Strona główna

  

SZKOŁA  PODSTAWOWA

 

 

Począwszy od pierwszych klas szkoły podstawowej zaczął do mojej świadomości docierać pewien fakt, który budził we mnie niejasne zaniepokojenie. Otóż zacząłem zauważać, że moi rówieśnicy są ode mnie bardziej stanowczy, mają silniejszą wolę, są bardziej przebiegli. Ja natomiast najczęściej podporządkowuję się im. Unikałem sytuacji, w których trzeba było się bić, wolałem się poddać.

Gdy w pierwszej klasie na lekcji wychowania fizycznego był rozgrywany mecz piłki nożnej, zgłaszałem chęć bycia sędzią. Nie miałem wtedy jeszcze jasnego pojęcia, co ta osoba robi, ale wiedziałem, że nie musi tak jak inni biegać za piłką i walczyć o to, aby do niej dopaść. Pamiętam, że stałem z boku i przyglądałem się, jak pozostali biegali w zwartej grupie za piłką i walczyli między sobą, aby być jak najszybszym, aby innych rozepchnąć, odepchnąć i jako pierwszy ją kopnąć. Temu widokowi towarzyszyła zawsze atmosfera lęku przed znalezieniem się w takiej sytuacji (zał. 4) a jednocześnie dla podbudowania siebie uczucie pewnego obrzydzenia a jednocześnie politowania dla tego kłębowiska walczących ze sobą osób (zał. 5, 17). Gdy znajdowałem się z kolei w sytuacji konieczności podjęcia sporu, bójki, czy jakiejkolwiek rywalizacji - poddając się -jednocześnie nieświadomie starałem się umieścić ponad wszelkimi kłótniami ,sporami czy rywalizacjami.

Nauka od pierwszych klas nie sprawiała mi większych problemów. Na świadectwach figurowały prawie wyłącznie oceny bardzo dobre. W tym zakresie, w odróżnieniu od kontaktów z rówieśnikami i lekcji wychowania fizycznego, nie czułem żadnych kompleksów, a nawet wręcz przeciwnie, zauważyłem, że jestem jednym z najlepszych w klasie. Prawdopodobnie gdy miałem 9-10 lat usłyszałem, jak moja matka powiedziała, że osoby lepiej uczące się są słabsze fizycznie i na odwrót. To zdanie wywarło duży wpływ na mój obraz świata. Zapanował w nim na jakiś czas pewien ład, a ja mogłem się w nim ze spokojem umiejscowić i nabrać pewności siebie.

Tymczasem w dalszych klasach szkoły podstawowej rozpoczynała się nauka kolejnych przedmiotów. Uczyłem się ich z narastającym zaciekawieniem: III klasa - przyroda, IV klasa - geografia, V klasa - historia. Był to dla mnie dalszy ciąg pasjonujących opowieści mojego ojca. Z tamtego okresu utkwił mi w pamięci pewien program telewizyjny. Była to dyskusja poświęcona astronomii a jej tematem była nasza galaktyka. Pamiętam, jak jej uczestnicy często powtarzali słowa: “droga mleczna” a w tle umieszczone było sporych rozmiarów zdjęcie nieba z jasną smugą pośrodku. Dyskusji tej przysłuchiwałem się z zaciekawieniem, chociaż niewiele z niej rozumiałem. Jednak istotniejsze jest to, że czułem w tym momencie, jakby otwierało się przed mną coś niebywale potężnego - ogromne przestrzenie, niewyobrażalne odległości, potężne masy materii, bezmiar. Czułem wtedy ogromną fascynację tą atmosferą nieskończoności (zał. 6).

W czasie wakacji po ukończeniu V klasy byłem na wczasach w Bukowinie Tatrzańskiej. Zobaczyłem wtedy pierwszy raz w idealnych warunkach (czyste, przejrzyste powietrze, brak świateł i Księżyca) bezchmurne, nocne niebo. Pamiętam ogromną liczbę gwiazd, Drogę Mleczną, obserwacje meteorów i sztucznych satelitów. Widok ten wywarł na mnie ogromne wrażenie. Czułem ten ogrom przestrzeni, oddech Kosmosu, nieskończoność, a niebo tak bogato obsypane gwiazdami wydało mi się niewiarygodnie piękne (zał. 6). Towarzyszyło temu pewne uspokojenie, rozluźnienie, poczucie bezpieczeństwa wśród tego wspaniałego i jednocześnie tak spokojnego ogromu (zał. 49, 55), wobec którego malały wszystkie zagrożenia ze strony innych osób. Od tamtej pory datuje się moje wielkie zainteresowanie astronomią a później także matematyką, fizyką i chemią (zał. 7). Oczywiście materiał szkoły podstawowej mi nie wystarczał. Rozpocząłem systematyczne obserwacje nieba i czytanie rozmaitych książek popularno - naukowych z tych dziedzin wiedzy. Ogromne wrażenie wywarła wtedy na mnie książka “Zygzakiem przez matematykę”1. Jej autor w sposób w miarę przystępny stara się przybliżyć młodzieży najtrudniejsze i najbardziej skomplikowane teorie naukowe. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałem motto:

Uważam również, że nie ma nic bardziej nietaktownego i brutalnego

niż ciągłe przygważdżanie zdolnej młodzieży jej “niedojrzałością”

i powtarzanie jej co trzecie słowo: “To jeszcze nie dla ciebie”.

TOMASZ MANN

i początek tej książki2:

Ta książka nie jest do nauki. To nie jest taka zwykła szkolna “kniga”

i nikt cię nie będzie z tego pytał na stopień. Nikt cię nie będzie zmuszał,

żebyś się nauczył, czy nauczyła tego, co tu napisane.

Jednak coś zupełnie niewyobrażalnego i niepojętego czułem, gdy dowiadywałem się z niej o geometriach nieeuklidesowych, czwartym wymiarze i teorii względności. Było to coś wręcz nie do pojęcia. Trudno mi teraz opisać słowami to, co czułem gdy czytałem o tych teoriach i dowiadywałem się o rzeczach wręcz niepojętych, stanowiących jednak realną rzeczywistość. Lektura tej książki pozostawiła w mojej psychice trwały ślad i jednocześnie wyrobiła przeświadczenie, że mogą być realne rzeczy niepojęte i niewyobrażalne. Książkę kończyły następujące słowa3:

Chciałem cię tylko zaciekawić, pokazać, jak daleko sięga myśl ludzka. Jest to duża wysokość, a jednocześnie śmiesznie mała. Nie zbadane obszary sięgają tysiąc razy dalej. Ciężka droga prowadzi na szczyty.

Ale najpiękniejsza. I innej nie ma.

W dalszym ciągu chłonąłem wręcz kolejne książki poularno - naukowe. Pamiętam, że w poszczególnych dziedzinach wiedzy pragnąłem zawsze dotrzeć do końca, “wejść na szczyt” (bo niby dlaczego miałbym zatrzymać się w pół drogi) (zał. 6), dojść do sedna zagadnienia, zrozumieć istotę natury.

I tak, jeżeli chodzi o chemię, dotarłem do układu okresowego pierwiastków, budowy atomu, rozkładu elektronów na jego poszczególnych poziomach energetycznych i wynikających z tego właściwości chemicznych wszystkich pierwiastków. Zrozumiawszy istotę chemii przestałem się nią interesować. W astronomii dotarłem do granic Wszechświata - gromad, supergromad galaktyk, kwazarów. Zrozumiałem istotę przemian zachodzących we wnętrzu gwiazd. Poznałem standartowy model ewolucji Wszechświata - szczególnie interesowały mnie pierwsze sekundy po Big-Bangu. Podążając w przeciwnym kierunku, dotarłem do najdrobniejszych cząstek materii - neutrin, mezonów, mionów, kwarków. I znowu ogromny szok - antymateria, anihilacja. Pragnąłem zrozumieć istotę życia, jak ono powstało, jak z prostych związków organicznych tworzyły się coraz bardziej skomplikowane, aż po białka i DNA. Interesował mnie przebieg ewolucji, jak z kolejnych gatunków powstawały nowe, aż do człowieka (zał. 8).

Jak już wspomniałem, pragnąłem jedynie poznać istotę rzeczywistości w każdej z tych dziedzin wiedzy, zrozumieć ją, ogarnąć myślą. Nie lubiłem natomiast zbytnio wgłębiać się w szczegóły, a już wręcz obrzydzenie czułem wobec tematu zastosowania danej gałęzi nauki (np. chemii) w przemyśle. Kojarzyło mi się to zaraz z ludźmi zabiegającymi o swoje interesy, starającymi się wyciągnąć dla siebie jak największe korzyści, walczącymi “o swoje”. Miałem wtedy przed oczami codzienną krzątaninę “małych mróweczek”, poruszających się właściwie bez sensu tam i z powrotem (zał. 9), zamkniętych w swoich kokonach, patrzących nie dalej, niż na czubek własnego nosa. Ja w tym czasie przebywałem w innym, lepszym świecie. Byłem ponad to całe walczące ze sobą ludzkie kłębowisko. Byłem dumny z tego, że zgłębiam tajniki wiedzy zupełnie bezinteresownie, jedynie dla zaspokojenia własnej ciekawości, w celu poznania obszarów, w które dotarło niewielu.

O swoją przyszłość wówczas się nie martwiłem. Widziałem siebie w roli naukowca a moim marzeniem było dokonanie wielkiego odkrycia. Stanowiło to dla mnie rekompensatę wobec codziennych klęsk i niepowodzeń w zmaganiach z silniejszymi psychicznie i fizycznie rówieśnikami oraz mojej niezaradności w rozwiązywaniu codziennych, przyziemnych problemów4. Było też w pewnym stopniu wynikiem mojego kompleksu niższości. Nie akceptowałem siebie jako skończoną, zamkniętą jednostkę z pewnymi ograniczeniami i wadami, syna swoich rodziców.

Opisywana fascynacja naukami ścisłymi przypada na okres 11-14 lat, gdy uczęszczałem do 6-8 klasy (naukę rozpocząłem w wieku 6 lat). W tym czasie miała u mnie miejsce pewna przemiana światopoglądowa. Wychowywany byłem w duchu religii katolickiej. Była to u mnie wiara dziecka słuchającego swoich rodziców i biorącego za dobrą monetę wszystko, co oni mówią. Jednakże w opisywanym przeze mnie czasie wiarę tę utraciłem. Wynikło to właśnie z owej fascynacji naukami ścisłymi i ich osiągnięciami oraz osłabieniu więzi emocjonalnych z rodzicami. Widziałem konflikt między tym co zostało odkryte a tym, co podaje Biblia. Wiara w to i przeróżne inne cuda wydała mi się śmieszna i w konfrontacji z nauką zwyciężyła ta druga.

Od czasu mojego pobytu w Bukowinie Tatrzańskiej datuje się jeszcze jedna pasja. Nie pisałem o niej wcześniej, aby nie przerywać wątku. Jest to zamiłowanie do wysokich gór. Tatrzańskie szczyty zachwyciły mnie swym ogromem i majestatem. Temu widokowi towarzyszył w moim umyśle spokój i rozluźnienie, o których pisałem już przy okazji obserwacji rozgwieżdżonego nieba. Towarzystwo olbrzymich, majestatycznych szczytów działało na mnie jak balsam. Razem z ojcem zdobyłem wtedy Giewont, lecz miałem wielki żal do matki o to, że nie pozwoliła mi pójść z nim na najwyższy polski szczyt - Rysy.

W późniejszych latach (po ukończeniu 18 lat), kiedy tylko mogłem, wyrywałem się w góry. Ogromną satysfakcję sprawiało mi wspinanie się na coraz wyższy poziom. Czułem ogromną siłę ciągnącą mnie w stronę każdego kolejnego zdobywanego szczytu (oczywiście interesowały mnie przede wszystkim te najwyższe). Pamiętam, jak na szczycie odżywałem. Miałem u swoich stóp bezkresne przestrzenie. Wszystkie codzienne problemy i przyziemne życie zostawały tam, na nizinach, a ja znowu byłem w innym, lepszym świecie. No i oczywiście te mróweczki tam w dole, ale nie będę się powtarzał (Mk 9,2; zał. 10, 11, 47).

Wraz z ukończeniem szkoły podstawowej osłabło we mnie zainteresowanie naukami ścisłymi. Wynikało to między innymi z tego, że w każdej dziedzinie poznania dotarłem do końca, do kresu - poznałem istotę rzeczywistości, dałem upust swoim nienasyconym pragnieniom dojścia do końca, pójścia na całość. Teraz pozostałoby mi już tylko babrać się w szczegółach, pilnie studiować i w przyszłości, po wielkich wysiłkach i mrówczej pracy dokonać, być może, jakiegoś odkrycia. Znudziło mi się to


Przypisy:

1 Wojciech Bieńko, “Zygzakiem przez matematykę”, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1965

2 Tamże, s. 7

3 Tamże, s.126

4 Dla Jezusa taką ucieczką w inny, lepszy świat wielkich i ostatecznych prawd mogły być święte księgi narodu żydowskiego, w których te tematy były wielokrotnie poruszane. Może o tym świadczyć epizod z dwunastoletnim (!) Jezusem pozostałym w świątyni:

Łk 2, 46b-47

“... siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami.”

 

Strona główna                         Następny rozdział