ZAŁĄCZNIK 55
Vladimir
Nabokov, Tamte brzegi, Czytelnik, Warszawa 1991, s. 218-219
Coś każe mi – tak świadomie
jak to tylko możliwe – przymierzać własną miłość do bezosobowych i
niewymiernych wielkości – do pustki między gwiazdami, do mgławic (których samo
oddalenie stanowi już rodzaj szaleństwa), do przerażających matni wieczności,
do całej owej bezradności, zimna, zawrotu głowy, stromizn, czasu i przestrzeni,
niepojętym sposobem przemieniających się jedne w drugie. (...) Kiedy następuje
we mnie ten spowolniony i bezdźwięczny wybuch miłości, rozpościerając swe
płynne pogranicza i owiewając mnie świadomością czegoś o wiele prawdziwszego, o
wiele bardziej niezniszczalnego i potężnego niż cały zasób substancji i energii
zawartych w dowolnym kosmosie, wtedy muszę uszczypnąć się w myśli, aby
sprawdzić, czy mój rozum nie śpi. Muszę dokonać błyskawicznej inwentaryzacji
świata, uczynić z całej przestrzeni i czasu współuczestników mego śmiertelnego
uczucia miłości, ażeby ową śmiertelność osłabić niczym ból i wspomóc samego
siebie w walce z głupotą i zgrozą tej poniżającej sytuacji, w której ja,
człowiek, którego istnienie jest ograniczone, zdołałem rozwinąć w sobie uczucia
i myśli bez granic.