WIARA W BOGA REALIZACJĄ ARCHETYPU OJCA
Nie
odbierajmy najmłodszym radosnych złudzeń, nie przewracajmy świata do góry
nogami, nie zaprzeczajmy istnieniu Świętego Mikołaja, tylko przygotujmy się do
wyjaśnień, na które przyjdzie czas. A czas rozstania z baśnią i chwila, kiedy
trzeba będzie powiedzieć prawdę, są nieuniknione.
Ewa Szperlich („Charaktery”, grudzień 2004)
Pojęcie archetypu (...) zostało wywiedzione z wielokrotnie powtarzanych obserwacji, jak na przykład ta, że mity i bajki literatury światowej zawierają ściśle określone motywy, które pojawiają się zawsze i wszędzie. Jednocześnie te same motywy spotykamy w fantazjach, snach, deliriach i urojeniach współczesnego człowieka. Te właśnie typowe obrazy i związki nazywam wyobrażeniami archetypowymi. Im są wyraźniejsze, tym jaskrawiej uwidacznia się to, że towarzyszy im szczególnie intensywne zabarwienie emocjonalne (...). Wywierają na nas wrażenie, są sugestywne i fascynujące. Biorą one swój początek w archetypie, który - sam w sobie - wymyka się przedstawieniu, jest nieświadomą praformą, stanowiącą - jak się wydaje - część struktury psyché , może przeto pojawiać się spontanicznie zawsze i wszędzie1.
Aby prześledzić proces powstawania wierzeń
religijnych, należy cofnąć się do momentu, gdy ze zwierząt nie zdążyły jeszcze
wykształcić się istoty rozumne. Nasz gatunek należy do gromady ssaków.
Charakterystyczną jej cechą jest stosunkowo długa opieka rodziców nad
potomstwem. Jest to uwarunkowane zasadniczą cechą budowy i fizjologii tej
gromady zwierząt, jaką jest zdolność wytwarzania pokarmu dla potomstwa i
związana z tym niezdolność przychówku do samodzielnego życia przez długi czas
po urodzeniu.
Ludzki mózg, ludzka psychika - jest to twór,
który kształtował się w toku ewolucji przez miliardy lat, z tego od ok. 200
mln. lat jako mózg ssaków. A oto ta sama myśl w ujęciu C.G. Junga:
Jak ciało ma anatomiczną prehistorię, sięgającą milionów lat, tak też i system psychiczny; i jak współcześnie istniejące ciało ludzkie jest, w każdej swej części, rezultatem długiego procesu rozwoju i wszędzie jeszcze zza jego teraźniejszości prześwitują poprzednie formy ewolucji, widoczne gołym okiem - tak samo rzecz się ma z psyche2.
Mamy zatem głęboko zakorzenione niezwykle
silne potrzeby posiadania opiekuna, tzn. kogoś, kto kontrolowałby sytuację w
otaczającym nas świecie3 i
jednocześnie pragnął naszego jak najpełniejszego rozwoju (krótko mówiąc -
kochał nas). Naturalną skłonnością naszej psychiki jest oddanie się pod opiekę
kogoś większego, silniejszego, mądrzejszego. Zawierzenie komuś takiemu swojej
osoby, pragnienie poczucia bezpieczeństwa “w ramionach” kogoś, dla kogo
jesteśmy kimś ważnym, delikatnym, cennym, uwielbianym i strzeżonym maleństwem.
Przekonanie o miłości do nas kogoś wszechmocnego daje nam zatem wrażenie siły i
uspokojenie. W takiej atmosferze potrafimy lepiej funkcjonować.
Gdy tylko jeden z gatunków ssaków stał się
zdolny do abstrakcyjnego myślenia i marzenia o pełnym spełnieniu swoich
potrzeb, pierwszą ideą, którą wykształcił była idea boga - kogoś potężnego, kto
sprawuje kontrolę nad otaczającym światem i jego żywiołami, zaprowadza w nim ład,
porządek, nadaje mu sens i do kogo na zawsze trafimy po śmierci. To ostatnie
wynikało z wykształcenia pojęcia czasu i związanej z nim wieczności. Było to
związane z tym, że prawdziwi rodzice, posiadali pewne ograniczenia, wady,
ułomności, nie zawsze się opiekowali i w końcu umierali, a potrzeba pozostawała
potrzebą. Wraz z rozwojem abstrakcyjnego myślenia wysublimowała się ona w
pragnienie wiecznego i niczym nieograniczonego bezpieczeństwa:
1 Tes 4,16-17
Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem.
W procesie ewolucji większą szansę przeżycia
miały osobniki, które oddawały się w opiekę komuś najsilniejszemu, kto panował
nad otoczeniem, kto je kontrolował i wprowadzał w nim swój porządek i
ustanowione przez siebie prawa. W sytuacji walki o byt wygrywały zatem
osobniki, u których potrzeba oddania się w opiekę komuś takiemu była
najsilniejsza. Wygrywały również osobniki, które miały odczucie, nawet urojone,
że znajdują się pod opieką kogoś silniejszego, kto kontroluje sytuację i
pragnie ich pełnego rozwoju, kto ich wspiera, pomaga im, ujmując całą rzecz w
skrócie, kto ich kocha. Działały bowiem wtedy pewniej, sprawniej, przebieglej,
mądrzej itd., a zatem częściej wygrywały walki i rywalizacje. Znakomitym
przykładem może tu być dominacja we współczesnym świecie cywilizacji
europejskiej, która, jak wiadomo, miała najpotężniejszego i jednocześnie
najbardziej kochającego Boga.
W miarę postępów komunikacji
międzyosobniczej w lokalnych społecznościach kształtowały się idee obecności
kogoś, kto sprawuje opiekę nad otaczającym światem, kogo można sobie zjednać
ofiarami i prawidłowym postępowaniem według praw przez niego ustanowionych.
Potwierdzeniem obecności kogoś takiego były wszelkie zjawiska zachodzące w
otaczającym świecie, zarówno korzystne, jak i niekorzystne dla danego osobnika.
Zjawiska korzystne odczytywano jako dowody opieki roztaczanej przez boga nad
nim, natomiast niekorzystne - jako efekt gniewu z powodu nieprawidłowego
zachowania lub celowe działanie w celu wypróbowania wiary względnie wzmocnienia
charakteru.
Wiara w boga mogła również wykształcić się
jako kontynuacja tzw. kultu przodków. Byłaby to zatem w swej pierwotnej formie
wiara w to, że rodzice, którzy umarli, żyją nadal w zaświatach i stamtąd
sprawują opiekę nie tylko nad swoim potomstwem, ale też kontrolują otaczający
świat z wszystkimi jego żywiołami. Z upływem czasu stawali się oni bogami.
Jak wiadomo grzebanie zmarłych, wierzenia
religijne, wszelkie oznaki kultu, są pierwszymi wyznacznikami kształtującej się
inteligencji. Są najbardziej prymitywnymi formami i oznakami myśli człowieka,
wręcz dowodem zdolności do abstrakcyjnego myślenia. W jakimkolwiek punkcie na
kuli ziemskiej małpa zaczynała myśleć, pierwszym pojęciem, jakie wykształciła
było pojęcie boga.
Interesującą kwestią pozostaje zagadnienie
płci bóstwa. Jak wiadomo zdecydowanie przeważa tu płeć męska. Jest to
prawdopodobnie wynikiem dominującej we wszystkich pierwotnych społecznościach
pozycji mężczyzny.
Jednak naturalna potrzeba macierzyńskiej
opieki matki również od wielu wieków daje o sobie znać w licznych wierzeniach.
Może o tym świadczyć idea Matki - Ziemi (Gaja), liczne w wielu kulturach
boginie płodności, czy chociażby w chrześcijaństwie - Matka Boska i takie
określenia, czy modlitwy:
Można zauważyć, że bogu zawsze nadawano
wszystkie cechy idealnego ojca, takiego, jakim go sobie w danej społeczności
wyobrażano. Kontrolował otaczający świat z jego wszystkimi żywiołami, trzymał
go “w ryzach”, był surowy i wymagający; karał za przewinienia, potrafił być
bezwzględny, ale i pomagał. Na każdym kroku dopatrywano się znaków jego
działalności.
Idealną, boską matkę cechowała natomiast
dobroć, akceptacja, zrozumienie, wybaczenie, orędowanie za ludźmi u “Ojca” itd.
Na każdym kroku dopatrywano się znaków jej macierzyńskiej opieki.
Wystarczy prześledzić mitologie
poszczególnych ludów, ich święte księgi, obrzędy, ceremonie religijne,
zachowania, treść modlitw itd. a na każdym kroku będzie widoczne to pragnienie,
poszukiwanie i głębokie przekonanie, że ktoś o potężnej mocy, wielokrotnie
przewyższającej moc człowieka, sprawuje kontrolę nad otaczającym światem,
określa prawa nim rządzące, steruje poszczególnymi wydarzeniami, trzyma cały
świat “w ryzach”, sprawuje opatrznościową opiekę, a w przyszłości ześle
wybawienie z opresji, w której aktualnie dana osoba, grupa osób, czy naród
znajduje się. Wspomniane powyżej przejawy życia religijnego, mitologie i
“święte księgi”, szczególnie narodu żydowskiego, są zatem znakomitymi
dokumentami aktywności ludzkiej psychiki:
Ps 147,16-18
On daje śnieg niby wełnę,
a szron jak popiół rozsiewa.
Ciska swój grad jak okruchy chleba;
od Jego mrozu ścinają się wody.
Posyła słowo swoje i każe im tajać;
każe wiać swemu wiatrowi, a spływają wody.
Ba 6,59-61
Słońce, księżyc i gwiazdy, które świecą i otrzymały zadanie, by były pożyteczne, są chętnie posłuszne. Podobnie i błyskawica, kiedy zabłyśnie, jest piękna dla wzroku. Dlatego też i wiatr wieje w każdym miejscu. Podobnie i chmury, kiedy otrzymają od Boga polecenie, by przelatywać nad całą ziemią, wykonują nakaz; także i piorun z wysoka zesłany, aby niszczyć góry i lasy, wykonuje polecenie.
W stosunku do ludzi bóg zachowuje się
oczywiście tak jak ojciec w stosunku do dzieci, choć, trzeba to przyznać, w
niewielu religiach jest to “nazwane po imieniu”. To znaczy, że rzadko zdarza
się, aby był on nazywany ojcem.
A zatem bóg nagradza ludzi za “dobre
uczynki” a karze za “złe”. Oczywiście w poszczególnych kulturach “dobre” i
“złe” uczynki są różnie rozumiane. Poza tym w ramach danej kultury różnie
rozumieją je poszczególni ludzie. Często mamy tu do czynienia z “filozofią
Kalego” (patrz: „Psalmy «wojenne»”).
Szczególnie korzystna, wręcz komfortowa
sytuacja, w której znajdował się osobnik będący pod opieką kogoś silniejszego
występowała wtedy, gdy realizował on przez to naturalną jego (tzn. tego
silniejszego) potrzebę opieki nad kimś słabym i bezradnym, wynikającą głównie z
instynktu zachowania gatunku. Obecnie określa się to mianem miłości, zarówno w
jedną jak i w drugą stronę. Z czasem doprowadziło to do wykształcenia potrzeby
“bycia kochanym”, “bycia potrzebnym” bogu, np. bycia potrzebnym do realizacji
szczególnej misji.
Poczucie bycia dzieckiem takiego urojonego,
idealnego ojca może być bardziej lub mniej świadome. Można też mieć odczucie
bycia jednym z wielu dzieci (pozostałych ludzi) lub jedynym, szczególnym,
wybranym. To ostatnie odczucie jest z reguły związane z przekonaniem odgrywania
wyjątkowej roli w otaczającym świecie, posiadania szczególnej misji do
wypełnienia.
Znakomitym przykładem w pełni uświadomionej
roli syna w połączeniu z przeświadczeniem o swojej wyjątkowości i posiadaniu
szczególnej misji do wypełnienia jest Jezus z Nazaretu. Nazwał on całą sprawę “po
imieniu”, określając Boga mianem ojca. Bardzo wyraźnie jest to uwidocznione w
Ewangeliach (Mt 26,29; 26,53; Mk 8,38; 12,6-8; 14,36; 14,61-62; Łk 10,21-22;
23,46; J 5,19-43; 8,29; 8,42-47; 10,29-30; 11,41-42; 12,26; 14,1-17,26).
A oto najbardziej znamienne wypowiedzi
Jezusa:
Po głębokim namyśle zdecydowałem się umieścić
w tym miejscu akapit z opracowania pani profesor Anny Gałdowej, noszącego tytuł
“DROGI I BEZDROŻA PSYCHOLOGII RELIGII”. Zdaję sobie sprawę z tego, że postępuję
wbrew intencjom pani profesor, napisała ona bowiem ten akapit z pozycji
chrześcijańskich i umieściła w opracowaniu, w którym broni religię przed
próbami wyjaśnienia jej na drodze analizy psychologicznej. Jednak celem mojego
“Opracowania” był jak najdokładniejszy opis rzeczywistości. Pani profesor Anna
Gałdowa w przytoczonym poniżej akapicie analizuje jeszcze jeden aspekt
powstawania wierzeń religijnych, który został przeze mnie pominięty. Dlatego
kierując się naukową rzetelnością jestem zmuszony przytoczyć poniższy akapit
wraz z moimi zastrzeżeniami, podobnie, jak uczyniłem to w mojej wypowiedzi polemicznej.
Tempo przemian społecznych, politycznych, ekonomicznych, w naszych czasach, rozwój nauki i techniki, są tak szybkie, że przekraczają możliwości poznawczej i emocjonalnej asymilacji ich skutków przez przeciętnego człowieka. W konsekwencji pojawia się u ludzi poczucie, które już w latach 60. Rollo May nazwał poczuciem utraty znaczenia. Jego dominantą jest przekonanie, że w świecie, w którym się żyje, mimo usilnych własnych starań nie jest się w stanie obronić tego wszystkiego, co dla człowieka ważne, w tym także systemu wartości. Umacnia się przekonanie, że w coraz mniejszym stopniu ma się wpływ na to, co wokoło, w świecie i z własnym życiem jednostki, się dzieje. Jedną z możliwych reakcji na to doświadczenie jest próba ucieczki od zmiennego i coraz bardziej wrogiego świata do własnego wnętrza, w przestrzeń subiektywnych somatycznych czy psychicznych doświadczeń. W tym świecie człowiek chce i próbuje mieć wpływ na to, co się dzieje. Wszystko to, co ułatwia mu poczucie kontroli nad tym wewnętrznym światem, co uwalnia go od lęku i napięcia tak dotkliwego w kontaktach ze światem zewnętrznym, jest łatwo i chętnie przyjmowane. Wysiłek włożony w opanowanie własnego ciała czy świadomości przynosi konkretne efekty i dostarcza satysfakcji. A jeśli sens temu wewnętrznemu światu, światu, na który można uzyskać wpływ, nadają treści religijne, to muszą one być dostosowane do jego praw. Charakter tych treści nie może naruszać poczucia bezpieczeństwa, poczucia posiadania wpływu na to, co się dzieje. Dokonuje się wówczas coś, co nazwać by można "oswajaniem" obiektywnych treści religijnych.
Do tego tekstu mam jedynie dwa małe
zastrzeżenia. Nie tylko “tempo przemian społecznych, politycznych,
ekonomicznych, w naszych czasach, rozwój nauki i techniki” “przekracza możliwości poznawczej i
emocjonalnej asymilacji ich skutków przez przeciętnego człowieka”. Od zarania swych dziejów człowiek miał problemy z
“poznawczą i emocjonalną asymilacją”
tego, co się wokół niego działo. Między innymi z tego powodu powstawały
wierzenia religijne. Drugie zastrzeżenie dotyczy oczywiście “obiektywnych” treści religijnych.
Poniżej przytaczam fragment wstępu,
napisanego przez tłumacza - Zuzannę Stromenger, do książki Irenaeus Eibl -
Eibesfeldt „Miłość i nienawiść” (PWN, W-wa 1987; str. 10). Autorka jest
(przynajmniej wtedy była) profesorem, kierownikiem Zakładu Etologii Człowieka w
Instytucie Fizjologii Zachowania się im. M. Plancka w Sweewiesen (Bawaria,
RFN).
W psychice maleńkiego
dziecka wyrasta z kolei praufność, owo pierwotne i nie wyrozumowane
przekonanie, że matka, ojciec, opiekun nie zawiedzie w niedoli. Nie jest to nic
innego, jak wiara niezbędna dziecku do poczucia bezpieczeństwa, bez którego
jego psychika doznaje lękopochodnych uszkodzeń i choroby sierocej. Później,
wskutek odkrywania przez dziecko słabości najpotężniejszych nawet ludzi, a więc
i własnych rodziców, jak i wskutek indoktrynacji z zewnątrz - jego fideistyczna
praufność fiksuje się często na innych obiektach, na potężniejszych „rodzicach”
- opiekunach, ale już specjalnie w tym celu wykreowanych. Takie właśnie jest
praźródło owego „transcendentnego promieniowania” rodzicielstwa. Tylko że ten
infantylny stan psychiczny, który u ludzi określa się jako wiarę,
prawdopodobnie starszy jest od naszego gatunku o ponad sto milionów lat, a
obecnie jest szeroko rozpowszechniony wśród gatunków opiekujących się
potomstwem i żyjących społecznie.
Refleksyjny Czytelnik znajdzie więc w materiale
faktograficznym przytoczonym przez autora, uzasadnienie znanego twierdzenia
Zygmunta Freuda, że religie są poszukiwaniem „super - ojca”.
Archetyp ojca jest ze zrozumiałych względów
najsilniej działającym archetypem. Jest najpowszechniej występujący i wzbudzał
zawsze największe namiętności. Świadczą o tym wszelkie walki i wojny na tle
religijnym a także wszelkie spory i dyskusje związane z tym tematem. Są to
“walki o ojca”. Spory o to, po czyjej stronie stoi “ojciec”, kto go ma za sobą,
kto współdziała z “ojcem”, a kto postępuje wbrew niemu. Znaczyło to zawsze w
istocie - kto wprowadza na świecie ład, a kto bałagan. Doskonale to widać na
przykładzie sporu między Jezusem a przedstawicielami oficjalnej religii
żydowskiej.
A tymczasem prawda jest taka, że nie ma “tam
w górze” żadnego super - ojca, który by nas stworzył. Po prostu, o czym zresztą
dobrze wiemy, kilka miliardów lat temu rozpoczęła się na Ziemi pewna reakcja
chemiczna, która przebiega do chwili obecnej. Oczywiście nikt tego nie
kontroluje, nie ma to żadnego, “z góry” założonego sensu ani celu. Sens i cel
nadaje dopiero temu wszystkiemu człowiek. Wydarzenia nie przebiegają też według
jakiegoś planu. Nie jestem zresztą pierwszym, który tak twierdzi. Oto fragment
książki Michaela White’a i Johna Gribbina “Darwin. Żywot uczonego”4:
W lutym 1881 roku odwiedził [Darwin] jednego ze swoich najzagorzalszych krytyków, diuka Argyll, chcąc mu podziękować za pomoc w sprawie Wallace’a. Obaj panowie spotkali się po raz pierwszy i bardzo przypadli sobie do gustu. Rozmowa była przyjacielska, obejmowała nawet religię i politykę, choć na te tematy mieli różne zdania. Diuk spytał Darwina, czy patrząc mu w oczy może uczciwie wyznać, że naprawdę uważa całe piękno natury za dzieło przypadku. Darwin odpowiedział, że choć rozumie, jak trudno się z tym zgodzić, jest jednak przekonany, że ewolucja działa bez z góry przyjętego planu.
Zdążyliśmy już oswoić się z myślą, że nie
znajdujemy się w geometrycznym centrum Wszechświata. Teraz nadszedł czas, aby
zrozumieć, że nie jesteśmy celem ani sensem istnienia Wszechświata, a jedynie jednym
z wielu jego produktów, a właściwie wykwitów, podobnie jak gwiazdy, planety,
komety, tulipany, dinozaury i pająki. Ludzkość to jest żywioł, który ludzie
sami powinni okiełznać, lecz aby mogli to uczynić, muszą go najpierw poznać i
zrozumieć.
Po tym wszystkim, co tu zostało napisane,
trzeba stwierdzić, że rzeczywistość po prostu jest taka, jak jest, i nic na to
nie poradzimy. Nie uciekniemy przed nią. Prędzej, czy później będziemy musieli
ją uznać. Nasza wiara, że jest inaczej, nic tu nie pomoże. Nie zmieni
rzeczywistości. Ona i tak pozostanie taką, jaką jest. I gdyby posiadała cechy
ludzkie, to śmiałaby się z naszej manii wielkości i naszego oporu przed
uznaniem swojej faktycznej pozycji, bo przecież zawsze tym lepiej na tym
wychodziliśmy, im więcej ją znaliśmy.
Możemy też nie uznawać odkrywców
rzeczywistości. Możemy ich zwalczać, zabijać, uciekać przed nimi lub ignorować,
udawać, że ich nie ma. To również nie zmieni rzeczywistości.
Przypisy:
1 C.G. Jung: Das Gewissen. Studien aus dem C.G. Jung-Institut. Zürich 1958. s. 199 i nast., za: C.G. Jung Wspomnienia, sny, myśli. Wydawnictwo “WROTA”, Warszawa 1997, s. 359 (podkr. moje)
2 C.G. Jung Wspomnienia, sny, myśli. Wydawnictwo “WROTA”, Warszawa 1997, s. 301-302
3 Jung określił to w sposób następujący:
...“Bóg” został wpisany w tę część naszej duszy, która jest wcześniejsza niż psyche świadoma...
(Tamże, s. 301)
4 Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 294-295