14
lipca w wielkie święto narodowe, na placu w Pont-de-Cheruy, wypełnionym ciasno
tłumem świętujących, wchodziłem na słup wysoki śliski, posmarowany parafiną
naumyślnie, żeby było trudniej, a ja przed wchodzeniem plułem na ziemię i
wycierałem w tym błotku bose stopy, żeby było trochę łatwiej, i zaczynałem
wspinanie, nie patrząc w dół, bo to mogło zaszkodzić, a na dole chłopaki i
starszy brat krzyczeli: „Vas-y, Edziu, vas-y”, i osiągnąłem w końcu to koło
żelazne dookoła słupa wysoko, na którym wisiały butelki wina, pęki kiełbasy i
inne dobre rzeczy, i miałem prawo coś sobie zerwać, a ja zrywałem butelkę wina
dla starszego brata, który stał na dole i krzyczał: „Fais attention, Edziu,
fais attention”, bo strasznie się o mnie bał, a ja go też kochałem strasznie.
Zakończenie książki:
Tak więc cóż z tego, że „Trybuna Ludu” w notatce (4 VII
1987 r.) zatytułowanej I znowu Stachura,
a opublikowanej w związku z trzecim już wydaniem pięciu tomów poezji i prozy
Edwarda Stachury, przypomniała, że przytomniejsi
krytycy wołają o opamiętanie. Przytomniejsi krytycy swoje, a publiczność
literacka, zwłaszcza młoda, swoje. Na mający miejsce miesiąc wcześniej niż
notatka w „Trybunie Ludu” wernisaż wystawy poświęconej Edwardowi Stachurze, a
zorganizowanej w warszawskim Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, przyszło
prawie 300 osób! Wystawę zwiedzały nie tylko szkolne wycieczki i znudzeni
turyści łażący po Starym Mieście. Jak informuje adiunkt muzeum, Bożena Gregorczyk,
wielu młodych ludzi z różnych zakątków Polski tłukło się całą noc pociągami
tylko po to, aby przez kilka godzin „pobyć” ze Stachurą, zobaczyć pamiątki po
nim, poznać szczegóły życiorysu. Na tę wystawę kasjerki sprzedały 32 tysiące
biletów, a trzeba tu jeszcze dodać zwiedzających ekspozycję w dniach
bezpłatnego wstępu. Ale nie tylko frekwencja świadczyła, że „zjawisko Stachura”
trwało mimo nawoływań przytomniejszych
krytyków o opamiętanie.
Z wpisów do księgi pamiątkowej wyłożonej na wystawie
poświęconej Edwardowi Stachurze:
Tak blisko byłeś i odszedłeś.
Zostawiłeś nas samych. Dlaczego?
Temu, który dał nam jasność na świat.
Stachura w niektórych sprawach wskazał
nam drogę i to jest wspaniałe.
Ty potrafiłeś żyć naprawdę !!!
Sted! Dziś jeszcze trudniej być przez
kogokolwiek zrozumianym!
Zrozumienia nie znaleźli również organizatorzy wystawy. Świadczyła o tym wymownie (choć dyskretnie, bo wciśnięta w kąt sali wystawowej na parterze) gablota, zawierająca pod szkłem korespondencję nawiązującą do wspinaczki dziesięcioletniego Stachury na jarmarczny słup w czasie festynu we francuskiej miejscowości Pont-de-Cheruy:
Muzeum Literatury 22
maja 1987 r.
im. A. Mickiewicza Warszawa
Rynek Starego Miasta 20
Sz. Pan
mgr Feliks Ptaszyński
Konserwator Zabytków
Miasta Stoł. W-wy
W nawiązaniu do
wcześniejszych rozmów prowadzonych w Urzędzie Konserwatorskim przez kustosza W.
Chmurzyńskiego prosimy o ostateczną odpowiedź w sprawie ustawienia na Rynku
Starego Miasta vis-á-vis kamienicy Rynek Starego Miasta 20
elementu przestrzennego (słupa jarmarcznego) na potrzeby wystawy „Edward
Stachura” na okres minimum 3 miesięcy. Wspomniany element ustawiony w tym
właśnie miejscu byłby symboliczną zapowiedzią samej wystawy i jej naturalną
reklamą (...) Znając negatywne stanowisko Urzędu Konserwatorskiego w tej
sprawie uprzejmie prosimy raz jeszcze o rozważenie możliwości ustawienia
wspomnianego słupa właśnie na Rynku. Inne rozwiązania w stosunku do koncepcji
wystawy są jedynie półśrodkami w osiągnięciu właściwego efektu.
Dyrektor Muzeum
Janusz Odrowąż-Pieniążek
Konserwator Zabytków 27
maja 1987 r.
Miasta Stołecznego Warszawy
Muzeum Literatury
Warszawa,
Rynek Starego Miasta nr 20
Konserwator Zabytków
Miasta Stołecznego Warszawy podtrzymuje odmowę udzieloną w bezpośrednich
rozmowach. Nie mając zasadniczych zastrzeżeń do projektu plastycznego i
dokumentacji konstrukcyjno-statycznej stwierdza, że ustawienie tego elementu na
kilka miesięcy byłoby zbyt silną ingerencją w zabytkowy charakter Rynku Starego
Miasta. Dodatkowym powodem naszej odmowy są także względy bezpieczeństwa.
10-metrowy słup ustawiony na Rynku byłby elementem zbyt prowokującym do
wchodzenia na szczyt.
(podpis nieczytelny)
Wędrówka ku szczytom na ogół bywa niebezpieczna. Na czas wystawy słup ustawiono więc wewnątrz budynku muzeum. Wprawdzie tu też „prowokował do wchodzenia na szczyt”, ale jedynie w godzinach otwarcia placówki i pod czujnym okiem personelu.
Nie
rozdziobią nas kruki
ni
wrony, ani nic!
Nie
rozszarpią na sztuki
Poezji
wściekłe kły!
Ruszaj
się, Bruno, idziemy na piwo;
Niechybnie
brakuje tam nas!
Od
stania w miejscu niejeden już zginął,
Niejeden
zginął już kwiat!
Nie
omami nas forsa
ni
sławy pusty dźwięk!
Inną
ścigamy postać:
Realnej
zjawy tren!
Ruszaj
się, Bruno, idziemy na piwo;
Niechybnie
brakuje tam nas!
Od
stania w miejscu niejeden już zginął,
Niejeden
zginął już kwiat!
Nie
zdechniemy tak szybko,
Jak
sobie roi śmierć!
Ziemia
dla nas za płytka,
Fruniemy
w góry gdzieś!
Ruszaj
się, Bruno, idziemy na piwo;
Niechybnie
brakuje tam nas!
Od
stania w miejscu niejeden już zginął,
Niejeden
zginął już kwiat!
Wypłakałem
za tobą
Oczy
niebieskie, królewskie i pieskie;
Wypłakałem
za tobą
Morze
ogromne, lubowne, żeglowne:
Po
tym morzu ty płyniesz,
Do
mnie ty płyniesz,
Do
mnie!
Niech
cię dobre bogi!
Niech
cię dobre wiatry
I
obłoki białe, dobre!
Wszystko
dobre, piękne, modre!
Na
wybrzeżu ja tu stoję,
Słyszysz,
modlę się i modlę!
Wypłakałem
za tobą
Oczy
niebieskie, królewskie i pieskie;
Wypłakałem
za tobą
Morze
ogromne, lubowne, żeglowne:
Po
tym morzu odpływasz,
Ode
mnie odpływasz,
Ode
mnie!
Niech
cię dobre bogi!
Niech
cię dobre wiatry!
I
obłoki białe, dobre!
Wszystko
dobre, piękne, modre!
Na
krawędzi ja tu stoję,
Gdy
poruszę się, to po mnie.
Posłuchaj,
porzucony przez nią,
Nieznany
mój przyjacielu:
W
rozpaczy swojej
Nie
wychodź na balkon, nie wychodź,
Do
bruku z góry nie przychodź, nie przychodź,
Na
smugę cienia nie wbiegaj,
Zaczekaj,
trochę zaczekaj!
Posłuchaj,
porzucona przezeń,
Nieznana
mi przyjaciółko:
W
rozpaczy swojej
Nie
wychodź na balkon, nie wychodź,
Do
bruku z góry nie przychodź, nie przychodź,
Na
smugę cienia nie wbiegaj,
Zaczekaj,
trochę zaczekaj!
Przysięgam
wam, że płynie czas!
Że
płynie czas i zabija rany!
Przysięgam
wam, przysięgam wam,
Przysięgam
wam, że płynie czas!
Że
zabija rany - przysięgam wam!
Tylko
dajcie mu czas,
Dajcie
czasowi czas.
(Zwólcie
czarnym potoczyć się chmurom
Po
was, przez was i między ustami,
I
oto dzień przychodzi, nowy dzień,
One
już daleko, daleko za górami!)
Tylko
dajcie mu czas,
Dajcie
czasowi czas,
Bo
bardzo, bardzo,
Bardzo
szkoda
Byłoby
nas!
Sunęła
poprzez czarne łąki
Sunęła
przez spalony las
Mijała
bram zwęglone szczątki
Płynęła
przez wspomnienia miast
Biała
Lokomotywa
Skąd
wzięła się w krainie śmierci
Ta
żywa zjawa istny cud
Tu
pośród pustych marnych wierszy
Tu
gdzie już tylko czarny kurz
Biała
Lokomotywa
Ach
czyj ach czyj to jest
Tak
piękny hojny gest
Kto
mi tu przysłał ją
Bym
się wydostał stąd
Białą
Lokomotywę
Ach
któż no któż to może być
Beze
mnie kto nie umie żyć
I
bym zmartwychwstał błaga mnie
By
mnie obudził jasny zew
Białej
Lokomotywy
Suniemy
poprzez czarne łąki
Suniemy
przez spalony las
Mijamy
bram zwęglone szczątki
Płyniemy
przez wspomnienia miast
z
Białą Lokomotywą
Gdzie
brzęczą pszczoły pluszcze rzeka
Gdzie
słońca blask i cienie drzew
Do
tej co na mnie w życiu czeka
Do
życia znowu nieś mnie nieś
Biała
Lokomotywo
Jest taki wiersz Majakowskiego z jego pobytu w USA. Brookliński most. Refrenem w tym wierszu
jest zdanie: „Brookliński most - tak, to jest coś!” Majakowski zachwyca się tą
żelazną konstrukcją. Cały wiersz jest hymnem do techniki, do technicznych
zdobyczy człowieka, jak to się mówi. Ta piosenka, którą spróbuję teraz
zaśpiewać, nosi tytuł: Nie Brookliński
most. To też jest hymn, ale do czegoś innego.
Rozdzierający
Jak
tygrysa pazur
Antylopy
plecy
Jest
smutek człowieczy.
Nie
Brookliński most,
Ale
przemienić
W
jasny nowy dzień
Najsmutniejszą
noc -
To
jest dopiero coś!
Przerażający
Jak
ozdoba świata,
Co
w malignie bredzi,
Jest
obłęd człowieczy.
Nie
Brookliński most,
Lecz
na drugą stronę
Głową
przebić się
Przez
obłędu los -
To
jest dopiero coś!
Będziemy
smucić się starannie!
Będziemy
szaleć nienagannie!
Będziemy
naprzód niesłychanie!
Ku
polanie!
Wędrówką
jedną życie jest człowieka;
Idzie
wciąż,
Dalej
wciąż,
Dokąd?
Skąd?
Dokąd!
Skąd!
Jak
zjawa senna życie jest człowieka;
Zjawia
się,
Dotknąć
chcesz,
Lecz
ucieka?
Lecz
ucieka!
To
nic! To nic! To nic!
Dopóki
sił,
Jednak
iść! Przecież iść!
Będę
iść!
To
nic! To nic! To nic!
Dopóki
sił,
Będę
szedł! Będę biegł!
Nie
dam się!
Wędrówką
jedną życie jest człowieka;
Idzie
tam,
Idzie
tu,
Brak
mu tchu?
Brak
mu tchu!
Jak
chmura zwiewna życie jest człowieka!
Płynie
wzwyż,
Płynie
w niż!
Śmierć
go czeka?
Śmierć
go czeka!
To
nic! To nic! To nic!
Dopóki
sił,
Jednak
iść! Przecież iść!
Będę
iść!
To
nic! To nic! To nic!
Dopóki
sił,
Będę
szedł! Będę biegł!
Nie
dam się!
Fragment
„Lekcya języka angielskiego”:
Miasto
i wioska – City and Village
1. Have you ever been in the
city of New York?
2. No, I never was in a large city.
3. I will tell you what I know about that city,
if you wish to listen for a while.
4. There are numerous magnificent buildings,
such as theatres, museums, churches, hotels, banks, city hall, postoffice,
libraries, hospitals, forts, asylums, colleges, cathedrals, mansions, etc.
5. Some of the buildings are over twenty
stories high and one is 57 stories in height.
6. On Broadway there are thousands of first
class stores, where you can buy anything you need.
7. Near New York there is a place called Ellis
Island, where you may see thousands of immigrants coming to the United States
every month.
8. New York has also three bridges of the
largest in the world, which connect the city of New York with Brooklyn and Long
Island.
9. Don’t say any more, my friend; I shall drive
there tomorrow.
10. Don’t be in a hurry; you can not drive
there, because New York is hundreds of miles away and you will have to take the
train.
11. I never thought that it was so far.
12. But why? because you do not know the geography.
13. Do not wonder; my parents being poor, could
not afford to send me to school.
14. I would like to be rich and have a knowledge
of the world.
15. I would like to visit those wonderful places
about which I hear so much, attend the theatres and take a part in the
pleasures which the rich people enjoy.
16. Cheer up; you may be rich some time.
1. Czyś
ty kiedy był w mieście New York?
2. Nie,
ja nigdy nie byłem w dużym mieście.
3. Ja
ci powiem, co ja wiem o tym mieście, jeżeli życzysz sobie posłuchać przez
chwilę.
4. Są
tam niezliczone wspaniałe budynki, takie jak teatry, muzea, kościoły, hotele,
banki, ratusz, poczta, czytelnie, szpitale, forty, przytułki, kolegia, katedry,
pałace itd.
5. Niektóre
budynki są ponad dwadzieścia pięter wysokie, a jeden jest wysokości na 57
pięter.
6. Na
Broadway (ulicy) jest tysiące pierwszorzędnych sklepów, gdzie ty możesz kupić,
cokolwiek potrzebujesz.
7. Blisko
New Yorku jest miejsce zwane Ellis Island, gdzie możesz widzieć tysiące
imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych każdego miesiąca.
8. New
York ma także trzy mosty z największych na świecie, które łączą New York z
Brooklynem i Long Island.
9. Nie
mów mi więcej, mój przyjacielu; ja się przejadę tam (wozem) jutro.
10. Nie
śpiesz się; ty nie możesz jechać tam (wozem), ponieważ New York jest setki mil
(precz) odległy, a ty musisz wziąć pociąg.
11. Nigdy
nie myślałem, żeby to było tak daleko
12. Lecz
dlaczego? ponieważ ty nie znasz geografii.
13. Nie
dziw się; moi rodzice będąc biednymi, nie mogli być w stanie wysłać mnie do
szkoły.
14. Ja
chciałbym być bogatym i mieć znajomość świata.
15. Ja
chciałbym zwiedzić te zadziwiające miejsca, o których słyszałem tak wiele,
uczęszczać do teatrów i brać udział w przyjemnościach, jakich bogaci ludzie
używają.
16.
Nabierz otuchy; ty możesz
być bogatym kiedyś.
Fragment „Wszystko jest poezja”:
Być poetą to tak się zachowywać, żeby to nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że się jest poetą. Długo trwało i dużo się działo, nim pewnego dnia, już prawie bez mojego udziału, bez wysiłku myślowego, sformułowało mi się to proste zdanie. W moim głębokim odczuciu (czuć = rozumieć spontanicznie) to proste zdanie dotyka sedna dość odwiecznej sprawy. Być poetą to tak się zachowywać, żeby to nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że się jest poetą. Po takim zdaniu pojawia się w powietrzu na cieniutkim włosku pytanie i ono musi paść: Dobrze, ale jak się zachowywać? Jak na przykład?
Nic nikomu, wszystko komu - spróbowałem sformułować kilka
przykładów takiego się zachowania, które, w moim mniemaniu, nie pozostawia
żadnych wątpliwości, że ma się do czynienia z poetą. Pozwolę sobie podać te
przykłady w punktach, ale nie po to, żeby jedne od drugich rozdzielić, lecz po
to, żeby skupić je, zogniskować na kartce papieru rozległe przestrzenie
psychiczne i fizyczne, których nosicielami są poniższe przykłady. I jeszcze
jedno: ponieważ kolejność tych punktów jest nieistotna, a właściwie kolejności
tu nie ma wcale, to numeruję każdy z sześciu przykładów, które spróbowałem
sformułować, liczbą 1.
1. Nie uchylać się od udziału w sztafecie. Nie uchylać
się od udziału w tym biegu rozstawnym, w tym, co Grecy nazywali, o ile się nie
mylę, lampadedrioną, czyli biegiem z płonącą pochodnią przekazywaną z rąk do
rąk przez jednego biegacza drugiemu biegaczowi i tak dalej, kolejnym biegaczom
rozstawionym w pewnej odległości. Rozstawionym jak rozstawne konie.
To znaczy pamiętać o tych, którzy sztafetę tworzyli,
którzy swój odcinek, nie szczędząc sił, przebiegli. To znaczy zaprzęgać się do
dyszla i ciągnąć te wozy. Ciągnąć te wielkie trudy zaczęte i nieskończone, bo
może niekończące się są. Ale te wartości, one się chyba gdzieś i w jakiś tabor,
w jakąś karawanę gromadzą. Więc jak mówił młodzieniec pewien, posępny i
porywczy, Artur Rimbaud: „Przyjdą inni straszliwi pracownicy; zaczną od
horyzontów, gdzie tamten stracił siły”.
Będziemy smucić się starannie!
Będziemy szaleć nienagannie!
Będziemy naprzód niesłychanie!
Ku polanie!
1. Nie lękać się narażenia na śmieszność. I mówić o
sprawach, których się nie rozumie. Właśnie o tych. Przede wszystkim o tych.
Można powiedzieć: wyłącznie o tych (żeby nie tracić tak zwanego czasu na
bezmyślne, mechaniczne powtarzanie spraw znanych). Bo to są sprawy nowe.
1. Żyć w straszliwym i cudownym napięciu w każdej zawsze
i wszędzie sekundzie. Bo chyba tylko w ten sposób można nie dopuścić do
rozprzęgnięcia się, do rozwleczenia się, do rozklejenia, do rozmazania się tak
zwanej rzeczywistości i siebie w tej rzeczywistości. Nerval mówi: „Marzenie
jest drugim życiem” Novalis mówi: „Życie jest chorobą ducha”. Rimbaud, którego
potężne, wierzę, że prorocze, słowa przed chwilą cytowałem, mówi w innym
miejscu, niechybnie w słabszej chwili (któż słabszych chwil nie przeżywa? Można
najwyżej ich nie ujawniać...), więc mówi Rimbaud w słabszej chwili, gdzieś z
Abisynii: „Prawdziwe życie jest nieobecne. Nie ma nas na ziemi”. Żyjąc,
próbując żyć w straszliwym i cudownym napięciu w każdej zawsze i wszędzie
sekundzie, można stworzyć większą prawdziwość od prawdziwości zawartej w
słowach cytowanych trzech autorów. I chyba tylko w ten sposób można, jak mówi
Edmund Szerucki, wypalić się do szczętu. Wszystko oddając życiu. Żeby śmierci,
tej zwyczajnej wariatce, nic nie pozostawić w spadku; niech odziedziczy po nas
popiół wygasły i niech go sobie rozdmucha, jeżeli chce, na siedem stron, i
niech ma przy tym iluzję, że nie jest bezrobotna.
1. Nie kłamać. Bo kiedy człowiek nie chce kłamać, to to
go prowadzi prosto, bez gzygzaków, bez zakrętów i wykrętów do takiego
się-zachowania, że nie ma sytuacji, w których byłby przez kłamstwo kuszony.
Kuszony i uwiedziony. Uwiedziony i porzucony. Wcześniej czy później. Bo nie
można bezkarnie ustawicznie kłamać. Wcześniej czy później (dlaczego często tak
późno?) kłamca zostaje zdemaskowany.
Poza tym myślę, że kto kłamie - nie myśli poprawnie. Nie
myśli prawidłowo. Nie myśli zdrowo. Nie dochodzi do znaczących odkryć. Odchodzi
od nich. Wpada w ślepe uliczki, bo jego myślenie jest skrzywione. Kłamstwo nie
tylko wykrzywia myślenie, co często prowadzi do katastrofalnych skutków (patrz:
Historia Ludzkości), ale i czasami wykrzywia uśmiech, co zaobserwowałem
dokładnie u dwu osób. A nikt mi nie powie, że to wygląda ładnie, kiedy się ma
wykrzywiony uśmiech. Zwłaszcza u kobiety wygląda to nieładnie.
1. Nie dać się pognębić. Co to znaczy, każdy musi
wiedzieć sam. Każdy gnębiony musi swojego demona czy demony rozszyfrować, żeby
móc nie dać im się pognębić. Demonów jest mnogość i rozliczność. Na przykład:
demon pieniądza, demon posiadania, demon gonitwy za władzą, demon gonitwy za
sławą, lepki demon lenistwa, słodko-zwodniczy demon marzenia, tani demon
nienawiści, przemądrzały demon nauki, demon znaczenia (?) i tak dalej
demonicznie.
1. Pisać listy (więc jednak nie obejdzie się bez
pisania). Niekoniecznie pisać teksty zwane wierszami lub też szumnie, o wiele
nazbyt szumnie zwane poezją, ale koniecznie pisać teksty zwane listami.
Fragment „Miłość czyli życie, śmierć i zmartwychwstanie Michała
Kątnego zaśpiewana, wypłakana i w niebo wzięta przez edwarda stachurę”:
Napiszę jeszcze tylko jedną książkę. Potem już nigdy więcej nie będę pisać. Ale tę jeszcze napiszę. Chcę napisać. (...) To będzie niezwykła książka. Nic się nie dzieje. Żadnej akcji. Fabula rasa.
Fragment
książki „Edward Stachura - biografia
i legenda”:
Zaproponowana przez Stachurę Iwaszkiewiczowej jeszcze
„Twórczości” Fabula rasa wywołała w
zespole redakcyjnym duże różnice zdań na temat literackiej wartości utworu oraz
sensowności jego drukowania. Niestety, członek zespołu „Twórczości”,
relacjonujący szczegóły tego zdarzenia wewnątrzredakcyjnego zobowiązał mnie do
nieujawniania przekazanych informacji. Dlatego mogę przywołać w tym miejscu
jedynie bardzo ogólną uwagę innego pracownika „Twórczości” - Henryka Berezy,
drukowaną na łamach macierzystego miesięcznika (nr 2/1984 r.): decyzja druku utworu w „Twórczości”
doprowadziła do dramatycznych wydarzeń w zespole redakcyjnym.
Po opublikowaniu Fabula
rasa oceny tej książki są równie krańcowe. Od określenia obłędna (Andrzej Biernacki w „Roczniku
Literackim 1979”) i uznania utworu za przejaw niedyspozycji artystycznej czy psychicznej autora (Ziemowit
Fedecki, „Twórczość” nr 8/1984 r.), po opinię, że jest to szczytowe osiągnięcie
Stachury - Całkowite spełnienie jego
życia i twórczości. Może najwybitniejszy utwór, jaki powstał w Polsce... no nie
będę drażnił i nie powiem od ilu lat. Jeden z najwybitniejszych utworów w
światowej literaturze (nazwijmy to tak) konfesyjnej (Andrzej Falkiewicz,
„Teksty” nr 1/1981 r.).
Fragment „Fabula rasa”:
- (...) Posłuchaj. Pytasz o ruch, kolor, dźwięk, pamięć, czas, życie, śmierć, wieczność, mądrość, wolność, prawdę, Boga, największą tajemnicę, jak powstał świat i tak dalej, i temu podobne, i wydaje ci się, że to są właściwe pytania, ale to nie są właściwe pytania. Kiedy - dzięki twojemu wielkiemu cierpieniu - trafiliśmy na siebie, powiedział ci ten, co go masz przed sobą, że może odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, najbardziej niewiarygodne. Pewnie dlatego windujesz te pytania, które windujesz i które wydają ci się wielkie. Ale naprawdę to one są niewielkie. Wielkie pytania, niebotyczne pytania to te, które dotykają ziemi, po której chodzisz.
- Jakie na przykład są wielkie pytania?
- Wielkie pytania są te, które tobie niechybnie wydadzą się banalne, wręcz śmiechu warte. Na przykład: dlaczego cię złości, że ktoś siorbie przy spożywaniu zupy? Dlaczego lubisz psy a nie lubisz kotów lub odwrotnie? Dlaczego mówisz, że wolisz góry niż morze lub odwrotnie? Dlaczego przebywasz z ludźmi, z którymi jest ci przyjemnie, a unikasz jak ognia towarzystwa tych, z którymi jest ci w jakiś sposób nieprzyjemnie? Dlaczego telefonujesz do kogoś ze słowami: „Cześć. Dzwonię, bo mam do ciebie taki jeden interes” i wydaje ci się to naturalne? Dlaczego nigdy nie telefonujesz do kogoś ze słowami: „Cześć. Dzwonię, bo nie mam żadnego interesu”. Dlaczego wydawałoby ci się to nienaturalne? Dlaczego kogoś nazywasz przyjacielem? Dlaczego, kiedy temu - kogo nazywasz przyjacielem - jest źle, ciężko, to pocieszasz go, wspierasz, podtrzymujesz na duszy, wygląda, że chciałbyś mu nieba przychylić, a kiedy ten wydostaje się z biedy i zaczyna powodzić mu się, wcale cię to, dziwna rzecz, nie raduje, lecz, dziwna rzecz, zaczyna drażnić? Dlaczego nie podoba ci się, że twoja żona czy narzeczona uśmiechnęła się do jednego pana na przyjęciu imieninowym? Dlaczego podoba ci się, że czyjaś żona czy narzeczona do ciebie uśmiechnęła się? Dlaczego kupiłeś dziecku kryminalną zabawkę-pistolet? Do czego byłbyś zdolny dla swojej rodziny? Dlaczego nudzisz się kiedy jesteś sam? Dlaczego czekasz na pewien list? Dlaczego z taką niecierpliwością? Dlaczego w towarzystwie obmawiasz nieobecnych? Dlaczego jadąc pociągiem rozwiązujesz krzyżówki? Dlaczego splunąłeś przez lewe ramię, kiedy czarny kot przebiegł ci drogę? Dlaczego wracając nocą do domu wybierasz dłuższą, okrężną trasę, żeby nie przechodzić opodal cmentarza? I tak dalej i temu podobne. To są właściwe pytania, wielkie pytania, gigantyczne pytania. Kluczowe. Choć tobie niechybnie wydają się płaskie i głupie. W odpowiedziach na te pytania kryje się rozwiązanie wszystkich twoich problemów i wszystkich problemów świata, i początek nowego, prawdziwego życia. Bo w odpowiedziach na te pytania jest samopoznanie. A nie ma samopoznania w odpowiedziach na te pytania, które ty - sądząc, że to najwłaściwsze pytania - stawiasz, obojętnie, czy udzielane ci przez człowieka-nikt odpowiedzi są opisem mądrości, czy kupą wymysłów. Dla ciebie tak czy owak jest to kupa wymysłów, dopóki sam w sobie nie odkryjesz, o czym to wszystko jest, o czym, a zwłaszcza o kim. Takie pytania należy stawiać, na które sam mógłbyś odpowiedzieć. Nikt ci nigdy nie odkryje, kim jesteś, kim jest twoje ja, którym jesteś. Żadne święte księgi, żaden mędrzec, żaden prorok, żaden nawiedzony, żaden guru, żaden analityk, psychoanalityk, dogmatyk, pragmatyk, gramatyk i tak dalej. Ty sam i tylko ty sam możesz to odkryć, w sobie odkryć, bo tylko ty sam możesz zaobserwować, jaki naprawdę jesteś. Pytania zatem stawiaj sam sobie i sam sobie na nie odpowiadaj. Nie możesz nic naprawdę poznać nim siebie nie poznasz, nim nie poznasz poznającego. Niczego nigdy naprawdę nie dowiesz się, nim nie dowiesz się, kim jesteś, kim jest Ja, które chce dowiedzieć się. Bez tego nigdy nic nie będziesz naprawdę wiedzieć, a wszystko będzie wydawać ci się. Wydaje ci się, że zaszedłeś bardzo daleko i bardzo wysoko w poznaniu świata, a ty - nie wiedząc kim jesteś - po prostu nie ruszyłeś z miejsca.
Fragment dziennika „Pogodzić się ze
światem”:
Dla większości ludzi, do których należy moja matka,
sprawy ostateczne są załatwione przez przodków. Wszystkie sprawy ostateczne.
Przekazywane z ust do ust, na piśmie i w rytuałach. To wielkie szczęście tych
ludzi, bo sami już nie muszą nic załatwiać. Ale rodzą się też niekiedy ludzie,
którym nie dane jest uznać, że wszystkie sprawy ostateczne są załatwione przez
przodków. Dochodzą do tego, że dla nich żadna sprawa ostateczna nie jest
załatwiona. Wtedy spada na ich plecy wszystko. Muszą zaczynać od zera. I to
jest bardzo ciężko wtedy, och jak ciężko. Bo ci ludzie wszystko od nowa
sprawdzają, sprawdzają na sobie, sprawdzają sobą. Wydawać by się mogło, że tacy
ludzie są z góry skazani na pożarcie, na strwon, na zmiażdżenie przez
straszliwe ciężary, które dobrowolnie biorą na siebie. Wielu cofa się z obranej
krzyżowej tej drogi i asymiluje się, przystosowuje się. Inni nie cofają się,
idą do końca. I wydawać by się mogło, że są skazani na spłonięcie w płomieniach,
w które się rzucają. Otóż niekoniecznie. To, że ja zwariowałem, nie świadczy o
tym, że obłęd był mi sądzony od początku i że jest to w podobnych przypadkach
regułą nieodwołalną. To była chyba sprawka ślepego trafu. Choć myślę też, że
popełniłem parę błędów, ale nie myślę, że to one wpędziły mnie w obłęd. Kilku
przede mną obrało wielką samotność i sieroctwo i dożyli sędziwego wieku
uśmiechnięci. Nie poraził ich obłęd. Głosili swoją prawdę do ostatniego
tchnienia.
Ostatnie zapisy w dzienniku „Pogodzić
się ze światem”:
Wtorek, 10 lipca
[1979]
Od wczoraj w W-wie. W domu na Rębkowskiej zacieki na
ścianach w kuchni. Kurzu pełno, pajęczyny. Marta sprząta. We dwoje
poradzilibyśmy sobie szybko. Ale ja, z jedną lewą ręką, co mogę zrobić?
Przeszkadzam tylko.
Jak ciężko jest dać ten jeden krok. Od paru dni wstaję i
mówię sobie: „Gdybym to zrobił wczoraj, dzisiaj już nie musiałbym się męczyć”.
Gdybyż to było dla mnie oczywiste! Ale ciągle do końca nie jest.
Wczoraj byłem z panem Fedeckim u lekarki w szpitalu w
Drewnicy.
Fragmenty książki „Edward Stachura -
biografia i legenda”:
W czasie tego pobytu w Drewnicy lekarki przekonywały
Stachurę, że powinien poddać się chociaż krótkotrwałej hospitalizacji, nowe
leki należy bowiem przyjmować pod nadzorem, gdyż ich ogólnie znane działanie
daje różne skutki u poszczególnych pacjentów. Zostaje przyjęty na oddział. Ale
niebawem samowolnie opuszcza szpital. Zapis w dokumentacji szpitalnej: pacjent wyszedł odprowadzić kolegę do bramy
i więcej nie powrócił.
Kiedy bliskie poecie osoby stwierdziły w niedzielę 22
lipca, że Stachura nie przebywa w szpitalu i nie ma go w warszawskim mieszkaniu
na Rębkowskiej (telefon nie odpowiadał, drzwi były zamknięte na klucz) - wszczęto
poszukiwania i sprawdzanie miejsc, w których przypuszczalnie mógł przebywać. 24
lipca zdecydowano się wyważyć drzwi na Rębkowskiej.
Edward Stachura już nie żył.
W pokoju zmarłego, na stole (obok przewróconej szklanki i
śladów rozlanej herbaty) leżał rękopis wiersza zaczynającego się od słowa Umieram ... .
Umieram
za
winy moje i niewinność moją
za
brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy,
za
brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie
mówiącymi słowami
za
możliwość zjednoczenia się z Bezimiennym, z Pozasłownym, Nieznanym
za
nowy dzień
za
cudne manowce
za
widok nad widoki
za
zjawę realną
za
kropkę nad ypsylonem
za
tajemnicę śmierci w lęku, w grozie i pocie czoła
za
zagubione oczywistości
za
zagubione klucze rozumienia
z
malutką iskierką ufności, że jeżeli ziarno umrze, to wyda owoc
za
samotność umierania
bo
trupem jest wszelkie ciało
bo
ciężko, strasznie i nie do zniesienia
za
możliwość przemienienia
za
nieszczęście ludzi i moje własne, które dźwigam na sobie i w sobie
bo
to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo
to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo
to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo
wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za
trwałością
bo
już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo
wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo
już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo
noli me tangere
bo
jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo
dużo wycierpiałem
bo
już zostałem, choć to działo się w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej
ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało
bo
chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak
się nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć
bo
wygląda, że już nic tu po mnie
bo
nie czuję się oszukany, co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać; trwać i
szukać winnego, może w sobie; ale nie czuję się oszukany
bo
kto może trwać w tym świecie - niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia, a kiedy
przyjdzie mu umierać - niechaj śmierć ma lekką
bo
co do mnie, to idę do ciebie Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć
uspokojenie, zasłużone jak mniemam, zasłużone jak mniemam,
bo
nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo
wszystko mnie boli strasznie
[tekst nieczytelny]
bo
duszę się w tej klatce
bo
samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo
kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie
bo
stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję
śmierci.
Powyższy wiersz, uważany za ostatni utwór pisarza,
Krzysztof Rutkowski - jeden z redaktorów pięciotomowego wydania poezji i prozy
Edwarda Stachury - opatrzył dwoma przypisami. Pierwszy odnosi się do tytułu,
drugi - do zakończenia wiersza.
Przypis pierwszy: Tytuł
ten, jakkolwiek nie jest umieszczony w tekście rękopisu, pochodzi od Autora.
Wiele osób potwierdza, że Stachura w rozmowach z nimi używał go w odniesieniu
do niniejszego utworu.
(...)
Drugi przypis do wiersza List do Pozostałych sporządzony przez Krzysztofa Rutkowskiego jest
następujący: Na ostatniej stronie
rękopisu znajduje się tekst pisany ręką Autora - w odróżnieniu od całości
bardzo nieczytelny. Trudno rozstrzygnąć, czy stanowi on integralną część tego
utworu, czy też jest zapisem innego wiersza:
bo kto śpi nikomu
krzywdy nie czyni
bo rozumiem
nie-bycie i nie-czynienie
bo kocham braci
moich: Lao-tse, Buddę i Jezusa
i kocham wszystkich
ludzi i nie potępiam za [tekst nieczytelny]
Bo w szpitalu
Podczas tworzenia niniejszej podstrony korzystałem z
książki Mariana Buchowskiego „Edward Stachura -
biografia i legenda” (Kamerton, Opole 1993) oraz z pięciotomowego wydania poezji i prozy Edwarda
Stachury (Czytelnik, Warszawa 1982 i 1984).