Strona główna

 

 

 

 

Felieton pana Jana Turnaua w „Gazecie Wyborczej” (wytłuszczenie moje):

 

Ekumenistka żarliwa, siostra Maria Krystyna Rottenberg, ofiarowała mi wspomnienia wojenne swojego brata. Tamten czas przeżywali oboje w mieście bliskim tylu starszym Polakom – książka ma tytuł „Mój Lwów”. (...) Myśli Adama Wodzińskiego-Rottenberga zaciekawiły mnie zoologiczno-teologicznie, jest w nich bowiem o cierpieniu zwierząt.

Zanotował: „Jeśli cierpienie człowieka może mieć jeszcze jakiś sens, może służyć jego zbawieniu, czemu służy cierpienie zwierzęcia? Tu chrześcijanin milczy. W tym świetle staje się jasne, dlaczego chrześcijaństwo wyposażyło w duszę nieśmiertelną tylko człowieka. W ten sposób odcięło rodzaj ludzki od świata zwierząt i tym sposobem rozgrzeszyło się niejako z obojętności wobec cierpienia zwierząt. (...) Rozwiązanie tego problemu jest być może w buddyzmie, ale znów droga, którą obrał buddyzm, prowadzi do całkowitej bierności człowieka wobec świata. Aby nie zadawać bólu ani ludziom, ani zwierzętom, trzeba wyrzec się świata. Ale i to nie rozwiązuje problemu, gdyż zwierzęta cierpią nie mniej ze strony innych zwierząt, których na drogę wyrzeczenia się świata namówić się nie da. A więc problem pozostaje nierozwiązany”.

I tu dalej próba rozwiązania: „Problem bólu, cierpienia i rozkoszy należałoby widzieć w kontekście całej przyrody, a nie tylko człowieka, trzeba by widzieć człowieka w całej przyrodzie – Boga, który przez ból i cierpienie dopiero się staje, którego jeszcze nie ma – na razie są tylko prawa przyrody. Materialiści widzą tylko te prawa, będące na drodze, żeby stać się Bogiem. Same prawa przyrody nie mają sensu, gdyby tylko nimi miały pozostać. Niektórzy twierdzą, że Bóg, który był już przed tymi prawami, ustalił je. Ale po co? Po co byłby świat i przyroda potrzebne Bogu, który jest? Zabawka? Igraszka? Dla zabawy stworzył Bóg Oświęcim? Ale sensu nabiera odwrócenie kolejności. Wszystko, co się wydarzyło, jest potrzebne Bogu, który «jest, który był i który przychodzi». A więc nie «Jam jest», lecz «Jam jest, który będę». Cały problem sprowadza się do zrozumienia pojęcia czasu. Może to jest tylko sprawa gramatyki. Może to tylko w naszej mentalności europejskiej to, co dopiero jest, nie istnieje? Może w innej mentalności, innej gramatyce to, co będzie, istnieje tak samo jak to, co jest, i to, co było. Wtedy istnienie Boga, który będzie, nie przeczy jego istnieniu poza czasem. A wtedy nasze życie, nadzieja, jak życie i nadzieja wszystkich istot na Ziemi, nabierają sensu «Jam jest, który będę». Bardzo dziwne myśli? Ale Bóg jest faktycznie ponad czasem, co więcej, do tamtych odniesień do Apokalipsy dodać trzeba fragment Listu do Rzymian 8,18-22, tamtejszą wizję przyszłości, w której «i to stworzenie wyswobodzone zostanie z niewoli zniszczenia, do wolności, chwały dzieci Bożych»”. Zbawione będzie!Amen!

(„Gazeta Wyborcza”, 5 marca 2016)

 

Z powyższym tekstem nieźle koresponduje skala Kardaszewa (Kardaszowa) zaproponowana przez radzieckiego astrofizyka Nikołaja Kardaszowa, później rozwinięta przez Isaaka Asimova, Carla Sagana, Michio Kaku – proszę poszukać w sieci. Szczególną uwagę proszę zwrócić na poziom (typ) VII – cywilizacja „boska”. A oto fragment wywiadu Wiktora Osiatyńskiego z mentorem Nikołaja Kardaszowa, radzieckim astrofizykiem – Josifem Szkłowskim:

 

-        Czyżby ludzkość miała przeżyć historię własnego Systemu Słonecznego?

-        Może ją przeżyć. Potencjalne możliwości rozumu ludzkiego są ogromne. Jeśli ludzkość nadal będzie się rozwijać w dotychczasowym tempie, to w ciągu kilku milionów lat może ogarnąć i przekształcić całą galaktykę. Może stworzyć kolonie wokół każdej gwiazdy. I to w bardzo szybkim tempie, bo czymże jest 5-6 milionów lat dla galaktyki, skoro jeden obrót galaktyki wokół osi trwa 200 milionów lat. Tak więc ludzkość może przetrwać historię swego Układu. Oczywiście jeżeli zechce wykorzystać te możliwości. Może trwać niemal nieskończenie, jeśli nie nastąpi katastrofa...

-        Jakiego rodzaju katastrofę ma pan na myśli? Wewnętrzną czy taką, która mogłaby nadejść z zewnątrz?

-        Tę samą, o której myślą – choć w nieco innych kategoriach – wszyscy politycy. Oczywiście wewnętrzną, która mogłaby zniszczyć całą cywilizację. Katastrofalne zniszczenie środowiska, wojnę termojądrową lub bakteriologiczną itp. Człowiek ma nieograniczone możliwości technologiczne, ale wciąż jeszcze ma wielkie niedostatki w sferze społecznej i moralnej. Te niedostatki mogą spowodować katastrofę, zniszczenie cywilizacji od wewnątrz...

-        To może szkoda, że tak niedoskonała istota jest – pańskim zdaniem – unikalna we wszechświecie, a nawet może stać się panem tego wszechświata...

-        Obawiam się, że niewiele pan zrozumiał. Gdy mówiłem o unikalności człowieka, o konieczności wyjścia poza Ziemię, szukał pan luk w rozumowaniu, bał się pan samego słowa „ekspansja”. Nie zastanowił się pan natomiast, że uświadomienie sobie konieczności tej ekspansji może zmienić samego człowieka. Może uczynić go moralnie lepszym, bardziej odpowiedzialnym za swoje działania.

-        Dlatego, że będąc panami wszechświata jesteśmy zań odpowiedzialni?

-        Dlatego, że możemy stać się za wszechświat odpowiedzialni.

(Wiktor Osiatyński – Zrozumieć świat. Rozmowy z uczonymi radzieckimi. – Czytelnik, Warszawa 1982, str. 100-101)

 

Obecnie obserwujemy w świecie rozkwit debilizmu, zidiocenia i zbydlęcenia, ale nie zawsze tak będzie. Dlatego już teraz możemy się zastanowić....

 

Z kwantowej koncepcji czasu, wobec skwantowania czasu (por.: czas Plancka, a także: w mojej poprzedniej drugiej witrynie plik: fizyczny_kontekst_milosci.htm) wynika, że czas ma budowę ziarnistą, czyli tzw. „upływ czasu” polegałby jedynie na „przeskakiwaniu” od jednego kwantu czasu do kolejnego. Z tego wynika, że wszystko, co się wydarzyło i wydarzy (to drugie na razie jedynie w formie ogromnej, ale skończonej liczby wersji przyszłości), jest w pewnym sensie „zakonserwowane” i istnieje „ciągle”. A zatem dotarcie do tego staje się kwestią techniki i technologii.

 

Czas Plancka (5,4 x 10-44 s) – jest to najmniejsza jednostka czasu mająca sens fizyczny.

 

Znaczenie czasu Plancka nie jest pewne, przypuszcza się, że jest to element podstawowy (kwant) czasu. Czas w skali wielkości porównywalnej z czasem Plancka miałby się okazać ziarnisty, skwantowany, czyli składający się z kolejnych chwil.

( http://portalwiedzy.onet.pl/63912,,,,plancka_czas,haslo.html )

 

Już George Berkeley (XVIII wiek) twierdził, iż bez umysłu, który postrzega ruch, sama idea czasu staje się iluzją. Czas jest złudzeniem. Jedna z podstawowych stałych fizycznych – prędkość światła w próżni, największa możliwa prędkość (c) – wiąże ze sobą czas i przestrzeń, a zatem i przestrzeń jest złudzeniem. Zresztą kwestia skwantowania czasu wynikła poprzez c z faktu skwantowania przestrzeni (por.: długość Plancka). Czas jest złudzeniem, a zatem i upływ czasu jest złudzeniem, a zatem śmierć nie tyle została pokonana, co raczej nigdy nie istniała. Została pokonana w tym sensie, że zobaczyliśmy, iż nigdy nie istniała.

 

Czas i przestrzeń mogą być nawet nie kwestią złudzenia, iluzji, ale wręcz umowy społecznej. Tak, „bez umysłu, który postrzega ruch, sama idea czasu staje się iluzją”. Podobnie jest na przykład z polem elektrycznym. Mówi się, że owo pole istnieje wokół naładowanej cząstki elementarnej. Wokół takiej naładowanej cząstki nie istnieje „inna” przestrzeń, o innych właściwościach, chociaż wiele osób odruchowo tak myśli. Tzw. pole elektryczne ma sens dopiero, gdy pojawi się „obserwator” – inna cząstka obdarzona ładunkiem elektrycznym. Mierzy się nawet natężenie pola elektrycznego – istnieje takie pojęcie – to siła elektrostatyczna działająca na jednostkowy ładunek elektryczny. A zatem w „polu” (aby o nim mówić) musi być ów ładunek jednostkowy, czyli „obserwator”. Natomiast siła elektrostatyczna to wynik oddziaływań dwóch lub więcej cząstek z bozonami cechowania, jakimi w przypadku oddziaływań elektromagnetycznych są fotony. Owo oddziaływanie elektrostatyczne (elektromagnetyczne) polega na wymianie między np. elektronem i protonem pośredniczących fotonów. A zatem – aby istniało pole elektryczne – muszą istnieć co najmniej 2 cząstki obdarzone ładunkiem. Każdy w miarę rozgarnięty fizyk (i nie tylko fizyk) to wie. Tymczasem mówi się, że wokół naładowanej cząstki (jednej) istnieje pole elektryczne. To kwestia umowy społecznej. Skrót myślowy. Tak łatwiej jest się porozumieć.

 

Albo: horyzont. Wszyscy mówimy: linia horyzontu; statek znajduje się na linii horyzontu; statek majaczył na linii horyzontu. To ostatnie jest już całkowicie bez sensu, ale też tak się mówi. Tymczasem horyzont, linia horyzontu fizycznie nie istnieje, jest złudzeniem. Istnieje tylko w naszych głowach. Mówimy, że na linii horyzontu niebo spotyka się z morzem. Po pierwsze – takie coś jak niebo (nieboskłon, sklepienie niebieskie, firmament) fizycznie nie istnieje, a po drugie - fizycznie nie istnieje również linia horyzontu, pomimo że wszyscy widzimy jedno i drugie. I tak mówimy. Tak łatwiej się porozumieć. Czuję się trochę jak dr Lamia z „Seksmisji”: „Profesor Kuppelweiser? Nie istnieje. ... Mężczyźni? Nie istnieją”. Ale, niestety, nic na to nie poradzę.

 

Coś jest, ale nie takie, jak nam się wydaje. Albert Szent-Györgyi, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i odkrywca witaminy C napisał:

 

Mózg ludzki nie jest narzędziem myślenia, lecz narzędziem walki o byt, jak kły i pazury. Jego konstrukcja sprawia, że prawdą jawi się nam to, co jest wszakże tylko korzyścią.

 

We wcześniejszych dyskusjach (w mojej poprzedniej drugiej witrynie pliki: roman.htm, kosciol_zielonoswiatkowy.htm, uzalezniony.htm) nieraz pisałem, że nasz umysł ma problemy z ogarnięciem pewnych zjawisk - np. kwantowych, relatywistycznych, ponieważ jest on tworem milionów lat ewolucji. Przez te miliony lat był on „szkolony” jedynie do ogarnięcia najbliższego otoczenia, tego, co dostarczają zmysły, aby jedynie przetrwać i rozmnożyć się. To był jedyny jego „cel”. Jeszcze jeden prosty przykład. W ciągu milionów lat ewolucji promienie światła, docierające do oczu naszych przodków, pochodziły bezpośrednio od Słońca lub od przedmiotów, od których odbiły się, ulegając przy tym rozproszeniu. Znacznie rzadziej zdarzało się, że pochodziły od gładkiej lustrzanej powierzchni (np. powierzchnia wody) lub „podróżując” do oka, po drodze uległy załamaniu (np. na granicy woda – powietrze). Dlatego dzisiaj, konstruując powstawanie tzw. obrazu pozornego w soczewce lub zwierciadle wypukłym / wklęsłym, przedłuża się bieg promieni świetlnych trafiających do naszego oka tak, jakby „biegły” one cały czas po linii prostej. Na przecięciu tych przedłużeń powstaje obraz pozorny. Każdy uczeń gimnazjum, a tym bardziej szkoły średniej nie powinien mieć problemów z tego typu konstrukcją; takie są wymagania programów nauczania z fizyki. Po prostu nasz mózg „nie przyjmuje do wiadomości”, że promienie świetlne po drodze do oka mogły zmienić kierunek lub odbić się w sposób uporządkowany. Dlatego obraz przedmiotu „sytuuje” w miejscu, gdzie spotykają się odebrane promienie, tak jakby biegły one cały czas po linii prostej. Widzimy zatem obraz powiększony / pomniejszony i nie w tym miejscu, w którym znajduje się przedmiot. Wiemy, co widzimy i wiemy, jakie są faktyczne rozmiary oraz położenie przedmiotu.

 

Jak napisał dr (obecnie już profesor) Andrzej Leder:

 

To, co każdy z nas widzi, postrzega, myśli – to jego własny mit, własny sen, własna utopia.

 

I dalej:

 

Są sny lepsze i gorsze. Tak, jak bywa lepsze i gorsze życie – bo nie jest ono bardziej lub mniej prawdziwe. Każde życie jest prawdziwe. Ale może być lepsze lub gorsze. Nasze sny, sny tych, którzy nie są szaleńcami, są lepsze, bo w jakimś stopniu są sobie bliskie. Bo nasze mity mają w jakimś stopniu podobne struktury. Ale także dlatego, że większość z nas dopuszcza pewną zmianę, zmianę, która zbliża sen jednego człowieka do snu drugiego. Obłędem jest odrzucenie wszystkich innych snów poza swoim. Szaleństwem jest całkowite zamknięcie swojego życia, zamknięcie, w którym nie ma miejsca na zmianę, na rozstanie ze starym i spotkanie z nowym. Szaleństwem jest wyosobnienie.

Czym jest w tym kontekście brak szaleństwa? Jest ciągłym wysiłkiem tworzenia od nowa swojego świata, swojego snu. Świadomością, że każda sytuacja jest jedyna, niepowtarzalna, a więc jej sens musi być nowy i jeszcze nie rozpoznany. Odwagą pozwalającą zakwestionować swój własny mit, siebie samego. Ale też odwagą pełnego wejścia w to, co się właśnie dzieje. I wreszcie pokorą, dzięki której uznać można sny innych za równie ważne, jak swój.

(„Charaktery”, luty 2002; pełny tekst artykułu – w mojej poprzedniej drugiej witrynie plik: historia_2.htm)

 

Ciekawe, które z powyższych słów można zastosować do: obecnej władzy i opozycji w Polsce, Polaków i Rosjan, Amerykanów i Rosjan, Amerykanów i Chińczyków, Chińczyków kontynentalnych i Chińczyków z Tajwanu, Koreańczyków z Korei Północnej i Koreańczyków z Korei Południowej, Rosjan i Ukraińców, Żydów i Palestyńczyków, Żydów i Arabów, chrześcijan i muzułmanów, obu stron barykady w Wenezueli, Syrii, Afganistanie i w wielu innych krajach...? A zatem – ponawiam pytanie: Które z powyższych słów można zastosować do jednej i drugiej strony wymienionych konfliktów? Słowa definiujące szaleństwo, czy słowa definiujące brak szaleństwa? Wiadomo, chodzi o to, by koniecznie odróżnić się i zbić w oddzielną grupę, ferajnę, itp. I... kupą, mości panowie! Kupy nikt nie ruszy. Chce ktoś zobaczyć te kupy? Proponuję wpisać w Google Grafika takie frazy: Ziemia z Voyagera, Earth from Voyager. Zdjęcie Ziemi wykonane zza orbity Neptuna, z odległości ponad 6 miliardów kilometrów. Może komuś uda się dostrzec na tym zdjęciu (na tej kropce, którą trzeba tam starannie poszukać) którąś z wyżej wymienionych grup (plemion) ludzkich.

 

Faktyczni twórcy chrześcijaństwa – Jezus z Nazaretu i Szaweł / Paweł z Tarsu. Przecież to byli prości ludzie. Oni żyli 2000 lat temu. Jaki był stan, poziom umysłowy ludzi żyjących 2000 lat temu? To jest pytanie retoryczne. Ernest Renan napisał (w XIX wieku):

 

Największy leniuch w podstawówce zna dziś prawdy, za które Archimedes oddałby życie.

 

Wielkość wymieszana z małością. Poniekąd to normalne. U każdego występuje. Faktem jest, że Jezus dążył do śmierci (w moich poprzednich witrynach plik: prowokator.htm), bo wyczytał sobie w pismach prorockich i w Psalmach, że mesjasz powinien umrzeć jako skazaniec śmiercią męczeńską (szczególnie w Księdze Izajasza rozdziały 52-53; por.: w moich poprzednich witrynach plik: wplywnajezusa.htm). Faktem jest, że myślał, iż po śmierci powróci „w obłokach” jeszcze za ziemskiego życia współczesnych mu ludzi:

 

http://www.miesiecznik.znak.com.pl/6912012dariusz-kotjezus-zapomniany-prorok-apokaliptycznego-krolestwa/

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jezus_historyczny#Prorok_apokaliptyczny

 

https://en.wikipedia.org/wiki/Portraits_of_the_historical_Jesus#Mainstream_views

 

http://archive.is/eqDW8

 

Opracowanie dostępne pod ostatnim linkiem – w formie bardziej rozwiniętej – w mojej poprzedniej drugiej witrynie plik: pomylka_2.htm.

 

Ale w końcu – jak napisał psychiatra prof. Antoni Kępiński (wytłuszczenie moje):

 

Oczywiście wszystkie potencjalne struktury czynnościowe nie mogą być zrealizowane, część musi być odrzucona jako niemożliwa do spełnienia. W miarę rozwoju zwiększa się tolerancja na frustrację, a z nią poczucie realności. Małe dziecko może się czuć zawiedzione, gdy mimo machania rączkami nie unosi się w powietrze; młody człowiek bywa gniewny, gdy świat, w którym żyje, daleko odbiega od jego wyidealizowanej koncepcji. Z czasem jednak obie struktury czynnościowe – unoszenia się w powietrze i wyidealizowanego świata – zostają odrzucone jako mające mały stopień prawdopodobieństwa realizacji; pojawiają się najwyżej w marzeniach na jawie i we śnie, ich niespełnienie nie wywołuje nieprzyjemnego uczucia zawodu. Należy jednak dodać, że mały stopień prawdopodobieństwa realizacji nie jest równoznaczny z prawdopodobieństwem zerowym. Z czasem, niekiedy wiele pokoleń później, realizują się najbardziej fantastyczne marzenia, a urojenia chorych psychicznie stają się rzeczywistością. W umyśle ludzkim nie może powstać coś całkowicie nierealnego, gdyż umysł ten jest cząstką świata, a tym samym jest realny.

(Rytm życia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, str. 167-168)

 

Możemy jeszcze zatem zaoferować Jezusowi możliwość realizacji tego marzenia. Tylko z tym „Sądem” to ja bym nie przesadzał. „Sądem” będzie świadomość. Świadomość tego, co się zrobiło i czego się nie zrobiło.

 

Może Paweł, który był przekonany, że ujrzy powrót Jezusa „w obłokach” jeszcze za swojego ziemskiego życia, w pewnym sensie miał rację, gdy pisał w Pierwszym Liście do Tesaloniczan:

 

To bowiem głosimy wam jako słowo Pańskie, że my, żywi, pozostawieni na przyjście Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy pomarli. Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem.

(1 Tes 4,15-17)

 

Panowanie nad czasem i przestrzenią, czyli nad naszymi złudzeniami, iluzjami – wtedy możliwe będzie „zmartwychwstanie” wszystkich, nie tylko „zmarłych w Chrystusie”. My to zrobimy. Ta wersja przyszłości już istnieje – jako potencjalna możliwość. Wystarczy tylko ją zrealizować.

 

A co by było, gdyby ktoś nadszedł, ktoś naprawdę w tym dobry, kto by mnie nauczył, jakie zasady rządzą tym światem i jak mogę nad nimi sprawować kontrolę? A gdybym spotkał kogoś na najwyższym etapie duchowego rozwoju... gdyby (...) zjawił się w naszych czasach ktoś, kto ma władzę nad iluzjami tego świata dlatego, że zna kryjącą się za nimi prawdziwą rzeczywistość? A gdybym spotkał go osobiście, gdyby przyleciał na dwupłatowcu i wylądował ze mną na tej łące? Co by powiedział, jak by wyglądał?

(...) I chcę wierzyć, że mój mesjasz tkwi gdzieś w innym wymiarze, który wcale nie jest fikcją, że patrzy na nas i śmieje się, bo wszystko przebiega dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy.

(Richard Bach, Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem, Zysk i S-ka, Poznań 1996, str. 6)

 

Nie ma lekko, chcecie mieć Boga, to sobie Go zróbcie.

 

To są tylko takie luźne refleksje. Prawdopodobnie będę to uzupełniać, poprawiać.

 

 

 

Strona główna