Gdy tworzyłem w Wikipedii artykuły
o dinozaurach, zauważyłem,
że przeciętny rodzaj dinozaurów egzystował kilkanaście milionów lat. Potem wymierał
bezpotomnie albo ewoluował w inne rodzaje. Zaznaczam, że mam tu na myśli rodzaj, nie gatunek. Rodzaj to z
reguły jeden do kilku, czasem nawet kilkanaście gatunków. W „naszym” przypadku
rodzaj Homo (człowiek)
istnieje od ok. 2,5 mln lat, jeżeli za jego pierwszego przedstawiciela uznać Homo habilis. Ten
proces powstawania, ewolucji i wymierania rodzajów dinozaurów trwał 165 mln lat
(230-65). Od tamtych czasów minęło 65 mln lat – nieco ponad 1/3 tego przedziału
czasowego. Ciągle jeszcze żyjemy w erze "postdinozaurzej". Nawiasem
mówiąc (pisząc), byłbym wdzięczny, gdyby ktoś udzielił mi odpowiedzi na pytanie
dlaczego „Pan Bóg” skazał naszych przodków na tak długie bytowanie w cieniu
dinozaurów. Chociaż właściwie to i tak wydaje się mniejszą uciążliwością w porównaniu
z faktem, że jako zwierzęta wtórouste przez całe
życie wydalamy odchody naszymi pierwotnymi ustami. A ponieważ zgodnie z teorią filembriogenezy
zmiany następujące w filogenezie
są konsekwencją zmian pojawiających się w ontogenezie osobników,
dlatego osoby wierzące, że „Pan Bóg” stwarzał świat ożywiony drogą ewolucji
muszą pogodzić się z tym, że nad jednym z naszych przodków pomyślał: „tu gdzie do tej pory miał
usta, teraz będzie mieć odbyt, a usta będą w innym miejscu”. I tak
już zostało, i od tej pory są zwierzęta pierwouste (obleńce, płazińce, mięczaki, stawonogi i in.) i zwierzęta
wtórouste (szkarłupnie,
półstrunowce
oraz strunowce z ich
podtypem kręgowcami).
Powróćmy jednak do głównego
tematu. Przedstawiona tu skala dziesiątków milionów lat skłania do rozważań o
przyszłości rodzaju ludzkiego. Co będzie za kilka, kilkanaście, kilkaset
tysięcy lat; co będzie za kilka milionów lat? O tym, co będzie za kilkanaście
milionów lat nie śmiem myśleć – brakuje mi wyobraźni. Podobnym rozważaniom
poświęcona jest rozmowa, którą z rosyjskim astronomem Josifem Szkłowskim
przeprowadził Wiktor
Osiatyński. Zanim zaproszę Państwa do lektury, chciałbym zaznaczyć, że do
powstania oraz kształtu niniejszej podstrony przyczynił się pan Jan Turnau, za
co mu serdecznie dziękuję.
WIKTOR OSIATYŃSKI: Panie profesorze, w ostatnich latach coraz więcej mówi
się o związkach człowieka z kosmosem, o uzależnieniu ewolucji życia na Ziemi od
losów wszechświata, o tym, że cała historia kosmosu w jakimś stopniu
przyczyniła się do powstania człowieka. Niektórzy upatrują w tym możliwość
przełamania dokuczliwej izolacji człowieka we wszechświecie...
JOSIF S. SZKŁOWSKI: Nie
rozumiem, o czym pan mówi. Czy o tym, że zostaliśmy stworzeni przez Boga?
-
Nie. Raczej o tym, że jesteśmy silniej związani z wszechświatem, niż
nam się wydawało...
- Czyżby myślał pan o jakiejś
ingerencji pozaziemskiej? Człowieczeństwo jako kultura liczy sobie nieco ponad
10 tysięcy lat. Zapewniam pana, że przez ten czas nic z kosmosu na Ziemię nie
przyszło.
-
Ale człowieczeństwo to tylko mała część ciągłej i długiej historii
Ziemi...
- Rozumiem. Chodzi panu o te
truizmy, że człowiek powstał na Ziemi, a Ziemia jest częścią Układu
Słonecznego, a Układ Słoneczny – częścią galaktyki i wszechświata. To bardzo
płyciutka filozofia. Wolę mówić o rzeczach konkretnych.
-
Zgoda. Czy istnieje życie w kosmosie?
- Nie istnieje. Przynajmniej w
naszej galaktyce, a może i dalej, nie ma rozumnego, rozwiniętego
technologicznie życia. Twierdzę obecnie, że cywilizacja jest rzadkością i
istnieje tylko na Ziemi. W tej dziedzinie jesteśmy unikalni...
-
A w ogóle jakiekolwiek formy życia?
- Nierozumne mogą istnieć.
Tego nie wiemy, bo nie można tego w żaden sposób dowieść. Uważam jednak, że
nigdzie w naszej galaktyce nie ma rozumnego adresata naszych przekazów i
nawoływań.
-
To dlaczego szukamy innych cywilizacji? Po co wysyłamy różnego rodzaju
„listy kosmiczne”?
- Zupełnie niepotrzebnie. Może
z głupoty. Gdyby istniała jakaś rozwinięta cywilizacja, to dawno już
dostrzeglibyśmy przejawy jej działalności. Szybkość postępu technologicznego
jest tak ogromna, że cywilizacja znajdująca się na naszym poziomie rozwoju w ciągu
trzystu lat może zawładnąć bliską sobie częścią kosmosu, a w ciągu tysiąca lat
ogarnąć cały System Słoneczny, na którym znajduje się dana planeta, a nawet
dojść do innych galaktyk. Gdyby istniała jakakolwiek cywilizacja starsza od nas
tylko o tysiąc lat – a w kategoriach kosmicznych równa się to prawie zeru – to
dawno wyszłaby poza granice planety, która ją zrodziła. Zdobyłaby cały swój
układ słoneczny i doszłaby do naszego Słońca. Nigdzie nie widzimy śladów takiej
działalności. To znaczy, że jesteśmy sami.
-
A może ta cywilizacja nie chce zdobywać wszechświata? Może rozwija się
jakąś inną drogą?
- Niemożliwe. Polemizowałem na
ten temat ze Stanisławem Lemem. To bardzo utalentowany pisarz, ale, niestety,
nie zna fizyki. Powiada, że cywilizacja może się rozwijać niejako zamknięta w
sobie. Nie wysyłać energii w otaczającą przestrzeń kosmiczną, a tylko do
wewnątrz. Ale to jest niemożliwe fizycznie; sprzeczne z zasadami
termodynamiki...
-
To znaczy, że jeśli istniałaby jakaś cywilizacja, musiałaby się
rozwijać identycznie, jak my?
- Tak. A przecież nasz rozwój
technologiczny jest niezmiernie krótki. Nauka liczy sobie 350 lat. I przez te
350 lat przeszliśmy od zupełnie znikomej, niemal żadnej wiedzy do obecnej.
Wyszliśmy z barbarzyństwa i zbudowaliśmy wysoko rozwiniętą cywilizację. Oznacza
to, że przy dalszym podwajaniu potencjału ludzkości co 10-20 lat w ciągu
następnych 300 lat nasza cywilizacja rozprzestrzeni się na cały System
Słoneczny...
(...)
-
Czyżby jedynym przeznaczeniem człowieka była ekspansja?
-
Tak.
Cała historia ludzkości to historia ekspansji. Nie można sobie wyobrazić
rozwoju na ustabilizowanym poziomie, bez ekspansji. To byłaby śmierć. Przy czym
ekspansja nie musi dotyczyć tylko terytorium. Także potencjału energetycznego i
wszystkich innych płaszczyzn rozwoju. Na Ziemi następuje to w postępie
geometrycznym. Co 10-20 lat wszystkie parametry rozwoju podwajają się. Ale
Ziemia jest mała, a możliwości człowieka są gigantyczne. Człowiek wyszedł poza
możliwości maleńkiej planety, która go zrodziła. I musi rozprzestrzeniać się
dalej. Ekspansja ta będzie przy tym bardzo szybka. Z kosmicznego punktu
widzenia tysiąc lat to mgnienie oka...
(...)
-
Teraz rozumiem, dlaczego wyklucza pan istnienie innych cywilizacji.
Gdyby były, to już by doszły do nas po tej samej drodze. Albo by „zardzewiały”.
A może cywilizacje właśnie „rdzewieją”? Może na jakimś etapie rozwoju
technologicznego, np. wykorzystania energii nuklearnej, siły wewnętrzne niszczą
cywilizację?
-
Istnieje
taka teoria, ale nie wydaje mi się, by mogła ona być uniwersalna. Możliwe, że w
większości przypadków coś takiego się zdarza, ale przecież mogłyby się znaleźć
takie cywilizacje, które ominęłby tę trudność. Nie mamy jednak śladu ich
działalności...
-
Więc może wszystkie giną?
-
To
także nie zmienia mojej odpowiedzi na pytanie, czy istnieją rozwinięte
technologicznie cywilizacje. Nie istnieją, bo albo nigdy ich nie było, albo już
zginęły...
(...)
-
Czyżby ludzkość miała przeżyć historię własnego Systemu Słonecznego?
-
Może
ją przeżyć. Potencjalne możliwości rozumu ludzkiego są ogromne. Jeśli ludzkość
nadal będzie się rozwijać w dotychczasowym tempie, to w ciągu kilku milionów
lat może ogarnąć i przekształcić całą galaktykę. Może stworzyć kolonie wokół
każdej gwiazdy. I to w bardzo szybkim tempie, bo czymże jest 5-6 milionów lat
dla galaktyki, skoro jeden obrót galaktyki wokół osi trwa 200 milionów lat. Tak
więc ludzkość może przetrwać historię swego Układu. Oczywiście jeżeli zechce
wykorzystać te możliwości. Może trwać niemal nieskończenie, jeśli nie nastąpi
katastrofa...
-
Jakiego rodzaju katastrofę ma pan na myśli? Wewnętrzną czy taką, która
mogłaby nadejść z zewnątrz?
-
Tę
samą, o której myślą – choć w nieco innych kategoriach – wszyscy politycy.
Oczywiście wewnętrzną, która mogłaby zniszczyć całą cywilizację. Katastrofalne
zniszczenie środowiska, wojnę termojądrową lub bakteriologiczną itp. Człowiek
ma nieograniczone możliwości technologiczne, ale wciąż jeszcze ma wielkie
niedostatki w sferze społecznej i moralnej. Te niedostatki mogą spowodować
katastrofę, zniszczenie cywilizacji od wewnątrz...
-
To może szkoda, że tak niedoskonała istota jest – pańskim zdaniem –
unikalna we wszechświecie, a nawet może stać się panem tego wszechświata...
-
Obawiam
się, że niewiele pan zrozumiał. Gdy mówiłem o unikalności człowieka, o konieczności
wyjścia poza Ziemię, szukał pan luk w rozumowaniu, bał się pan samego słowa
„ekspansja”. Nie zastanowił się pan natomiast, że uświadomienie sobie
konieczności tej ekspansji może zmienić samego człowieka. Może uczynić go
moralnie lepszym, bardziej odpowiedzialnym za swoje działania.
-
Dlatego, że będąc panami wszechświata jesteśmy zań odpowiedzialni?
-
Dlatego,
że możemy stać się za wszechświat odpowiedzialni.
(str. 88-90, 91-92, 93, 100-101)
Wiktor Osiatyński – Zrozumieć
świat. Rozmowy z uczonymi radzieckimi. – Czytelnik, Warszawa 1982