ZAŁĄCZNIK 58
Romuald Polczyk, Uleczyła
cię twoja wiara, “Charaktery” - Lipiec 1998, s.40
Pan Wright cierpiał na
zaawansowany nowotwór węzłów chłonnych. Nie reagował na większość leków chemicznych,
ale jego anemia wykluczała intensywną kurację za pomocą naświetlań. W jego
szyi, pachach, pachwinach, klatce piersiowej i brzuchu znajdowały się guzy
wielkości pomarańczy, a śledziona i wątroba były bardzo powiększone. Co drugi
dzień odciągano mu z klatki piersiowej od litra do dwóch wydzieliny. Często
musiał oddychać za pomocą maski tlenowej. Lekarze byli zgodni, że są to jego
ostatnie dni.
Pan Wright dowiedział się
jednak, że szpital, w którym przebywał, został wytypowany do testowania nowego,
rewelacyjnego leku o nazwie krebiozen. Wprawdzie pacjent z uwagi na swój stan
nie kwalifikował się do udziału w programie badawczym, ubłagał jednak władze
szpitala, aby zaaplikowano mu lek, a po uzyskaniu na to zgody jego entuzjazm
nie miał granic.
W ciągu trzech dni guzy pana
Wrighta zmniejszyły się o połowę, pacjent wstał z łóżka i mógł się przechadzać.
Po 10 dniach opuścił szpital, ponieważ niemal wszystkie objawy choroby ustąpiły
tak, że mógł nawet latać własnym samolotem. Inni pacjenci z tego samego szpitala
poddani kuracji krebiozenem nie wykazywali widocznej poprawy.
W tym czasie w prasie
medycznej zaczęły się pojawiać doniesienia o niepowodzeniu programu krebiozen.
Pan Wright, który w związku ze swoją chorobą interesował się amatorsko
literaturą medyczną, trafił na jedno z takich doniesień. Utracił wiarę w
wyleczenie i po dwóch miesiącach znalazł się znów w szpitalu. Prowadzący go
lekarz, dr Philip West, zdecydował się na świadome kłamstwo w celu przywrócenia
pacjentowi wiary. Powiedział mu, że doniesienia o nieskuteczności krebiozenu
były przedwczesne, ponieważ okazało się, że lek ten działa, tylko po jakimś
czasie traci skuteczność (miało to tłumaczyć powrót pana Wrighta do szpitala.
Nowy lek, który jakoby właśnie nadszedł, pozbawiony był tej wady. Panu
Wrightowi zaczęto podawać w zastrzykach ten nowy lek – którym w rzeczywistości
była czysta woda – i uzyskano ponowny powrót do zdrowia.
Niestety, prasa medyczna
ostatecznie ogłosiła nieskuteczność krebiozenu. Pan Wright po przeczytaniu tych
doniesień ponownie znalazł się w szpitalu i po dwóch dniach zmarł.
Przypadek ten, opisany przez
amerykańskiego psychiatrę Bruno Klopfera, jest jedną z bardziej znanych
ilustracji efektu placebo. Słowo „placebo” pochodzi z języka łacińskiego i
znaczy „spodobam się”. Jeden z najwybitniejszych współczesnych badaczy efektu
placebo, amerykański lekarz Arthur K. Shapiro, zaproponował następującą jego
definicję: „Placebo to każda terapia lub element terapii celowo użyty dla swych
niespecyficznych, psychologicznych albo psychofizjologicznych efektów albo
stosowany dla przypisywanych mu efektów, ale który nie wywiera specyficznego
działania na stan będący przedmiotem leczenia”. Można więc powiedzieć, że
placebo to taka substancja lub metoda terapii, o której wiadomo, że nie wpływa
na dane schorzenie. Pacjent jednak ( a często również lekarz czy terapeuta)
wierzy, że ta substancja czy metoda jest skuteczna i w pewnej liczbie
przypadków dzieje się wtedy coś zdumiewającego: schorzenie ustępuje. Pacjent
odczuwa ulgę, tak, jakby otrzymał prawdziwe lekarstwo.
(...)
Rozpoznanie, czy poprawa
nastąpiła dzięki lekarstwu, czy niezależnie od niego, jest dla lekarzy i
psychologów ważne, ponieważ chcą, by ich terapia różniła się od szarlatanerii i
różnych rodzajów „medycyny alternatywnej”, która często zbija pieniądze na
spontanicznych remisjach, czyli samoistnych wyleczeniach i innych
niespecyficznych przyczynach wyzdrowienia.
Wiele mniejszych i większych
schorzeń, dolegliwości i chorób, a także zaburzeń psychologicznych cofa się
samoczynnie. Organizm jest doskonale wyposażony do walki z czynnikami
zaburzającymi jego działanie. Potrafi zwalczać bakterie i wirusy, neutralizować
szkodliwe substancje i „naprawiać” wiele uszkodzeń fizycznych.
Jeśli byliśmy chorzy i
zażyliśmy lekarstwo, po czym powróciliśmy do zdrowia, to przekonanie, że
wyleczenie zawdzięczamy zażytemu lekarstwu jest naturalne. Skoro lekarstwo
pomogło, znaczy, że jest skuteczne. W konsekwencji wykształcamy wręcz nawyk –
jeśli źle się czujemy, to trzeba:
·
zdiagnozować
chorobę
·
zastosować
właściwe dla niej lekarstwo
·
wyzdrowieć
w efekcie jego działania.
Jednak wnikliwy psycholog
lub lekarz zada pytanie: a może, gdybyś nic nie zażywał, też byś wyzdrowiał?
Słyszałem o lekarzu, który zwykł zalecać następującą metodę leczenia przeziębienia:
należy włożyć do lewej kieszeni siedem kamyków i co dnia przekładać po jednym
do prawej kieszeni. Po przełożeniu ostatniego przeziębienie znika. W rzadkich
przypadkach, kiedy wyleczenie nie nastąpiło, kurację należy powtórzyć.
Zostawiając żarty na boku,
stwierdzić trzeba, że obecnie żaden poważny lekarz ani psycholog nie uzna za
skuteczną terapii tylko na tej podstawie, że po jej zastosowaniu objawy cofają
się. Aby to stwierdzić, konieczne są badania, polegające np. na tym, że jakąś
grupę osób badanych, cierpiących na dane schorzenie dzieli się na losowo na
dwie części, po czym osoby z jednej grupy poddaje się terapii, a osobom z
drugiej grupy nie aplikuje się żadnej kuracji; po prostu czekają przez taki
czas, jaki zajmuje terapia w pierwszej grupie – zazwyczaj mówi im się, że są na
liście oczekujących na terapię. Następnie sprawdza się stan zdrowia osób z obu
grup. Jeśli stwierdzimy, że wprawdzie w grupie poddanej terapii nastąpiła
poprawa, ale w grupie nie poddanej terapii poprawa nastąpiła również, mamy
mocne podstawy do podania w wątpliwość wartości zastosowanej kuracji.
Trzeba jednak pamiętać o
bardzo ważnej rzeczy: jeśli stwierdzimy, że w grupie leczonej stan zdrowia jest
lepszy niż w grupie nie leczonej, to nadal nie mamy dowodu, że dana metoda
leczenia jest odpowiedzialna za poprawę. Pokazanie, że terapia jest
skuteczniejsza niż jej brak, eliminuje spontaniczną remisję jako ewentualnego
sprawcę wyzdrowienia, ale nie jest jeszcze dowodem, że zadziałała terapia.
Dowiedliśmy tym sposobem, że zastosowanie terapii było skuteczne, ale nie
pokazaliśmy, że zastosowana terapia była skuteczna. Możliwe bowiem, że różne
elementy niespecyficzne towarzyszące tylko danej terapii, np. poświęcanie
pacjentowi uwagi, rozmowy z lekarzem lub terapeutą itp., stosowane w grupie
leczonej, a których nie było w grupie czekającej, są czynnikiem odpowiedzialnym
za poprawę stanu zdrowia. Pacjent, którym ktoś się troskliwie zajął, o którego
ktoś się zatroszczył, a przede [ciąg dalszy à
załącznik 59]