ZAŁĄCZNIK 49
Edward Stachura, Poezja i Proza t. V, Czytelnik, Warszawa 1982,
s. 126-127 (Fabula rasa)
Aż pewnego dnia (...), więc
aż do tego pewnego dnia, kiedy w jakimś niezwykłym momencie zdarzyło się (nie
wiadomo, jak zdarzyło się, wiadomo, że się zdarzyło), że ten człowiek
prawdziwie pochylił się nad sobą i pochylił się w sobie, i do siebie do środka
zajrzał. To było tak, jakby nie tylko on tam zajrzał, ale – oprócz niego, poza
nim – jeszcze coś. Coś, co mogło patrzeć z boku, z dołu, z góry, z całego
dookoła i jakby jeszcze z jakiegoś zewnątrz, z jakiegoś spoza; coś co było nim,
ale nie tylko nim, coś większego od niego, o wiele, wiele większego. To było
coś, to nie był ktoś. To coś było bardzo uważne i wcale się tą swoją wielką
uwagą, wielką wnikliwością nie męczyło. I to coś było bardzo, bardzo spokojne.
(...)
Pochylił się w sobie jeszcze
niżej, jeszcze najniżej, jeszcze najgłębiej (już nic go nie mogło powstrzymać,
już nic go z tej drogi nie mogło zawrócić, już nic nie mogło odwrócić jego
uwagi od tego naturalnego, spontanicznego, weselnie śmiertelnego samopoznawania
się, od tej samokonstatacji, co była jednocześnie samokontestacją, samonegacją,
której towarzyszyła radość niebywała, nigdy dotąd przez niego nie zaznana) i
spojrzał w stronę serca, i spojrzał w serce, i zobaczył... że jego serce...
jest jej sercem, sercem bestii. Tak to zobaczył, że cały – od stóp do głów, od
pięt po czubki włosów, bez reszty, absolutnie bez reszty – jest jedną
straszliwą przerażającą czarną bestią. Rakiem. Rak nieskończenie własnym
odrażającym widokiem przerażony, porażony, tym samym unicestwia sam siebie.