ZAŁĄCZNIK 9
Edward Stachura, Poezja i Proza t. II, Czytelnik, Warszawa 1984,
s. 116-117 (Poranek)
Stanąłem trochę. Obejrzałem
się do tyłu, na miasto, które było teraz na pewno już całkiem rozbudzone,
gdzieś koło ósmej powinno być, ludzie do roboty, dzieci do szkoły, wielki ruch
panuje tam teraz. Ale ja byłem daleko. Zawsze jak jestem, w mieście i patrzę na
ten wielki ruch, na ten naród, co się ciągle gdzieś śpieszy i pędzi, to myślę,
że ten wielki ruch miastowy to nie jest właściwie żaden prawdziwy ruch, tylko
tak zwana iluzja. Wszyscy gdzieś biegną, podążają, pędzą, byle prędzej o oto. I
oto wieczorem wszyscy znajdują się tam, skąd rano wyskoczyli ze swoich pudełek.
Mówię może trochę śmiesznie, ale wcale nie złośliwie, bo nie o to chodzi i je
nie posługuję się złośliwością. Ja się lituję nad ludźmi złośliwymi. To są małe
typki. Ilu znam, to jeszcze nie widziałem, żeby się któryś powstrzymał, jak
jest okazja, co się nadarza. Nędzne typki. Zauważyłem, że oni to uważają za
coś, co wypływa z wielkiej dziedziny inteligencji, a może nawet z siódmego
zmysłu.
Ale
ja byłem daleko. I jeszcze się oddalałem, bo już dawno ruszyłem dalej. Miasto
zostawało w tyle i jego wielki niby ruch. Tu cicho było na świecie. Wiatr się
jakoś nie pokazywał i piękne, piękne liście leżały sobie pod drzewami, czekając
na powiew jakiś boski, co by je ożywił jeszcze ostatni raz, co by je zakręcił w
tańcu ostatnim, zanim spadnie śnieg, zanim zakopie je biała śmierć.