ZAŁACZNIK  40

 

 

 

 

Edward Stachura, Poezja i Proza t. V, Czytelnik, Warszawa 1982, s.186-187 (Fabula rasa)

 

Wtedy to, będąc na samych wyżynach, na szczytach Himalajów dostępnej człowiekowi-Ja czasowej radości – umarł. Ale nie tak, jak o śmierci dotąd myślał luba jak mogłoby mu wydawać się, że umrze (wydawało mu się zawsze, że nigdy nie umrze). Umarł prawdziwie, do końca i na zawsze. Ktoś, kto tego nie przeżył, nie może wiedzieć o czym, o jakim pozasłowiu się tu słowami śpiewa. Bezboleśnie i niewypowiedzianie radośnie utracił wszystko, co miał: siebie, a ze sobą ją, swoje słoneczko, no i bez reszty całą związaną z tym resztę. Utracił na zawsze. Bezpowrotnie. Ostatecznie. I, o niewiarygodna cudowności, bezboleśnie! I oto, w kilka dni potem, absolutnie niespodziewanie wszystko odzyskał. Ale jakież inne było wszystko to, co odzyskał. Nowiuteńkie, świeżuteńkie, wykąpane w absolutnie dziewiczej kąpieli, i prawdziwe. Zobaczył, że wszystko, co miał, było nieskończenie fałszywe, a wszystko, co teraz ma, jest nieskończenie prawdziwe i niezniszczalne. Zobaczył, że jego w czasie wszystko było niczym, a że jego teraz nic jest wszystkim i jest prawdziwe, i jest niezniszczalne.

 

(...)

 

I jeszcze powiedzmy coś, co może niejednego bardzo zorientować w głuchych ciemnościach. Kilka miesięcy nie zaznanej nigdy przedtem niezwykłej łagodności, klarowności, normalności (przejawiającej się na przykład tym, że zauważył ten człowiek, że nie można, nie daje się z ludźmi normalnie, naturalnie, swobodnie i zarazem poważnie porozmawiać, bo ludzie są jacyś nienaturalni, spięci, skrępowani, nieuważni i naprawdę niepoważni) poprzedziło absolutnie niespodziewany, wielki cudowny ten dzień, kiedy poczuł dotykalnie, jak ogarnia go coś nad wyraz ogromnego, miękkiego, lekkiego, przejrzystego i przeczystego; jakby dostał się w jakieś niewymownie kojące objęcia i w niczym nie krępujące swobody jego ruchów; jakby po powietrzu zaczął chodzić. To coś było wejściem, było dostaniem się w życiodajną atmosferę czystej obserwacji. Wszechstronne a bezstronne, nieoceniające zobaczenie siebie „trwało” kilka dni. Te dni wypełnione były tak olśniewającą radością, jakiej dotąd przenigdy nie zaznał.

 

 

Strona główna